9 kwietnia, 2014 – Cutral Co – El Chocon – przejście Pino Hachado – Las Lajas

Gdy nie ma gdzie zawrócić, trzeba iść naprzód”

                                                              Marco Polo

Cutral Co – El Chocon

Dwie sytuacje dopadły mnie z rana – dzwonienie w uszach i poszczekiwanie psów. Do dzwonienia dołączył się lekki, ćmiący ból głowy. Do psów wspomnienie z teraźniejszej podróży i tej z 2011.

Psy, w wielu miejscach Ameryki Łacińskiej, z niezwykłą zaciętością atakują samochody. Zastanawiałem się co je więcej drażni – ruch, warczenie silnika, czy spaliny. A może wszystko naraz. Atak nie ogranicza się do szczekania i pościgu. Czasem próbują gryźć koła. Najbardziej niesamowita scena rozegrała się na placu de Armas w Santiago, trzy lata temu. Snuła się po nim jakaś dość hałaśliwa demonstracja, policjanci nerwowo kręcili się po placu i w przylegających doń ulicach. Wokół leżały lub przebiegały truchcikiem gromady poczciwych kundli. W pewnym momencie, z jednej z bocznych ulic, wyjechał gazik policyjny i wpadł na plac. Psy gwałtownie zerwały się i rzuciły na policyjny wóz z niesamowitą zajadłością. Podgryzały koła i siatki ochronne na zderzakach, skakały do drzwi, próbowały nawet wskoczyć na maskę. Wstąpiła w nie istna furia. Zajadle szczekały i ścigały gazik, aż do momentu gdy zniknął z placu. Wtedy zziajane psy powróciły i zmęczone uwaliły się  na ziemię.

Z okna pokoju nieciekawy krajobraz,

129z

zeszliśmy szybko na śniadanie, spakowaliśmy się i odjazd. Z którejś ulicy widok na gigantycznego dinozaura zrobionego z drutu.

130

Nad drogami plątanina przewodów elektrycznych, w wielu miejscach mury upstrzone napisami, bo zbliżały się wybory.

130a

Większość zabudowy piętrowa, ogólne wrażenie – miasto przemysłowe.

Zostało założone na pustyni w 1933 roku po odkryciu złóż naftowych. Głównym przemysłem jest petrochemia. Mieści się tutaj parę wielonarodowych firm naftowych – Petrobras i Repsol -YPF, który w 1992 roku został sprywatyzowany i tysiące ludzi straciło pracę. Gdy coś upaństwowią, w wielu przypadkach ludzie mają pracę. Gdy sprywatyzują ludzie pracę tracą. Czyżby państwo z reguły nie tylko zatrudniało zbyt dużo ludzi, ale też źle zawiadywało powierzonym mu majątkiem? Jak za każdym razem wygląda rachunek strat i zysków? Kto na tym w rezultacie zyskuje?

Podczas pojenia Nissanka (wczoraj nie mogli nalać baku do pełna, benzyna była racjonowana) pokazały się liczne kondory, które krążyły nad miastem.

130b

Widok był zdumiewający, bo sądziłem że one żyją tylko w dziczy. Natomiast zaobserwowałem, iż w wielu tutejszych miastach pojawiają się sępy.

Wjechaliśmy na tę samą drogę nr 22. Znów policja i to gęściej niż wczoraj. Wyjazd zablokowany policyjnymi autami, policjanci grzeczni acz stanowczy – nie wiadomo kiedy będzie otwarta, „probablemente, mañana”. To wieloznaczne, drażniące, powalające, zwalniające sprawy (wtedy trzeba wydobyć zapasy cierpliwości i spokoju) słowo mañana – jutro. Spytałem policjanta, pokazując na mapę w patagońskim przewodniku, jak dojechać do El Chocon, bo zrobiliśmy już tyle tysięcy kilometrów i koniecznie chcemy zobaczyć muzeum dinozaurów i odciski ich stóp. Wskazał na ripio 17, dodając że tamtędy zapewne nie uda nam się przejechać. Najlepiej zaczekać, bo jutro, pojutrze może już otworzą. Seweryn próbował go przekonać, że przecież tu asfaltowa droga, więc woda na pewno szybciej spłynęła, ale policjant się lekko zirytował. Nadto, widząc przedłużającą się dyskusję, zaczęli podchodzić inni i w tym momencie nadjechała ciężarówka z wojskowymi, którzy zaczęli po kolei wyskakiwać i obstawiać szosę. Grzecznie podziękowaliśmy za wskazówki i zawróciliśmy.

