9 marca, 2014 – Puerto Natales – Torres del Paine

Rano internet zadziałał. Pierwsza wiadomość – o przenikaniu wojsk rosyjskich i zlikwidowaniu wczoraj ukraińskich stacji radiowych i telewizyjnych na Krymie. Sankcje USA jako przejaw bezsilności, a polityczni rozbójnicy próbują zająć kawałek terytorium suwerennego państwa, nie oglądając się na nic i na nikogo. Na Krymie ma być referendum, które jest farsą, bo z góry wiadomo jaki będzie wynik. Wystarczy informacja, iż Putin już 1 marca zwrócił się do Rady Federacji o zgodę na użycie rosyjskich wojsk dla – i tu dwa złowrogie terminy z czasów głębokiej komuny – ochrony ludności i normalizacji sytuacji społeczno-politycznej. Gdzie? Oczywiście nie w Rosji, ale na terytorium sąsiedniego, niepodległego państwa. Nie walczyli o Gdańsk, tym bardziej nie powalczą o Krym.

Przypomniało mi się, co napisał parę lat temu Norman Davies w “Zaginionych królestwach”. “Na Zachodzie ludzie nie zawsze zdają sobie sprawę, że Rosja podtrzymuje koncepcję “bliskiej zagranicy”, czyli postulatu istnienia eksterytorialnej strefy wpływów, co do której Moskwa przyznaje sobie prawo ingerencji”.

Zapiski patagońskie osadzone obecnie we właściwym miejscu. Ostatni nocleg, załatwiony z góry, to ten w Puerto Natales. Zaczynamy samochodową włóczęgę po Patagonii. Gdzie będzie nas rajcowało, zostajemy dłużej, gdzie nie, jedziemy dalej. Miejsca noclegowe niuchać na miejscu będziemy. Zawsze się coś znajdzie, tym bardziej, że już niemal po sezonie. Mniej turystów, przeważnie młode łaziki z braci studenckiej, bowiem uczelnie dopiero się rozpędzają z zajęciami.

Liczyć się będzie tylko przestrzeń, czas zaniknie i zaistnieje jeno w tych zapiskach, w postaci dat odliczających kres na pięciomiesięcznej skali. Gdy się wróci do siebie wielkomiejskiego, usadzonego w wykonywanym zawodzie, wtłoczonego w gęstwę przyzwyczajeń i cywilizacyjnych wyznaczników, czas od razu pokaże swoje bezlitosne kły.

Dzień tygodnia – nieważny. Opóźnienie opisów, okruchów zamyśleń i przemyśleń, zdjęć z trasy – tym bardziej nieważne w studni czasu, który od stu paru lat uczynił z nas więźniów. Szczególnie tych, którzy wzięli go zbyt serio, których wessał w codzienną rutynę wyznaczaną trasą dom-praca-dom, przyzwyczajeniami i nałogami, a dodatkowo spętał najważniejszym obecnie przyrządem w życiu ludzi – komórką. Która, tak jak komputer, w przypadku wielu osób, nimi rządzi. A nie na odwrót. Klawiszy naciskanie, mózgu odłączanie. Gadulstwo, narcyzm i egoizm plenią się obficie.

Nasze bycie naznaczone od początku przypadkiem. W istność Wszechświata wpadamy jak kamień w wodę. Tym mikroskopijnym stawem, życiem naznaczonym, jest Ziemia. Gdy tu wpadniemy, znikamy czasem bez śladu. Na płyciźnie własnego istnienia. Lecz możemy podtrzymywać owe kręgi na wodzie. Tym bardziej, iż są wszędzie – i w powietrzu, i w geologii głębin, i w przepaściach Kosmosu, od zarania, od momentu Wielkiego Wybuchu, którego jesteśmy wzbudzoną do istnienia cząstką. Przemieszczamy się nieustannie, w nie dającej się zakreślić przestrzeni. Ze strachu przed nią wymyśliliśmy pomiar czasu, aby jakoś dookolność uporządkować, złudny sens nadać i znaleźć punkt zaczepienia/oparcia. Większość z nas nad tym się nie zastanawia – czasu nie mamy. Ani tego nie odczuwa – stępieliśmy i pory mamy zatkane. Chyba, że odbywamy podróże, wewnętrzne i zewnętrzne – naraz lub osobno.

Fale, z jednej strony, rozchodzą się automatycznie (wedle praw fizyki), bo coś naszym wpadnięciem we Wszechświat (dzięki ziarenkom rodziców) pobudziliśmy, a co od nas niezależne i toczy się niejako samo. Z drugiej, owe kręgi możemy wzmacniać i falowanie przedłużać – naszą twórczością, naszą kontynuacją ciągu pokoleń. Bo z kolei sami wrzucamy w głębie Wszechświata następne kamyczki – nasze dzieci. Kiedyś, jak to zazwyczaj z kręgami bywa, zamrą i już nas nie będzie. Fizycznie. Bo gdy kręgi pobudzamy i wzbudzamy mozołem życia swego, ich niewidzialne drżenia rezonansują dalej po naszym odejściu. W ludziach. I może gdzieś indziej… Kto wie?

