Zapiski patagońskie Styczeń 2014 – Toronto

10. 01        A. Od dwóch lat Patagonia powraca mi w snach. Nie Peru czy Boliwia, lecz strzępki, urywki z Chile i Argentyny – z okolic Torres del Paine, Rio Tranquillo lub Coyhaique. Ich surowe piękno, rozległość i majestat przestrzeni. Zatopiony w ciszy, przerywanej w większości odgłosami naturalnymi. Ludzie wydają się tam mniejsi, przycupnięci na skraju ośnieżonych Andów, drzemiących wulkanów i rozległych jezior, w które wsuwają się jęzory wielkich lodowców. A kiedy ktoś zechce odwrócić się od Andów i pójść na zachód, natrafi na gigantyczną, połyskliwą taflę Pacyfiku.

B. Patagonia powraca także, być może, z powodu utraty około sześciu tysięcy zdjęć z roku 2011, gdy znalazłem się tam po raz pierwszy. Straciłem je przez własna głupotę i zbytnie zawierzenie technologii. Komputer najpierw się zainfekował, potem spadł na podłogę, akurat na ten kant gdzie gnieździ się pamięć. Nie przerzucałem zdjęć na pamięć zapasową , z kart foto wymazywałem. Swoja głupotę okupiłem półrocznym stresem. Patagonia co pewien czas snuje mi się w wyobraźni, kiedy widzę to czego nigdy nie zobaczy się na zdjęciach – o wiele rozleglejszy kąt widzenia, wsparty i wzmocniony słuchem, zapachem, smakiem i dotykiem.

C. Każde nowe miejsce winno odbierać się wszystkimi zmysłami. Jeśli nie potrafimy lub zapominamy o tym, podróżowanie mija się z celem i przekształca we współczesną turystykę. Zaliczyć, by po powrocie pogubić się w zdjęciach, tym bardziej, że na pierwszym planie jesteśmy zawsze my, czasem z osobami towarzyszącymi.

D. Dwa lata minęły i za namową mego kumpla – młodego, ukraińskiego nauczyciela z mej szkoły kanadyjskiej, wracam do Ameryki Południowej i to z rozszerzonym planem – o Antarktydę i Galapagos. Michael nie mógł już słuchać mego wyrzekania na własną głupotę i poniesioną stratę. „Jedź znowu” powiedział i dodał „Zapuść się też na Antarktydę, stamtąd przecież blisko. Nie wiadomo czy ci się znów taka gratka trafi”. Narzekanie przemieniło się w akcję przygotowawczą. Adrenalina powoli zajmowała należne jej miejsce. Sny wracały. I znaki tajemne, które mam przed każdą wyprawą.

E. Mój przyjaciel, Duke Redbird, szaman, poeta i malarz, a także wolny strzelec dziennikarski [więcej pod: :http://www.answers.com/topic/duke-redbird] przywrócił mi zdolność znaków czytania, tzn. rozumienia ich bez ślepoty cywilizacyjnej i ciągłego przechodzenia mimo. Coś co tętniło we mnie naturalnie, podczas życia na skraju sopockiego lasu, który od dzieciństwa, poprzez nastoletniość i wczesną młodość, otwierał się przede mną i sporo uczył. Potem, przez wiele lat, wciąż mnie zasypywało, głównie za sprawą ludzi, szczególnie niewiast, a gdy byłem mocno zdołowany, zjawił się w mym życiu Duke.

Teraz wiem, że nic nie zdarza się bez przyczyny, widzę znaki i staram się je zawsze odczytywać.

Najczęstszym znakiem przed wyprawą, pojawiającym się regularnie od około ośmiu lat, jest kołowanie drapieżnych ptaków nad mą głową. Z reguły wielkie jastrzębie czerwone, raz pojawił się orzeł. I to gdzie! W Toronto, w cztero i półmilionowym mieście, gdzie mieszkam na obrzeżu centrum, tzw. downtown.