Poprosiłem Seweryna by się zatrzymał i zacząłem przeglądać mapę. Nie miałem najmniejszego zamiaru się wycofać, zaparłem się na dojazd do wybranego punktu, kosztem nadłożenia 50 kilometrów i wolniej, bo nie dość że ripio, to jeszcze namokłe po ulewie. Postanowiliśmy podjąć ryzyko. Odciski łap sławetnych dinozaurów ciągnęły mnie jak magnes.

Zawsze fascynowały mnie ślady dawnych historii, szczególnie to co pozostało po istotach żywych. A tu nie bagatela – ślady pozostawione prawie 100 milionów lat temu! Z czasów rozpadu Pangei, gdy wtulone w siebie trzy kontynenty: Afryka, Ameryka Północna i Południowa zaczęły się nieubłaganie od siebie oddalać.

130b1 Pangaea

Rysunek z Internetu

W tej fascynacji jest miejsce na refleksję nad upływającym czasem, nad tym co po nas pozostaje. Ktoś/coś przed nami zostawia wiadomość, daje sygnał z głębin minionego czasu. Czy na tym polega sens życia? By coś po sobie pozostawić? By coś po innych odnaleźć? Przypadkowy odcisk łapy, stopy, celowy rysunek naskalny… Być może odruch twórczości artystycznej u człowieka zaczął się w momencie owej potrzeby odwzorowania, wiernego lub symbolicznego, otaczającego nas świata. Widzialnego i ukrytego, świata naszych konkretów i złudzeń, pożądań i rozczarowań. Świata fizycznej obecności Innych i zagadkowego świata duchów. Być może od tego momentu, bez klepsydry, zegara słonecznego czy zegarka, zaczęło się także intuicyjne odmierzanie upływającego czasu.

A może mamy rozbudowaną skłonność do nadinterpretacji? Dorabiania wyobrażeń do rzeczywistości, wyobrażeń biorących się z emocji i skomplikowanej pracy mózgu. Sądzimy, że poprzez ten proces poznajemy rzeczywistość (świat, Kosmos) i nawet na swój sposób ją wzbogacamy. Ale przecież owa rzeczywistość już była, gdy nie istnieliśmy jako gatunek i będzie dalej, gdy nas tu zabraknie. Może stąd poszukiwanie pustki, oddawanie hołdu nicości, bo i tak niewiele tutaj zwojujesz. Pozostaje kwestia aktywnego wyboru. Włącznie z wycofaniem się.

Mój wybór był prosty – jechać dalej i zobaczymy co będzie. I gdzieś, głęboko we mnie pulsujące ziarenko upartości, a ponad mną przekonanie o szczęśliwej gwieździe, gdzieś wysoko.

Za miastem natychmiast eksplodowała przestrzeń.

130c

Pampa z płaszczyznami, pasmami wzniesień, obrębiona na horyzoncie pierwszymi zarysami Andów. Potem ukazał się naftowy „dziobak” z niedaleką, małą rafinerią.

130d

Asfaltówka miejscami wyraźnie zdemolowana. Pasma błota, resztki wczorajszej blokady i wyrobione, boczne drogi, którymi desperaci próbowali objechać szlaban.

130e nr17

Ale nie było żadnego posterunku. Skręciliśmy na ripio, całkiem porządne, idące górą wzniesienia. W dole od czasu do czasu łyskały płaty wody. Daleko po prawej wyłaniały się ośnieżone Andy.

130f

Cała trasę do Leufu – około 80 kilometrów – przejechaliśmy całkiem szybko, w niepełną godzinę.

130g nr17

Tym bardziej, że dobrnęliśmy do asfaltowej drogi nr 237, którą skręciliśmy ostro na północny-wschód, 

130h nr237

w krajobraz poszarpanych, suchych wzgórz.