Park Torres del Paine

Wyznacznikiem i przypomnieniem realności przestrzeni była (jest) odległość do parku Torres del Paine – 112 km od Puerto Natales. Parku położonego na obszarze przejściowym dwóch światów: lasów subpolarnych i patagońskich stepów.

Od zachodu przylega doń inny park, Bernardo O’Higgins (największy powierzchniowo w Chile – przeszło 35 tysięcy km kwadratowych), do którego dostępność bardzo ograniczona (tylko łodzią lub helikopterem), kraina długich fiordów i pól lodowych, zwanych Polem Lodowym Południowej Patagonii. Zamierzam tam się wedrzeć później, z dwóch stron. Od chilijskiej, docierając do kresu jedynej drogi (kończy się w miasteczku Villa O’Higgins, paręnaście kilometrów od krawędzi pola lodowego), zwanej Carretera Austral. O’Higgins mi umknęło w roku 2011, bo autobus był tylko dwa razy w tygodniu, więc nie zdążyłbym wrócić na czas do Santiago. Zaś od strony argentyńskiej, gdzie park zwie się Los Glaciares, docierając do miejscowości El Chalten, by spenetrować teren koło szczytów Cerro Torre i Fitz Roy. W obu przypadkach będzie to dotknięcie jeno obrzeży tego gigantycznego terenu.

Gdyby ktoś zechciał tam się powłóczyć i przygotowywał sobie trasę, niech go nie zraża materii pomieszanie w nazwach i położeniach. Wiele terenów przygranicznych jest terytorium spornym pomiędzy Chile a Argentyną. Nazwy się nakładają, granice parków też. Gdzieś tam, w ich głębi, można napotkać pomniki wystawione bohaterom potyczek granicznych, pomniki pompatyczne, z treścią poruszającą i nader patriotyczną, jednym słowem daleko jeszcze Latynosom do zniesienia granic, jak w Europie. To podejście czasem odbija się na obcokrajowcach. Nawet w wyrażaniu swych zachwytów należy być ostrożnym i delikatnym, aby gospodarzy nie urazić. Bo jak może się podobać coś bardziej w Chile, niż po argentyńskiej stronie i vice versa.

Pierwszego opisu krainy szpiczastych szczytów, rozległych masywów górskich, lodowców, sieci rzek i strumieni z porohami i wodospadami oraz jezior na pofalowanym stepie, znaczonym leśnymi kompleksami, kolczastymi zaroślami i samotnymi drzewami podpierającymi niebo, dokonała Florence Dixie, która charakterystyczne, trzy szczyty, nazwała Igłami Kleopatry. Nie dziwi ta nazwa, jeśli się zważy, iż jej książka ukazała się w roku 1880, gdy Europa lubowała się w historii starożytnej i pławiła w neoklasycyzmie. Najbardziej to widoczne w stylu budynków XIX wiecznych banków angielskich, które na froncie wypindrzały się grecką kolumnadą.

Lady Florence w Szkocji rodzona, z zamożnego domu Douglas (córka ósmego markiza Queensburry), od młodości była niespokojna duchem. A i życie nie szczędziło jej zaskakujących zwrotów i wydarzeń. Po samobójczej śmierci ojca, ją i jej rodzeństwo, matka nawróciła na katolicyzm. Zamieszkali w Paryżu, gdzie po raz pierwszy Florence zbuntowała się – przeciw reżimowi zakonnej szkoły. Po powrocie do Anglii, w wieku lat dziewiętnastu została żoną baroneta Dixie. W rok po ślubie publikuje swoją pierwsza książkę, bowiem i ten talent w niej zagościł. Małżonkowie prowadzili interesujące życie i dzielili wspólnie pasje przyrodnicze, zapuszczając się często w teren. Niestety małżonek miał dodatkową, zgubną pasję – hazard i przeputał zarówno posiadłość, jak i dom swoich przodków.

W tym miejscu należy wspomnieć o rodzeństwie Florence (siostra i czterech braci), szczególnie o dwóch braciach. Jeden z nich, jej bliźniak – James, był do niej tak głęboko przywiązany, iż po jej ślubie, popadł w maniakalną depresję, rozpił się i popełnił samobójstwo. Inny – John, wicehrabia Drunlanrig – był twórcą przepisów i zasad sportu bokserskiego, który z zapałem uprawiał. W późniejszych latach, jego najmłodszy syn – Alfred Douglas, ku wściekłości ojca, wszedł w bliski związek z Oscarem Wildem. Po paru miesiącach ojciec oskarżył Wilde o uwiedzenie syna i sodomię. Pisarz podał go do sądu o zniesławienie i nie dość że przegrał sprawę, to został uwięziony, co doprowadziło do jego upadku.

Po tych wszystkich wydarzeniach, rodzina stała się centrum plotek i pomówień ówczesnego życia towarzyskiego. Małżonkowie postanowili opuścić Anglię i w latach 1878-79, wspólnie z dwoma braćmi Florence i pisarzem-podróżnikiem Juliusem Beerbohmem, podróżowali po Patagonii. Beerbohm przybył do Patagonii rok wcześniej by dokonywać pomiarów geodezyjnych pomiędzy portami Santa Cruz i Port Desire. Patagonia tak go wciągnęła, że zaczął wędrować po dalszych obszarach. Lady Florence i jej kompani głównie zajmowali się polowaniem na strusie nandu i inną, dziką zwierzynę.