F. W październiku 2013, koło mej szkoły, nie pojawił się jastrząb czy orzeł, lecz około trzydziestu sępów indyczych,

1

ptaków o największej rozpiętości skrzydeł w Ontario.

2

Zdjęcie z Internetu

Znak był zmasowany.

Jak plan wyprawy do Ameryki Płd. – trzy miesiące z przyjacielem Sewerynem (byliśmy już razem w Ameryce Południowej w roku 2011, w rok później na Islandii, w ubiegłym zaś rokuna Bałkanach) – Buenos Aires, pogranicze z Brazylią, przez Argentynę autem do Ziemi Ognistej, stamtąd statkiem na Antarktydę, powrót i zygzakiem przez Patagonię chilijską i argentyńską na północ, do Santiago. Seweryn wraca do Toronto, ja samotnie podróżuję dalej, następne dwa miesiące, przez północne Chile, do Peru i Boliwii, potem Ekwador i skok na Galapagos.

G. Od dwóch lat, gdy otwieram kompa, wita mnie fragment Puerto Natales w Patagonii. Zdjęcie zrobiłem siedząc na łóżku w pokoju hotelowym.

3

Wiem, że zdjęcia które straciłem są stracone bezpowrotnie, bowiem byłem tam ichniejszą zimą. A o każdej porze roku jest inny koloryt, inna barwa i przezroczystość powietrza. Teraz będę tam u schyłku lata i jesienią. Skorzystam z innej palety.

Koloryt zdjęcia z Puerto Natales wyświetlił mi niedawno scenę z dzieciństwa, gdy zbierałem znaczki, zaspakajając zarówno ciekawość, jak i tęsknotę do świata. Bądź co bądź spędziłem 31 lat mego życia w „najweselszym” baraku byłego obozu socjalistycznego. W zamknięciu, ograniczeniu, dusznościach i napięciach.

W klaserze miałem argentyński znaczek. Był kawałek pustawego lądu, przybrzeżna woda, a w niej stojąca dziwna wieża. Wszystko jakby skąpane w zachodzącym słońcu. Długo oglądałem znaczek przez szkoło powiększające, ale nic nie odkryłem. Ani nazwy wieży, ani jej celu. Dziwiłem się, po co komu wieża w wodzie? Do jakich obserwacji? Teraz wiem, że to był szyb wiertniczy na atlantyckim wybrzeżu Argentyny. I to gdzie – w Patagonii. Benzyna jest tam nieraz o połowę tańsza niż w innych regionach Argentyny. Niezła wiadomość na czekający nas przejazd przez całą Patagonię, do Tierra del Fuego.

12. 01 Argentyńskie przedzierania się… Internet, mapy, przewodnik ”Patagonia” i ”Wspomnienia polskie” Gombrowicza z rozdziałem „Wędrówki po Argentynie”. Materia i duch, fizyka i metafizyka.

Doskonała strona argentyńska z opisem podróżowania autem po argentyńskiej Patagonii. Na końcu 16 krótkich filmików, gdzie można liznąć moszczenie się drogi w różnorodności krajobrazu. Auto z napędem na cztery koła – krótko i dosadnie – mit!! Jakość dróg dobra, choć w wielu miejscach na podkładzie żwiru i większych otoczaków. Przestroga – ograniczenie szybkości, umiejętne wymijanie aut z naprzeciwka, takoż wyprzedzanie. Oklejenie reflektorów przezroczystą taśmą i zabezpieczenie przedniej szyby. Wszystkiego dokonamy na miejscu, włącznie z przeglądem narzędzi.

Pierwszy etap – Buenos Aires i Iguazu – dni dziewięć, potem lot do Trelew i wynajęcia tam auta. Dalej poprzez pampę i górzyste tereny, wzdłuż wybrzeża Atlantyku, promem przez cieśninę Magellana i chilijskie terytorium, do Ushuaia na Ziemi Ognistej – około 2500 km. Trzy dni w Ushuaia z myszkowaniem po okolicy i 22 lutego wypłynięcie ku półwyspowi Antarktydy.