130i

Za paręnaście minut ukazało się miasteczko Picun Leufu (w języku mapudungun – „Północna rzeka”), mające dziś przeszło trzy tysiące mieszkańców.

Zaczęło swą egzystencje, tak jak parę innych miejscowości w tym rejonie, od momentu rozpoczęcia robót (rok 1967) przy budowie jednego z największych kompleksów hydroelektrycznych w Argentynie i Ameryce Południowej – Chocon-Cerro Colorado. System zapór na rzekach Limay, Neuquen i Negro (Limay i Neuquen łączą się z Negro i u ich zbiegu leży miasto Neuquen), służy nawadnianiu i produkcji elektryczności. Obejmuje pięć tam, trzy mniejsze sztuczne jeziora i czwarte wielkie – Ezequiel Ramos Mexia – mające powierzchnię większą nawet od Nahuel Huapi (860 km²). Cały kompleks produkuje 1/4 energii argentyńskiej;

130j

Mapka z Internetu

w miejscowości Arroyito w latach 1980-tych powstał jedyny w Ameryce Południowej zakład produkujący ciężką wodę. W 1993 roku kompleks został sprywatyzowany i koncesję przyznano firmie Hidroelectrica El Chocon S.A. We wrześniu 1971 roku Piucun Leufu uzyskało status miasta.

Przejechaliśmy przez główną ulicę, wykręciliśmy na sporym rondzie, na którym stoi, na wysokim maszcie, zabawna sylwetka gaucho,

130k picun leufu

skręciliśmy w 237 i od razu pokazała się woda stojąca na poboczach.

130l nr237

Potem było jeszcze gorzej, całe pola pokryte wodą, na drodze rozmyte błoto i głębokie koleiny.

130m

Po parunastu minutach ukazał się po prawej rezerwuar Ramos Mexia (jego całkowita pojemność wynosi 206,000,000,000 metrów sześciennych), na którym się żegluje, uprawia windsurfing i wędkuje. I od razu pokazały się charakterystyczne rozpadliny

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

130q

i kaniony,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

składające się na rozgałęzienia Doliny Dinozaurów, leżącej w pustynnym płaskowyżu, gdzie pomiędzy warstwami ciemnoróżowych, ochrowych i brązowo-czerwonych skał, znaleziono skamieniały las i liczne szkielety dinozaurów, w tym fragmenty kości największego na świecie drapieżnego dinozaura, większego od Tyranozaura (T.rex) – Gigantozaura Carolinii. 

Przy drodze, niedaleko zejścia do jednego z kanionów (Canadon Escondido),

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

natknęliśmy się na całkowicie inny, niż zazwyczaj, grób kierowcy. Zamiast domku-kapliczki wielka opona, porozrzucane cegły i przechylony drewniany krzyż. Mała deszczułka bez daty i imienia. Grób nieznanego kierowcy argentyńskiej pampy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

El Chocon

Zza wzgórza wyłoniła się sylwetka dinozaura z groźnie rozwartą paszczą. Pod nią nadgryziona tablica z nazwą „Miasto dinozaurów”.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Kolejny zakręt i groźny łeb gigantozaura trzyma w zębiskach powitalną tablicę: „Bienvenidos A Villa El Chocon”.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wielka, nieruchoma tafla rezerwuaru, wszędzie linie przesyłowe wysokiego napięcia.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zjechaliśmy ku zatoce poznaczonej mniejszymi akwenami, wciętymi w ciemnobrązowe, osadowe skały. Daleko, na przeciwległym brzegu, widoczne urządzenia zapory Chocon.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

130x elchocon pesca represa

Z Internetu

Woda odzyskała już swoją dawną barwę, sprzed wybuchu wulkanu Puyehue w Chile (stąd około 500 km na zachód).

130x1 puehue eruption chile

Z Internetu

Po gwałtownej eksplozji w czerwcu 2011 roku popiół opadał na bystrą, głęboką rzekę Limay i niósł błotnisty, ciemny osad do jeziora.