Po powrocie do Anglii Dixie opublikowała książkę “Poprzez Patagonię”, do której ilustracją były szkice Beerbohma. Korespondowała z Darwinem, dzieląc się z nim przemyśleniami na temat patagońskiej flory i fauny. Jej opis terenu na północ od Puerto Natales, który dziś zwie się parkiem Torres del Paine, rozbudził zainteresowania wielu osób (w tym naukowców-podróżników, m.in. Otto Nordenskjölda czy Alberto Maria de Agostini) i można powiedzieć, że od niej zaczęła się turystyka w tym regionie. Dziś jeden z hoteli w centrum Puerto Natales nazwę ma od jej nazwiska.

Lady Florence była korespondentem wojennym w czasie pierwszej wojny burskiej i wojny z Zulusami. Publikowała także wiersze, opowiadania i krótkie powieści. Zajmowała się polityką i emancypacją kobiet, jako sufrażystka walczyła o prawo kobiet do edukacji i głosowania w wyborach. Była jedną z założycielek kobiecego związku piłki nożnej i prezydentem British Ladies’ Football Club. Mimo sympatii dla Zulusów czy Irlandczyków, w głębi duszy buzowała w niej brytyjska imperialistka. Jej krytyka organizacji irlandzkich, szczególnie Fenians, sprowokowała nieudany zamach na nią w roku 1883. Nad jej rodziną wisiało fatum psychicznych chorób kończących się samobójstwem. W 1893 roku w prasie ukazały się artykuły opisujące w intymnych szczegółach związek jej bratanka z Oscarem Wildem. Jak widać, nie tylko dzisiaj lubią grzebać w życiorysach i etapować gawiedź sensacyjnymi plotkami.

Park Narodowy Torres del Paine jest uznawany za jeden z najpiękniejszych regionów świata (National Geographic umieścił go pośród pięciu najpiękniejszych miejsc świata). Powstał w roku 1959 pod nazwą Narodowy Park Turystyczny Jeziora Grey. Rok przedtem, włoski książe, znany alpinista Guido Monzino [http://en.wikipedia.org/ wiki/Guido_Monzino], jako pierwszy wszedł na Północną Wieżę masywu Paine i stał się także właścicielem pobliskiego terenu. Od roku 1970 park nosi dzisiejszą nazwę i jest częścią Narodowego Systemu Ochrony Obszarów Lesnych w Chile (Sistema Nacional de Áreas Silvestres Protegidas del Estado de Chile). W siedem lat później książe Monzino przekazał rządowi chilijskiemu swoje posiadłości. W 1978 UNESCO mianowało park Światowym Rezerwatem Biosfery i do roku 2006 przyłączono jeszcze następne tereny, co ostatecznie zwiększyło jego powierzchnię do przeszło 242 tysięcy hektarów.

Park jest jednym z jedenastu obszarów chronionych regionu Magellana i Chilijskiej Antarktyki, zajmujących w sumie niemal siedem milionów hektarów. Torres del Paine jest najczęściej odwiedzanym parkiem chilijskim – około 150 tys. osób rocznie, w tym 60% obcokrajowców. Należę do tych szczęściarzy, którzy będąc tam dwukrotnie poza szczytem sezonu (trwa od grudnia do lutego), nie musieli przedzierać się przez okresowy gąszcz aut i turystów pieszych. Dzięki temu mogłem chłonąć i kontemplować niezwykle piękny krajobraz w ciszy – jedna z dolin nazywa się Valle del Silencio – wymoszczonej gdzieniegdzie porywami patagońskiego wiatru, który na pewnych obszarach dosłownie zwala z nóg. Na przykład, przy wodospadzie Salto Grande, wpadłem w tunel wiatrowy i w jednym miejscu miałem wrażenie, iż będę musiał iść na czworakach, by dotrzeć do wodospadu.

Góry Torres del Paine

Masyw Kordyliery Paine, będącej wschodnim odgałęzieniem Andów, składa się z granitowych iglic i masywów skał osadowych wystrzelających wysoko pod czaszę nieba ponad sfalowanym stepem. Epoka lodowcowa i pozostałe po niej Pole Lodowe Południowej Patagonii wyrzeźbiły fantastyczne kształty gór, zwanych Torres del Paine, a składających się z dwóch pasm – Cerro Paine (niektóre szczyty powyżej trzech tysięcy metrów) i Cuernos  del Paine (cuernos – rogi). Są one poprzecinane obszernymi i głębokimi dolinami o różnych kształtach.

W części zachodniej Amfiteatralna Dolina Francuska obramowana jest kolosalnym klifem Cerro Cota 2000 – sięga do dwóch kilometrów i Cerro Catedral przypominającej fasadę katedry. Na północ od nich widnieje ostra grań (arete) zwana Płetwą Rekina. Po stronie wschodniej, w linii biegnącej z północy na południe sterczą pojedyncze szczyty – Forteca, Miecz, Ostrze, Maska, Północny Róg i Róg Główny.

Pomiędzy zachodnimi stokami Torres del Paine a gigantycznymi ścianami Fortecy i Gór Tarczowych rozciąga się Dolina Milczenia. Kolejna – Valle Ascencio, prowadzi do miejsca nad brzegiem polodowcowego jeziora, skąd można zobaczyć panoramę Torres z innej strony. W tym rejonie, najwyższe góry zwane Paine Grande, osiągają wysokość 2884 metrów.