Tutaj zaczyna się drugi etap trwający do 5 marca, kiedy powrócimy do Ushuaia. Oba etapy, z trasą przejazdu i noclegami, zapięte starannie pod szyją. ”Krawat mieć ślicznie zapięty, zapomnieć ludzi a bywać u osób…”. Będą ludzie i zapewne też osoby. Liczę na spotykanie ludzi owej rozległej, patagońskiej przestrzeni. To będzie każdorazowo święto. Tak jak dotychczas, gdy w ostatnich dwunastu latach podróżowania napotkałem w większości dobrych i ciepłych ludzi, w przeróżnych miejscach świata.

Następne znaki. Sen o Jurku K. nieżyjącym od lat tłumaczu literatury latynoskiej. Spotkaliśmy się w… meksykańskim kościele. Moje zdziwienie i zadowolenie, że tak dobrze wygląda i wręcz odmłodniał. Czyżby było mu tam dobrze?Przedwczoraj wejście na Internet by znaleźć opis wynajmowanego auta – Chevrolet Corsa – i od razu magicznie wyskoczyła strona – ”Wynajem aut w Argentynie”. I to gdzie – w Trelew.

Wieczorem przegląd szczegółowej mapy okolic naszego noclegu w Buenos Aires. Jedna z najstarszych dzielnic miasta – San Telmo. Nasza kwatera w apartamentach zwanych „Mundo Bolivar”. I tu wyłoniło się po kolei szereg niespodzianek.

Przede wszystkim znów pojawił się stary Borges ze swoja teorią zataczania kół w życiu, powrotów w pobliże miejsc w których niegdyś się było. Mundo Bolivar ulokowane jest dwie ulice od Parku Lezama, do którego pognałem w 2011 roku, aby odnaleźć mglistą atmosferę ze wspaniałej powieści Ernesto Sabato ”O bohaterach i grobach”. Przyjechałem do Buenos w trzy miesiące po jego śmierci.

Niedaleko parku odnalazłem restaurację Parrilla 1880, gdzie dwa lata temu raczyłem się paroma gatunkami pieczonego mięsiwa z rusztu. Stamtąd odbyłem wariacką wyprawę, na piechotę, do słynnego stadionu Boca Junior zwanego La Bombonera (pudełko czekoladek).

4.Soccer-Match-in-Buenos-Aires

5

Oba zdjęcia z Internetu

Wariacka, bo dopiero później dowiedziałem się, że chodzenie po tej dzielnicy jest wręcz zabronione.

Barrio Boca, jedna z 48 dzielnic Buneos, została zasiedlona głównie przez włoskich emigrantów z Genui. La Boca (po hiszpańsku – usta) oznacza ujście rzeki Riachuelo. Z początku mieściła się tutaj stocznia i przylegające do niej domy, zamieszkane przez bardzo biednych ludzi, były budowane z pozostałości wyposażania statków, głównie blach metalowych i drewnianych desek. Potem ściany malowali resztkami farby okrętowej, a ponieważ nie starczyło jednego rodzaju na wymalowanie całości, używali różnych kolorów, przez co domy stały się nadzwyczaj kolorowe.

6

Zdjęcie z Internetu

Po wybudowaniu nowego portu dzielnica opustoszała i popadła w ruinę.

W latach 50-tych, lokalny artysta Benito Martin zaczął odnawiać stare domy, przede wszystkim znów malować je różnymi kolorami. Nadto wybudował podium dla występów i La Boca stała się ulubionym miejscem ulicznych artystów. Najsłynniejsza, krótka, brukowana i kolorowa ulica El Caminito,

7

Zdjęcie z Internetu

jest dziś pełna stoisk artystycznych, tandetnych pamiątek dla turystów, włoskich tawern i kawiarnianych ogródków oraz ulicznych tancerzy tanga.

Turyści napływają tu w ciągu dnia, bo po zapadnięciu zmroku lepiej się tam nie zapuszczać, choć można być obrabowanym lub okradzionym także w biały dzień. I w dalszym ciągu jest to jedna z najbiedniejszych dzielnic Buenos.