El Chocon w języku Mapuczów oznacza „człowieka drżącego od zimnej wody”, co się teraz zadziwiająco zgodziło z obecnością wodnego zbiornika i jego klimatem. Ponieważ wokół są jałowe stepy, suche i wietrzne, nawet gorącym latem woda jest ciepława jedynie na przybrzeżnych płyciznach. Zimą, przeciętna temperatura powietrza wynosi około pięciu stopni. Wielki projekt hydroelektryczny, nazwany przedsięwzięciem stulecia, zaczął się od budowy tamy Chocon, dwa kilometry od dzisiejszej miejscowości. Postawiono baraki i proste domy dla budowniczych tamy, co z czasem przeistoczyło się w stałe miejsce zamieszkania paruset osób i w październiku 1975 roku Villa El Chocon zyskała status miasteczka (obecnie ma około 1500 mieszkańców). Jest położone w malowniczym miejscu, pośród niewysokich wzgórz, porytych kanionami i wąwozami, nad północnym brzegiem sztucznego jeziora Ramos Mexia, gdzie są liczne klify jeziorne. Z tego powodu Chocon stało się atrakcyjną miejscowością turystyczną, lecz rozwój turystyki przyspieszyło i powiększyło odkrycie szczątków dinozaurów w końcu lat 70-tych.

Wjechaliśmy na niewysokie wzgórze mijając kaskadowo ujęty strumień.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ze wzgórza roztaczał się widok na leżącą na pierwszym planie marinę z ładnym parkiem, pełnym piknikowych stołów pod dachem. W głębi jezioro i wysokie wzgórza po przeciwnej stronie.

130z

Nad muzealnym parkingiem wzgórze z eukaliptusami, które w wielu miejscach na kontynencie Ameryki Południowej świetnie się przyjęły, skutecznie zapobiegając erozji gleby.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Przy bramie wejściowej tablica twórców i fundatorów muzeum gdzie, ku mej satysfakcji, między innymi widnieje Hidroelectrica El Chocon S.A.

131a

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Weszliśmy do środka natykając się na jakąś panią, z którą nie mogliśmy się dogadać. Za chwilę pojawiła się inna, nie dość że płynnie mówiąca po angielsku, to jeszcze okazało się, iż jest pracownicą muzeum. Początkowa radość z tego faktu okazała się płonna – muzeum od wczoraj zamknięte, bowiem ulewa połączona z wichrem wiejącym z szybkością 90 km/godz, doprowadziła do zalania sal i trwało powolne usuwanie skutków kataklizmu. Żadne podchody i narzekania nie pomogły. Mogliśmy tylko obejrzeć plansze na korytarzu i pobrodzić po Internecie.

131b1 el chocon muzeum

131c chocon dino

2 zdjęcia z Internetu

Wielka szkoda, bo w panteologicznym muzeum Ernesto Bachmana jest wystawiony szkielet wspomnianego Gigantosaura Carolini – największego diznozaura drapieżnego, który polował w tych okolicach około 100 milionów lat temu. Jego czaszka ma 180 cm długości (największa T.Rexa ma 155 cm). Carolini to nazwisko jego znalazcy z 1993 roku, Rubena Carolini, który był pracownikiem Hidronor S.A., a zarazem często dołączał do palentologów poszukujących kości dinozaurów i innych okazów skamieniałości. Wokół El Chocon natrafiono na prawdziwą skarbnicę szczątków różnych dinozaurów. Znaleziono najbardziej kompletny szkielet dinozaura w Ameryce Południowej – Rebbachiazaura (17 metrów długości, waga około 10 ton), wielkiego Andezaura i równie potężnego Puertazaura, oraz największego lądowego dinozaura na Ziemi zwanego Argentinozaurem (niektórzy szacują go na 35 metrów długości przy wadze niemal 30 ton). Znaleziska zaczęły się w końcu lat 70-tych a nabrały tempa w następnych dekadach. Gdy dodatkowo natrafiono na odciski łap nad brzegiem dzisiejszego rezerwuaru postanowiono utworzyć muzem, które otwarto w 1995 roku, co znacznie zwiększyło liczbę turystów odwiedzajacych miasteczko.