Od strony zachodniej, pacyficznej, rozciąga się Pole Lodowe Południowej Patagonii (Campos de Hielo Sur), które w kierunku parku wysuwa cztery jęzory lodowców: Dickson, Grey, Zapata i Tyndall. Jęzory spływają do wytopiskowych jezior, z których Grey jest tak duże, iż pływają po nim małe góry lodowe. W parku są inne, trzy wielkie jeziora – del Toro, Sarmiento i Nordenskjöld oraz kilkanaście małych, jako pozostałość po plejstoceńskich zlodowaceniach. Na dwóch z nich – Grey i Pehoe, kursują małe statki (katamarany). Jest także spora sieć rzek, z których największymi są Paine (z wodospadem Salto Grande), Serrano i Grey. Większość rzek i jezior uchodzi do wąskiego fiordu Ultima Esperanza poprzez rzekę Serrano. Nad fiordem leży miasto Puerto Natales mające połączenie z Pacyfikiem poprzez zatokę Almirante Montt.

Geologiczne ingrediencje tego obszaru to warstwy skał osadowych z okresu Kredy, które w Miocenie zostały rozepchnięte poprzez wylewy magmy, tworzące w głębi tzw. lakolity. Magma bardzo wolno unosiła się ku górze, zastygając pomiędzy warstwami skał osadowych w formie wielkich kryształów granitu, które nigdy nie osiągnęły powierzchni ziemi. W innych miejscach lawa przebiła się na powierzchnię tworząc stożki wulkaniczne (zwą to formacją Cerro Torro). Dziś są one wygasłe i przez ostatnie tysiące lat głównym rzeźbiarzem był lodowiec i erozja różnego rodzaju. Typowym przykładem jest Cuernos del Paine, gdzie na granitowych wzniesieniach, na ich szczytach, widnieją przedziwne geologiczne stwory zerodowanych warstw skał osadowych. W innych miejscach osady zostały kompletnie zniszczone przez erozję i ku niebu wspina się tylko granit, ów odsłonięty granit lakolitów. W części zachodniej, niedaleko jeziora Grey, w głębi przeważają skały ogniowe – gabro i dioryty, a leżące na nich skały osadowe nazywane są formacją Punta Barrosa.

W marcu i kwietniu góry zasnute są mgłami z powodu najintensywniejszych opadów, które ustępują bardziej suchej porze, od lipca do października. Lata są chłodne, w najcieplejszym miesiącu – styczniu, temperatura potrafi spaść do 16 stopni; w ostatnim dziesięcioleciu zmiana klimatu powiększyła ilość dni ciepłych i czasem ekspozycja słoneczna niebezpiecznie wzrasta prowadząc do porażeń. Dlatego zalecane jest używanie ochronnych kremów, szczególnie na ultrafiolet. Najdziwniejsze jest zachowanie lodowców – niektóre stale przybierają i tylko Tyndall nieustannie się cofa.

Park jest rajem dla wędrowców pieszych (trekking), którzy mają wyznaczone dwie pętle do przejścia – pierwszą wokół całego masywu otwarto w roku 1976. Zwana jest pętlą “O” i jej przejście trwa od 6 do 10 dni (120 kilometrów). Drugą, nazwaną małą pętlą “W”, najbardziej popularną, można przejść w 3 do 5 dni (dystans 55 kilometrów, co mnie nieco rozbawia, bowiem w Norwegii, w roku 2006, przeszedłem w górach szlakiem Trollstigen, 63 kilometry – w ciągu jednego dnia).

torres paine trekkings

Mapka z Internetu

My byliśmy skazani na samochód i ewentualnie przejście małych odcinków, bowiem Seweryn, będący inwalidą, nie może wędrować kilometrami po trudnym terenie. Chciałbym kiedyś w przyszłości przemierzyć pieszo obie trasy.

Znawcy polecają odwiedzenie parku z początkiem marca lub listopada, kiedy hulają najsłabsze wiatry i nie ma w zasadzie turystów. Na obu trasach, napotkać można wiele miejsc do spania zwanych refugios zapewniających podstawowe warunki – ciepły prysznic i wyżywienie. Można wynająć namiot i śpiwór, lecz ze względu na wiatr należy go rozbić w osłoniętych miejscach i z ewentualną osłoną przed deszczem. Kempingi są możliwe tylko w wyznaczonych miejscach, zabronione jest gotowanie i rozpalanie ognisk i również zbaczanie z wyznaczonych szlaków.

W 1985 roku jakiś nieostrożny turysta spowodował wielki pożar, który strawił 150 km kwadratowych parku. W lutym 2005, czeski plecakowiec (backpacker) przypadkowo spowodował pożar trwający dziesięć dni i zniszczeniu uległ obszar 155 km kwadratowych. Rząd czeski zaoferował odszkodowanie w wysokości jednego miliona dolarów US, przeznaczonych na odnowienie lasu. Ostatni, wielki pożar, spowodował turysta z Izraela, kiedy lasy płonęły od grudnia 2011 do lutego 2012. Zniszczeniu uległo 176 km kwadratowych, w tym 36 endemicznego lasu. Rząd izraelski przysłał swoich specjalistów i zaoferował sadzonki drzew na cały spopielony obszar. Co ciekawe, tak jak w przypadku Yellowstone Park w USA, stwierdzono, iż okresowe pożary lasu zdarzają się tutaj od około 13 tysięcy lat i roślinność szybko odzyskuje wypalony teren.