Wracając ze stadionu, poszedłem na skróty poprzez małe ulice i tam natknąłem się na spalone auta, domy z wybitymi szybami i grupy nastroszonych młodzieniaszków przed jakimiś knajpami. Instynkt pracował na wysokich obrotach – nie przyśpieszać, nie gapić się. Iść zwykłym rytmem i jakby co nie reagować na pokrzykiwania. W razie czego chodu. Po piętnastu minutach dotarłem do głównej ulicy i odetchnąłem.

Tym razem do stadionu i muzeum w Boca Junior , gdzie w głównym holu jest posąg Maradony, udrapowany w stylu rzymskiego żołnierza, dotrzemy zapewne taxi lub tzw. remise. I nie powiem tam ani słowa, że wybieram się na mecz konkurencji – na stadion River Plate. Między tymi dwoma drużynami i jej kibicami jest taka atmosfera jak pomiędzy Real Madryt i Barceloną, z tym że tutaj, w tym samym mieście, o wiele bardziej ostro. Polecam na ten temat świetną duńską komedię pod tytułem „Superclasico”.

W dzielnicy San Telmo, gdzie będę teraz ponownie mieszkać, trzy lata temu, na Avenida Belgrano, próbowano mnie obrabować. Systemem na ochlapanie ubrania keczupem czy innym gęstym płynem. Pomoc niby życzliwej osoby z ulicy, połączona z gorliwym wycieraniem ubrania, jest równoznaczna z okradzeniem. Wiedziałem o tym i spokojnie się z tego wymknąłem – z serdecznych acz natrętnych objęć trzydziestoparoletniej kobiety.

13. 01 Mam 67 lat. Po dodaniu jest 13. Moja szczęśliwa liczba. Znak następny…

14. 01 Opracowuje trasę przez Patagonię – z Punta Arenas na północ. Miejsca konieczne do zobaczenia i posmakowania. Wioska O’Higgins – tam należy bezwzględnie dojechać. Musimy wynająć auto z napędem na cztery koła lub pickupa.

Równolegle rozpiska trasy z Santiago przez Valparaiso i Vina del Mar do Mendozy. Poprzez fantastyczne Los Caracoles (Ślimaki), które przemierzyłem w 2011 dwukrotnie – autem i autobusem.

8

Zdjęcie z Internetu

Przed chwilą znalazłem to: http://www.youtube.com/watch?v=HTNBRMWQ8jw

16. 01 Zamieszanie z komputerem „Sony”. Atak hackerów. Z AOL dostaje ostrzeżenie „natychmiast zmień hasło, ktoś się do Ciebie włamuje”. Gdy próbowałem zmienić zablokowało komputer. Przerzuciłem się na Toshibę, ale niestety straciłem opracowanie nad którym ślęczałem wczoraj do drugiej w nocy.

18. 01 Od nowa trasa z Ushuaia do Puerto Montt i dalej do Santiago i równolegle trasa po Peru, Boliwii i Ekwadorze. Zamawianie hotelu w Puerto Natales, znów z widokiem na zatokę. Stamtąd będzie wypad do Torres del Paine.

20. 01 Do kliniki na zastrzyki – żółta febra i żółtaczka A i B. Dominacja koloru żółtego – pięknie brzmi po hiszpańsku: amarillo. Doktor próbował mi wcisnąć z 5 szczepionek, łącznie z grypą. Mają kompletną obsesję na punkcie szczepionek. Szerzenie się nowej wiary, że szczepionki przed wszystkim ochronią i na wszystko pomogą. Nie mam na myśli dzieci, które muszą być szczepione (histeria spowodowała przegięcie w drugą stronę i ludzie przestali zaszczepiać dzieci), ale nie podoba mi się system czterech czy pięciu zastrzyków naraz. Tak jak dawniej – zastrzyk i parę dni przerwy. I potem następny. Na drugim biegunie czarodzieje pastylek – też szukają takiej, która będzie leczyła wszystko za jednym zamachem – od bólu głowy, poprzez hemoroidy, do nerwicy i stresu. Najpierw wzbudzają wśród ludzi strach i panikę, aby się szczepili, łykali pastylki i płacili. W Ontario i całej Kandzie, za grypowe szczepionki płaci przemysłowi farmaceutycznemu rząd, ludzie dostają je za darmo. Zapłata rządowa jest oczywiście z naszych podatków. Na swoje wychodzą koncerny farmaceutyczne, które zarabiają setki miliardów dolarów. Biznes na zdrowiu, na życiu i na śmierci.