Argentyna ma wielkie osiągnięcia w odnajdywaniu szkieletów diznozaurów, o czym mogłem się już przekonać w muzeum w Trelew, miejscowości skąd dwa miesiące temu zaczęliśmy naszą patagońską wędrówkę. W Argentynie znaleziono także dwa najstarsze gatunki dinozaurów – Eoraptora i Herrerazaura. Obszary południowej Patagonii i prowincji leżących blisko przedgórza Andów, mogą śmiało się równać z dwoma słynnymi cmentarzyskami gadów – na pustyni Gobi, w Mongolii i w tzw. badlands w Albercie, w Kanadzie.

131d dinosaurios argentyna

Rysunek z Internetu

Postanowiliśmy najpierw coś zjeść i potem zjechać nad brzeg jeziora, by zobaczyć ślady wielkich łapsk dinozaurów. Wypatrzyliśmy dużą posesję na odległym wzgórzu, lecz wpierw musieliśmy pojechać dołem, niedaleko jeziora, gdzie natknęliśmy się na parę dzikich gołębi.

131e

Po lewej, na wysokim klifie, widniała kolorowa latarnia jeziorna

131f

na wysokości której skręciliśmy w prawo, na obszerny parking. Stamtąd wdrapaliśmy się po szeregu stopni na rozległe wzgórze gdzie stoi hotel z restauracją „La Posada del Dinosaurio”. W całkowicie pustej, ładnie urządzonej restauracji,

131g

zasiedliśmy przy stoliku z widokiem na jezioro. Zjawiła się pani z którą jakoś się dogadaliśmy naszym ubogim hiszpańskim, zamówiliśmy godziwy obiad z sokami i piwem. Najpierw oczywiście wjechała przystawka – pieczywo z ostrą przyprawą i drobno posiekanymi pomidorem, cebulą i kolendrą. Po pół godzinie właściciel przybytku podał nam smacznie przyrządzoną pieczeń. Mówił nieźle po angielsku i opowiedział nam o sztormie, który wyrządził także szkody w hotelu, jak i w całym miasteczku. Nad El Chocon nadciągnęły rankiem tak czarne i gęste chmury, że włączyły się miejskie lampy. A potem na paręnaście godzin rozwarły się niebiosa i zaczął mini potop.

Po wyjściu na zewnątrz zauważyłem pochód mrówek dźwigających wielkie liście.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

One też zapewne usuwały skutki powodzi i maszerowały długim szeregiem ku bramie sąsiedniego ośrodka turystycznego, bramie ozdobionej ładnym hasłem „Z solidarnością jest możliwe!”.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Przez chwilę zastanawiałem się, gwoli mych osobistych, polskich wspomnień z roku 1980 i porównując je ze stanem dzisiejszym, czy z solidarnością, tą przez małe „s”, jest teraz możliwe czy raczej możliwie, czyli do wytrzymania. I opadły mnie wątpliwości co do obu stanów.

Nie mieliśmy pojęcia jak dojechać do śladów dinozaurów. Pokręciliśmy się po miasteczku, które w słońcu nabrało ładnej przytulności. Domy w nieco hacjendowym stylu,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

zadbane ulice i trawniki, sporo strumyków ujętych w kaskady, wszystko wypieszczone w szczegółach, które są tak ważne w architekturze, poprawiając samopoczucie człowieka.

131k

Ale drogi wjazdowej do odcisków łap wciąż nie mogliśmy znaleźć. W końcu pewna pani pouczyła nas, że musimy wyjechać kawałek za miasto i z głównej drogi skręcić na ripio, prowadzące poprzez małe przedmieście, wprost do jeziora.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Po paręnastu minutach ukazał się teren ogrodzony gęstą, drucianą siatką.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Doszliśmy do dwóch ogrodzeń, otworzyliśmy furtkę i weszliśmy na pomost. Za chwilę wyłoniły się wielkie odciski łap zwierzęcych, wyciśnięte głęboko w czerwonobrązowej skale i częściowo zalane wodą po niedawnych ulewach.

131n

Chodziłem po pomostach i robiłem zdjęcia.