Dla wygodnickich lub zbyt przesiąkniętych cywilizacją, utworzono nowoczesne, drogie hotele. Poleca się je od grudnia do końca lutego, gdy panuje lato i dzień trwa o wiele dłużej . Odwiedziliśmy jeden z drogich hoteli i ku memu zdziwieniu, restauracja z przepięknym widokiem na góry, nie była zbyt droga. Natomiast nocleg, w dwuosobowym pokoju, wynosi około tysiąca złotych za noc.

W Patagonii jest spory wybór miejsc do spania. Od eleganckich, drogich hoteli do średnich i tańszych, tzw. lodge. Następne, na schodzącej drabinie cen, są hosterie i hospedaje, pełniące role zajazdów oraz drewniane domki zwane cabaña (wymawia się kabańja). Oczywiście są też bed&breakfast (spanie i śniadanie) w domach prywatnych. Poza sezonem ceny są mniejsze, czasem nawet o połowę, ale to zależy od właściciela. Za 30-40 dolarów US na głowę można znaleźć całkiem przyzwoite lokum, przeważnie ze śniadaniem. Skromnym, bo dla Latynosów głównymi posiłkami są lunch i potem obfita kolacja na wieczór, w formie naszego obiadu.

Wyjazd

Rano nie byłem w dobrym nastroju, bowiem niebo było zachmurzone i obawiałem się, iż znów będzie padał deszcz.

1

Przed domem łaziły czajki zwane Queltehue lub Treglos.

2

Nazywaliśmy je wrzeszczakami Asi, bo żonę mego chilijskiego przyjaciela, Claudia, bardzo drażniły powrzaskiwania czajek, kiedy chodziły po trawnikach przed ich domem. Pojawił się także jeden z koni ze stadniny naszych gospodarzy.

3

Przejechaliśmy koło małego lotniska,

4

by się za nim nieco zagubić w gąszczu dróg dojazdowych do parku. Ale mieliśmy już przedsmak późniejszych krajobrazów na tle których domy wyglądają jak dziecięce zabawki.

5

6

Nagle pokazał się kondor,

7

zaczął kołować nad nami

8

9

i wszystko się rozplątało, włącznie z poprawiającą się pogodą. Chmury schodziły powoli ze śnieżnych szczytów a jęzory lasu pełzły po stokach.

10

11

Jechaliśmy porządną, asfaltową szosą i w pewnym momencie się rozsłoneczniło.

12

Okresowe, skrajne zmiany są nader typowe dla Torres, jak i całego obszaru Andów, wraz z przyległymi terenami. Styk wielkiego oceanu i równie potężnego pasma górskiego nie tylko tworzy odmienne krajobrazy, powoduje także częste zawirowania pogody. W rozległym, dzikim krajobrazie zaskakiwały nas samotne, drewniane wiaty przystanków autobusowych, dających raczej mizerne schronienie.

13

Rodzina

W pewnym miejscu minęliśmy sokoły caracara, które patrolowały pobocza drogi szukając pożywienia.

15

Zatrzymaliśmy auto, wysiadłem i zorientowałem się że to rodzina. Zacząłem ją obserwować, co pewien czas robiąc zdjęcia.

Było to dostojne i nieco komiczne widowisko. Pierwszy przez drogę wypuścił się ojciec. Przystanął, coś dziobnął.

16

Potem śmiało przeszedł na drugą stronę,

17

rozglądnął się

18

i spojrzał pytająco w kierunku reszty rodziny.

19

Za chwilę wyszła na szosę małżonka z dziecięciem i też dziobnęli to coś na jezdni,

20

lecz po chwili zawrócili. Samiec czujnie rozglądał się po okolicy, potem zdecydowanie ruszył za rodziną.

21

22

Na środku przystanął i przez chwilę mi się przyglądał.

23

Następnie pochylił głowę i ostrzegawczo zakrzyczał.

24

Samica z młodym okupowali prawe pobocze drogi.

25

Głowa rodu ustawiła się profilem

26

a gdy odjechaliśmy znów ruszyła na środek jezdni.

27

Flora

Świat roślinny wokół zmieniał się w zależności od rodzaju terenu i jego wysokości.

28

Mamy tutaj cztery strefy – patagońskich stepów, przedandyjskich krzewów, magellanicznego lasu około-polarnego i andyjskiej pustyni. Step i niskie stoki zdominowane są, przez typowy dla całej Patagonii, gatunek trawy miskant (Gracillimus), bardzo odpornej na wiatr i zmiany temperatury. Na łąkach i polach wiele kwiatów i ziół, w tym bardzo oryginalna w kształcie i barwie Calceolaria (pantofelnik), roślina z Ziemi Ognistej do 10 cm wysokości, której kolorowe kwiaty o niezwykłych kształtach, przypominają mi oddział ognistych skrzatów.