Konsultacja z lekarzem (niemal to samo znalazłem wcześniej na Internecie) – 55 dolarów. Dwa zastrzyki, bo nie zgodziłem się na więcej – 225 dol. Pastylki na malarie, choć nie za bardzo potrzebne, ale Seweryn koniecznie chciał – dwa opakowania – 129 dolarów. Dzięki swemu ubezpieczeniu na lekarstwa, za które co miesiąc ściągają mi z pensji (w ostatnich 13 latach kupiłem lekarstwa może z pięć razy), dzięki temu zapłaciłem za wszystko 2.90.

Jedna pastylka zapobiegająca malarii około 5,5 dolara. Co mają powiedzieć biedni ludzie w Afryce, Azji, Ameryce Południowej? Jak się mogą leczyć???

28. 01 Minus 31 z wiatrem. Wiatr szarpiący wnętrznościami. Pod nogami maź – błoto pomieszane ze stopionymi kryształkami soli. Miasto rozmemłane, mlaszczące i skrzypiące pod nogami. Nieznośny ból pod łopatką. Albo końcówka powikłań po szczepionce albo mnie przewiało. Wyścig z czasem – poprawa egzaminów w kanadyjskiej szkole i wystawienie końcowych stopni.

Spotkanie z Rosjanką Liną i odbiór zreperowanych letnich spodni. Lina niedawno otworzyła punkt krawiecki koło mej szkoły. Punkt za małą knajpką prowadzoną przez bardzo bystrego i sympatycznego Kurda, Ibrahima, który włada pięcioma językami, a za żonę ma Chinkę. Jej języka jednakże nie zdołał opanować.

Do narożnej knajpki chodziłem na lunch od miesięcy, bo portugalska kucharka, Maria, robiła wspaniały rosół z czosnkiem. Przed Bożym Narodzeniem, w piwnicy pod restauracją, wybuchł pożar i ją zrujnował. Poczułem się także zrujnowany. Policja opieczętowała restaurację i przylegający do niej punkt Liny. Wpierw dochodzenie strażaków, następnie zakładu energetycznego i do dziś nie przywrócili prądu. Nikt nie wie dlaczego. Ibrahim chyba zrezygnował, Lina czeka z punktem zamkniętym od miesiąca. Oficjelom się nie spieszy. Jak w komunie – stwierdziliśmy z Liną. Bo komuna, dla takich ludzi jak my, jest niestety zawsze punktem odniesienia. Siedzi w nas głęboko zaczajona i od czasu do czasu wyskakuje, pokazując swą wredną mordę.

Mama Liny była geografką i często opowiadała jej o Niagarze. Wodospad w domu Liny nieustannie się przelewał, powracał jako symbol odległej, nieosiągalnej i wymarzonej wolności. Gdy się nad nim Lina wreszcie znalazła, zadzwoniła do mamy i relacjonowała jej co widzi. Musiała opowiadać parę razy te same szczegóły. A kolor teraz jaki? gdzie znosi wodną zawiesinę? jest już tęcza podwójna? Obiecała mamie, że jak tylko się urządzi ściągnie ją tu i pojadą razem nad Niagarę. W parę tygodni po tej rozmowie mama zmarła.