29

Z Internetu

Wysokie rośliny z rodziny bylin selerowatych wydzielają niezwykle aromatyczny zapach (zwą je tu “neneo” lub czarnym ziołem). Można odnaleźć siedem odmian orchidei.

Na terenie parku występuje 85 odmiennych gatunków roślin spoza tego obszaru, w tym 75 przywleczonych z Europy. Wyższe stoki to krzewy i krzewinki, wśród których wyróżniają się niskie, kolczaste berberysy i chilijskie drzewo ogniowe (Embothrium coccineum), które w trudnych warunkach klimatycznych płoży się jak krzak. Ma wiecznozielone, skórzaste liście i jaskrawo czerwone kwiaty, skupione nieraz tak gęsto, iż chwiejąc się na wietrze przypominają z daleka płomienie. Co chwila natykamy się na samotne buki lub dęby albo małe ich zagajniki pnące się po stokach. Drzewa są fantastycznie powykręcane przez wiatr i ich konary przybierają czasem niesamowite kształty.

Nad tymi terenami i przyległymi – od Rio Gallegos po Ushuaię – latał przez piętnaście miesięcy (1929-30) Antoine de Saint Exupery, który z dwoma innymi pilotami uruchomił pierwszą kompanię lotniczą w Argentynie, przewożąc pocztę i dokonując rekonesansów w południowej Patagonii. Często latał także nocami i owe doświadczenia opisał w dwóch książkach – “Nocny lot” i “Ziemia-ojczyzna ludzi”. Obie odnalazłem kiedyś w biblioteczce mych rodziców i obok wspomnianego znaczka argentyńskiego, były pierwszym zetknięciem się z nader tajemniczym i jakże gęstym słowem – Patagonia.

Ileż lat trzeba było czekać aby je posmakować… I nie zapomnieć dwóch ważnych zdań z “Małego Księcia”: “ Wszyscy dorośli byli kiedyś dziećmi. Choć niewielu z nich o tym pamięta” i “Dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu”.

Obrzeże parku

Koło ośnieżonych gór definitywnie skończył się asfalt i wjechaliśmy na ripio.

30

Pojawiły się strusie nandu,

31

32

parę kilometrów dalej olbrzymi, stromy stok, na nim stado krów.

33

Potem krajobraz się rozsunął i zaniebieścił.

34

Skręciliśmy w boczną drogę przejeżdżając niedaleko zalesionego stoku z wąskim wodospadem

35

i wjechaliśmy w jeszcze większe rozpołożenie przestrzeni.

36

Poznałem to miejsce! Trzy lata temu wokół zalegał śnieg po którym cwałowały spanikowane strusie. Szokujący widok, gdyż zazwyczaj struś kojarzy się z Afryką i piaskiem. Jeździliśmy wtedy od punktu do punktu i zdjęcia mogłem robić „z biegu”. Dziś miałem kompletna swobodę.

Przejazd koło resztki twardych skał nie poddających się erozji, wyglądających na bardzo stary wulkaniczny grzbiet.

37

Za moment, na prawo od nas, prysnął lis.

38

Droga pięła się lekko pod górę, potem długim łukiem poszła w prawo i po raz pierwszy, z daleka, zobaczyliśmy część masywu Torres del Paine. Trzęsło nas niemiłosiernie na „pralce” lub „tarce”, czyli poprzecznych rowkach na drodze.

39

Masyw rósł w oczach,

40

widać już było jego wyraźne segmenty.

41

Z dwóch zdjęć złożyłem panoramę całości.

42

Droga biegła czasem blisko gór

43

i znów się oddalała.

44

Co pewien czas stawaliśmy robiąc zdjęcia przez otwarte okno.

45

Na poboczu pokazało się samotne guanako.

46

Pojechaliśmy dalej wijącą się drogą natrafiając na wspaniałe miejsce widokowe.

47

Nad jeziorem okrążyliśmy Torres z boku

48

i stanęliśmy. Na zewnątrz trudno było ustać w dzikich podmuchach wiatru. Miałem problemy z utrzymaniem aparatu uzbrojonego w “rurę”.

49

50

51

Zjechaliśmy w obniżenie doliny rzecznej,

52

natykając się na parę guanako,

53

na które głównie polują pumy. Nigdy ich nie napotkałem. Są bardzo płochliwe i polują  nocą. Na przeciwległym brzegu rzeki zaczynała się droga dojazdowa do administracji parku.

54

Serce parku

Zatrzymaliśmy się na parkingu przed budynkiem administracji. Wstęp kosztował nas po 36 dolarów US (18 tysięcy pesos; 1 dolar US = 500 pesos) na głowę i tym razem Seweryn, jako inwalida, nie miał ani darmowego wstępu, ani jakiejkolwiek zniżki, co go mocno rozczarowało. Pocieszyłem go, że tym sposobem dał pieniądze na bardzo zbożny cel i jakoś się z tym pogodził. Na parkingu stały mikrobusy wypełnione młodymi łazikami, którzy udawali się na parodniowy popas w głębi parku. Było paru rowerzystów i piechurów, którzy podjechali tu autobusem z Puerto Natales. Niedaleko za budynkiem widniały owe granitowe szczyty z czapką skał osadowych.

Teraz mieliśmy zacząć właściwą trasę, samą esencję Torres del Paine.