Wczoraj szukałem na Internecie informacji o sposobach wymiany argentyńskich pieniędzy. Gąszcz, dżungla sprzecznych doniesień, zagony porad. Prezydent Argentyny, Cristina Fernandez de Kirchner, która pod względem publicity zaczyna przypominać Evitę Peron, ostrzega przed wywoływaniem kryzysu z zewnątrz. W 2011 roku, będąc w El Calafate, zachwycałem się budową nowego bulwaru nad jeziorną laguną, gdzie w smoliście czarnych rozlewiskach, brodziły różowawe flamingi, przyprószone padającym akurat śniegiem. „ Ależ to nigdy nie byłoby możliwe – uświadomiła mnie recepcjonistka w hotelu – gdyby nie fakt, iż mąż pani prezydentowej jest właśnie stąd”.

Dalej wiadomości o atakach, na argentyńską ekonomię, spekulantów z bogatych krajów, idących ręka w rękę z ich czynnikami rządowymi. Bogatym opłaca się łupić słabszych, bo potem podsuwają im dobre, „neoliberalne” rady. I następne przyczółki przechwycone…. Pogłębianie recesji, peso spadło, dolar na czarnym rynku skoczył na wyższy pułap. Złudzenie, że dostanie się więcej, ale przecież inflacja spowoduje mniejszą siłę nabywczą. Cały czas na krawędzi krachu, czegoś, co jeden z dziennikarzy argentyńskich nazwał schodzeniem w degrengoladę.

I my tam zapuszczamy się na trzy miesiące. Teraz pytanie – czy będziemy przyjmowani mile czy też niechętnie? Jako butni gringo z lepszego świata czy też goście nadający się do oskubania? Quien sabe?

29. 01 Jechaliśmy z Sewerynem północna autostradą nr.7, w okolicach mojej dawnej pracy w Kanadyjskim Związku Motorowym. Na pustawym odcinku, bez domów, jeno z szeregiem słupów przesyłowych, nagle z prawej strony wyprysnął jastrząb. Poszybował na lewo, zakołował nad nami i powrócił na prawą stronę.

Jakąż spokojną radość poczułem… Najważniejszy znak przed wyjazdem, znów się pojawił.

31. 01 Rozpinanie sieci sprzyjająco-ochronnej.

Beatrycze, Argentynka pracująca w mej szkole, pracująca z dziećmi specjalnymi, pełna latynoskiego temperamentu a zarazem ciepłej cierpliwości, nagrała nam kontakty w Buenos. Będziemy pod opiekuńczymi skrzydłami jej rodziny. Finansowe tąpniecie sprzed dwóch tygodni wstrząsnęło ludźmi, dołożyło kolejną porcję bezradności i rozpaczy. Jednych doprowadziło do złości, innych do wściekłości. Stworzyła się mieszanka napięcia i agresywności. Coś co często buzowało w PRL-owskich kolejkach.

W wielkich miastach Ameryki Płd., Azji czy Afryki nie tylko, jako białasy, rzucamy się w oczy. Kłujemy swoją innością i zamożnością. Ich nie stać w większości na przyjechanie do nas, na wakacje, dla odprężenia, dla zwiedzenia. Mimo wszystko wzbudzamy w nich zazdrość przeradzającą się czasem w agresję. I tak jak terroryści utrudnili nam życie, tak i pewni politycy i ludzie kręcący tym światem, również dołożyli utrudnienia. Ustawili nas na postumencie niechęci i uprzedzeń.

Mam niezwykłe szczęście i wiara w moja szczęśliwą gwiazdę, podróżującą stale wraz ze mną, dopomaga w tkaniu owych sieci. Na innych zasadach w otwartej przestrzeni i innych w wielkim mieście. W otwartej przestrzeni budzi się instynkt i wyniesione z niej dotychczasowe doświadczenia oraz ułatwiony kontakt z tamtejszymi ludźmi, bardziej skłonnymi ku pomocy, do wsparcia. W nieznanym mieście podpieram się innym rodzajem instynktu – tym wyuczonym z mieszkania w dużych miastach – Warszawie, Berlinie, Toronto.

Najważniejsza jest sieć powiązań, obecność życzliwych osób. W Santiago są Asia i Claudio, polsko-chilijskie małżeństwo, które przecierało nam szlaki w roku 2011. Claudio był uchodźcą z Chile po roku 1973. Osiadł w Polsce, ukończył studia na Gdańskim Uniwersytecie, poznał Asię, ślub, układanie życia, a tu znów wychynęła nagle generalska facjata. I kolejna wędrówka, tym razem w tamtą stronę. Od paru lat mieszkają 20 km od Santiago, w przepięknym osiedlu Chicureo. Będziemy u nich z końcem kwietnia.

Wieczorem wgłębiam się w Argentynę, głównie pod kątem krajobrazu i naszej trasy. Argentyna jest powierzchniowo ósmym krajem świata i dziewięć razy większa od Polski. Na wschodzie opiera się o Atlantyk, przy czym północne wybrzeża są mało urozmaicone, w przeciwieństwie do południowych, gdzie są dwie duże i głębokie zatoki – San Jorge i San Matias i wielkie estuarium rzeki de la Plata. Ogólnie przeważają tereny nizinne – Gran Chaco, Nizina La Platy i Międzyrzecze (zwane Argentyńską Mezopotamią), czyli obszar w ramionach rzek Parany i Urugwaj. W Międzyrzeczu zaczynają się wzgórza przechodzące w obszary łagodnie pofalowanej lub płaskiej pampy i Wyżyny Patagońskiej, która w wielu miejscach tworzy nad Atlantykiem wybrzeże klifowe.

Na północnym-zachodzie śródgórskie, pustynne płaskowyże zwane Puna, położone na wysokości powyżej 3 500 metrów n.p.m. Otaczają je wulkaniczne szczyty, z których najwyższy jest Ojos del Salado (6880 metrów). Tam niestety nie zdołamy dotrzeć.

Dalej, w kierunku zachodnim, zaczynają się przedgórza Andów, które dzielą się na Kordylierę Zachodnią (z najwyższym szczytem kontynentu Aconcagua – 6959 m n.p.m.) i na południu niższe Andy Patagońskie, ze wspaniałym Lądolodem.

Spora rozciągłość południkowa tworzy cztery strefy klimatyczne: zwrotnikową na północy (będziemy tam, przy wodospadach Iguazu), podzwrotnikową w środkowej i północnej części kraju (czyli między innymi Buenos Aires), umiarkowaną w części środkowej i południowej (czyli pampa) oraz subpolarną na krańcu południowym (czyli Ziemia Ognista). Jednym słowem poznamy wszystkie strefy klimatyczne, a trzeba doliczyć jeszcze strefę klimatu górskiego, gdy zagłębimy się w Andy.

Andy stanowią swoistą barierę dla wiatrów wiejących od Pacyfiku, lecz część z nich przekracza góry i wdziera się na tereny nizinne w postaci zimnego i suchego wiatru. Na skrajnym południu, w Patagonii i na Ziemi Ognistej, dodatkowo pojawiają się inne zimne wiatry wiejące od Antarktyki. Jak w każdych górach mamy tu piętra klimatyczne i roślinne.

Atlantyk generalnie ma łagodzący wpływ na klimat, przy czym im dalej od niego w głąb lądu, tym klimat ostrzejszy, z większymi kontrastami temperatur dziennych i nocnych. Z Atlantyku przychodzą także wiatry ciepłe i wilgotne, które najbardziej zaznaczają się na terenach nizinnych.

Argentyna ma także dwa wiatry lokalne: pompero i zondę. Wiatr znad Pacyfiku wznosi się po stokach Andów powodując opady po stronie chilijskiej. Po przekroczeniu gór spływa stokami Andów jako wiatr suchy i zimny, zwany pompero. Gdy natrafi na niż znad La Platy znów pojawiają się opady.

Zonda, przychodząca również znad Pacyfiku, jest sucha i gorąca, czasem tak gorąca, że powoduje duchotę i temperatury sięgają 40°C. Miejmy nadzieje, że w czasie patagońskiej jesieni unikniemy takich skrajności.