55

Mapka z Internetu

Zjechaliśmy na dno doliny,

56

przejechaliśmy wąski most

57

i jechaliśmy wprost w objęcia masywu.

58

59

60

Dalej droga prowadzi wzdłuż spiczasto-zębatych gór,

61

62

następną, łagodną doliną

63

doprowadza do sporego hotelu, położonego u podnóża gór.

64

Tam zjedliśmy skromny lunch; kawa przy wielkim oknie z widokiem na góry smakowała wybornie.

65

W holu mapa przeróżnych tras po parku.

66

Po lewej stronie hotelu dodatkowe, piętrowe pomieszczenia.

67

Przepiękna pogoda, ciepło, śpiew ptaków, zapach nagrzanych łąk, w miarę cicho, bo nawet dźwięk podjeżdżających aut był wytłumiony. Jednakże, jak na mnie, było tu za tłoczno i po szpanersku. Pogoda dla bogaczy, zalegających na tarasie lub balkonie.

Po godzinnym popasie ruszyliśmy dalej, wprost spod potężnej wyniosłości granitu ubarwionego smugami i płatami bieli parującej pod mocno grzejącym słońcem.

68

Przy drodze pojawił się wielki piec, jak najbardziej uzasadniony wobec groźby pożaru. Obok leżał zapas drewna.

69

W tym miejscu, można było oficjalnie rozpalić ogień, ogrzać się w zimne dni, podgrzać sobie jedzenie i herbatę. Podążyliśmy jeszcze kawałek szutrową drogą

70

71

i zawróciliśmy do głównej.

72

Postanowiłem odnaleźć stare miejsca sprzed trzech lat.

I niemal w tym samym miejscu,  pojawiło się duże stado guanako,

73

które, jak wtedy, spokojnie pasło się przy drodze i przez nią przechodziło, przed maską wolno jadącego auta.

74

75

76

W 2011 roku powietrze było chłodne i krystalicznie czyste. Teraz o wiele cieplejsze, z warstwami chmur, a szarości i biele ustąpiły pod soczystymi barwami, pogłębionymi chiaroscuro stoków rzecznej doliny.

77

78

79

Przejechaliśmy przez kolejny płaskowyż,

80

za nim znów dolina

81

i charakterystyczny piramidalny szczyt który pokazywał nam się w różnych odsłonach.

82

83

Dobiliśmy do ultramaryny jeziora Sarmiento

84

85

i małego Amargo,

86

okrążając Torres od południowego wschodu

87

do południowego zachodu,

88

przez co pokazywał nam się w odmiennych konfiguracjach.

89

90

91

Część szczytowa gór zaczęła przybierać barwę spatynowanego złota.

92

93

94

Mój niemy zachwyt przerwało pytanie-stwierdzenie Seweryna, gdzie mamy jechać dalej, bo jest mało benzyny w baku i możemy nie dojechać na nocleg.

Odparłem, iż jesteśmy niedaleko i ostatnie miejsce mamy niejako po drodze, bo zdążamy i tak do drogi prowadzącej na południe. Innej nie ma. No i się zaczęło. Z każdym mijanym kilometrem Seweryn wpadał w coraz większą panikę. U mnie na odwrót – parłem do przodu, bo w podróżach nauczyłem się nigdy nie cofać i nie wątpić, że coś się nie uda. Gdy Seweryn pytał, ile jeszcze kilometrów do celu (był nim wodospad i następnie jezioro Grey), podawałem zawsze zaniżoną liczbę, by się uspokoił i przestał marudzić. Nie pomogło, więc w pewnym momencie skoczyliśmy sobie nawet do oczu i mu nawymyślałem od panikarzy. Bo przede wszystkim chciałem w spokoju, dogłębnie nasycić się krajobrazem.

96

A było czym – nad górami zawisły ciemne zwały chmur,

95

97

których kolorystykę spotęgowało zachodzące powoli słońce.

98

99

100

Ukazało się jezioro Pehoe,

101

po którym krążą katamarany

102

dowożące ludzi do luksusowej, bajkowo położonej hosterii (dwuosobowy pokój około 400 zł za dobę, ze śniadaniem). Zaparkowaliśmy, udając sie do wodospadu Salto Grande na rzece Paine,

103

104

niedaleko jej ujścia do jeziora Nordenskjölda, gdzie miałem chwile zwątpienia, czy do niego dojdziemy. Trafiliśmy w rozsierdzony tunel wiatrowy i kamienistą ścieżką szliśmy pochyleni nisko ku ziemi. W głębi, powyżej i na prawo od wodospadu, zobaczyłem przytuloną do siebie parę wędrowców z plecakami. Ich znikomość na tle gór była porażająca i wzruszająca zarazem.

105

Niedaleko wodospadu postawiono tablice, mocno już podniszczone, ze zdjęciami i objaśnieniami historii geologicznej Torres.

105a

Przy zejściu w dół, do auta, wzdłuż skalnego koryta rzeki,

106

107

minęliśmy przedziwne skały,

108

a za paręnaście minut przystanęliśmy, by zrobić zdjęcie spalonego lasu.

109

Zjechaliśmy do brzegów Pehoe,

110

111

112

przemknęliśmy koło jeziora del Toro

113

114

i przystanęliśmy, bo Torres spoglądało „spod chmury kapelusza…”

115

Jechaliśmy nad rzeką Grey

116

po zachodnim stoku

117

i skręciliśmy ostro na północny-zachód, do jeziora Grey.

118

119

Kapelusz chmur nad masywem zmieniał kształty.

120

121

122

Potem równina z górującym nad nią wygasłym wulkanem.

123

Po prawej, w głębi za jeziorem Pehoe,

124

znów defilowały szczyty Torres

125

126

sycąc nasze oczy.

127

128

Przy parkingu i kolejnym budynku administracji parku, wznosi się niemy świadek potwornej siły geologii – pasma starych skał osadowych, które dosłownie stanęły dęba.

129

Przeszliśmy po podwieszonym moście nad rzeką Grey

130

i weszliśmy w las lengowy,

131

następnie stromą ścieżką w dół nad brzeg jeziora, zasłany wulkanicznym popiołem, przez co piasek jest ciemny lub wręcz czarny.

132

Po jeziorze pływają małe góry lodowe,

133

z tyłu, w tle wznosi się Paine Grande.

134

135

Powróciliśmy do budynku administracji parku przy którym stał biały koń.

136

Z parkingu ruszyliśmy w ponurym milczeniu Seweryna. Na tablicy rozdzielczej, od dłuższego czasu, paliła się czerwona lampka. Dodatkowo niebo nabrało złowieszczego wyglądu,

137

przerywanego jaśniejszymi momentami zachodzącego słońca.

138

139

140

Po siódmej kontrasty pogłębiły się jeszcze bardziej.

141

142

143

Lecz za paręnaście minut wszystko zaczęło łagodnieć w pastelowych kolorach i wiatr się uspokoił.

144

145

146

147

Powrót

Zapadał zmierzch, a my byliśmy dziesiątki kilometrów od Puerto Natales. Ponieważ Seweryn był po raz pierwszy w Patagonii, nie znał tutejszych obyczajów i czuł się zagubiony i osamotniony w rozległej pustce. Nawet jej piękno do niego nie przemawiało. Ja byłem pewien – swojej szczęśliwej gwiazdy i tutejszych ludzi. Tylko, że od dłuższego czasu ludzi nie było. Pierwszych napotkaliśmy za postojem nad Lago del Toro, gdzie po raz ostatni ująłem masyw Torres

148

i rozmarzyłem się, więcej – roztopiłem w zamierającym dniu.

149

150

151

Tymi pierwszymi ludźmi byli Argentyńczycy, którzy mieli w aucie przebitą oponę, co zmroziło Seweryna dodatkowo, “no bo jeszcze tego by nam brakowało”. Zatrzymaliśmy się, aby im pomóc, potem także stanęło następne auto, ale nijak nie mogliśmy wpaść na to, jak odczepić z pod spodu zapasową oponę, z czym Argentyńczycy męczyli się od parunastu minut. Zostawiliśmy biedaków na szosie – całą rodzinę; inny kierowca dzwonił gdzieś po pomoc. Bo tu nigdy nie pozostawią cię samego.

Wjechaliśmy w głęboki wykop szosy

152

i gdy minęliśmy ośnieżony szczyt

153

zapadła noc. Króliki tylko pryskały na lewo i prawo drogi. Za którymś zakrętem, daleko pokazały się światła Puerto Natales, ale droga była wciąż kręta. Seweryn nie wytrzymał, znowu zaczął labiedzić i narzekać. Nastąpiła druga runda starcia między nami. Po pół godzinie pokazała się ulica dojazdowa do miasta i zaraz stacja benzynowa. Triumfowałem, choć facet nalewający benzynę kręcił głową ze zdumienia. W baku mieliśmy półtora litra paliwa.

Pogodzeni, w dobrych nastrojach, zajechaliśmy do pizzerii przy rynku. Jak zwykle było tłoczno, tym bardziej, że niedziela i dosadzono nas do wielkiego stołu z Chilijczykami. Jeden z nich zainteresował się naszym językiem. Zapytał skąd jesteśmy i ucięliśmy sobie interesującą, dość długą pogawędkę. Rodrigues, nadzwyczaj kolorowa postać, zajmował się przygotowywaniem logistyki wypraw indywidualnych po Patagonii oraz brał udział w chilijskim programie antarktycznym, przez co był trzykrotnie na kontynencie, włącznie z mroźnym interiorem. Powiedział to samo co mój kuzyn Andrzej, który bywał w Antarktyce na statku badawczym “Profesor Siedlecki” – półwysep Antarktyczny to przedsionek kontynentu.

Zahaczyliśmy oczywiście o politykę, rozmawialiśmy o Allende i Pinochecie, o tragicznych czasach i mój rozmówca zwierzył mi się, iż jego matka była sympatyczką komunizmu, ojciec natomiast niemal neonazistą. “Zresztą – dodał – był pochodzenia niemieckiego. Kto jest tutaj, w Chile, pochodzenia niemieckiego, od razu ma inną, lepszą pozycję. Już same nazwisko wystarczy”. Hm, zaskoczył mnie, tym bardziej, gdy później dodał, że on tu jest nieco spalony, w tym mieście zatwardziałych prawicowców. Bo on jest na lewicy. Tej porządnej, nie zwyrodniałej jak u Fidela Castro czy kabaretowej, jak Hugo Chaveza.