131o

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

131q

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Potem wyjąłem notatnik i zacząłem zapisywać strumień myśli wijących się w mej głowie. Oto zapis tego momentu: „ Dinozaury szły tutaj, brzegiem wielkiego jeziora, w ciepłym i parnym klimacie, 80, 90 a może 100 milionów lat temu. Nas, ludzi wtedy nie było, co tak trudno jest pogodzić z religijnym fundamentalizmem. A przecież jak ten fakt uczy pokory…

Po ludziach celowy ślad, zapis istnienia w szamańskiej otoczce, duchowość – ktoś/coś ponad nas, ponad nami lub pod nami, skryte w głębi ziemi, w tajemniczych i groźnych jej wnętrzach. Potem snujące się już idee, ideologie, pomysły na życie i zawsze grupa uzurpatorów, która zagarnie, przekształci, zafałszuje, zdawałoby się przepiękną ideę. Zawłaszczy i spożytkuje dla swych celów. Przeciw wszystkiemu – innym ludziom, narodom, przeciw zwierzętom i roślinom, nawet przeciw Ziemi. Bo zaczyna się liczyć tylko ich sposób na istnienie, ich cel, ich droga ku czemuś, zazwyczaj bardzo mglistemu, ich styl myślenia, do którego inni muszą się nagiąć. Ich monopol na szczęście, na sens, a głównie na bezsens, na sposób przyjścia TUTAJ i odejścia STĄD.

A tymczasem dinozaury, wzdłuż brzegu jeziora przeszły sobie, ot przypadkiem, wbijając w miękki grunt słupy swych nóg z pazurami, odciskając głęboki ślad swego istnienia, wagę parunastu, może parudziesięciu ton. I są dzisiaj obiektem naszej fascynacji, badań naukowych, dociekań. Są obecne a przecież ich nie ma, obecne dla zachwytu i sensacji, ku ekscytacji, dla podziwu i zdjęć robienia, do opowiadania typu ”O rany, co ja widziałem/znalazłem/odkryłem…”. Są dla zadumy, refleksji nad życiem minionym, naszym i innych istot żywych. I ku posmakowaniu upływu czasu…

Bo co czujesz stojąc pod wielkim, tysiącletnim i wciąz żywym drzewem alerce, gdy na skali przyłożysz swoje życie?”

Wyszedłem poza ogrodzenie i spacerowałem po wielkim skalnym rumowisku, gdzie w kolorowych skałach odciski roślin i muszli, geologiczny tajemniczy ogród.

131t

131u

Na horyzoncie skalna ściana,

131w

za nią tkwi coś, na co nie mieliśmy czasu a co znalazłem później na Internecie – krajobraz wprost jak z jurajskiego parku. Miejsce zwane El Chocon Gigantes.

131w1 el-chocon-gigantes

131w2 chocon

2 zdjęcia z Internetu

Lecz niedaleko mych nóg płożył się przedziwny krzak, w barwach, kolcach i kroju listków tak odmienny, że też jakby nie z tej epoki.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

El Chocon – przejście graniczne i… znów Las Lajas

Za El Chocon niebo się zachmurzyło i nabrało groźnego wyglądu.

132

W drodze powrotnej do Picu Leufu minęliśmy zalane tereny.

132a

Za Leufu skręciliśmy w drogę nr 20 – nasze ostatnie ripio w argentyńskiej Patagonii.

132b

Nad równinami ukazało się wielkie i milczące stado ptaków jakby uciekające przed niebezpieczeństwem.

132c

Monotonna równina upstrzona kępami krzaków rozciągała się po horyzont.

132d

Minęliśmy małą osadę i za nią, w pustym krajobrazie, zatrzymał nas mężczyzna w średnim wieku, prosząc o podwiezienie do jakiegoś miejsca, które nam wskaże. Komunikacja z nim była utrudniona, bo mój skromny zasób paru podstawowych słów hiszpańskich nie wystarczał. Przeszliśmy na najstarszy język ludzkości – znaki rysowane w powietrzu, przeplatane pojedynczymi słowami. Okazał się Indianinem Mapuche i chciał dostać się do estancji na równinie. Obrazowo przekazał nam opowieść o sztormie i w dalszym ciągu był tym wyraźnie przygnębiony. Znów przejeżdżaliśmy przez szerokie rozlewiska w poprzek rozmiękłej szutrówki,

132e

krajobraz był wyraźnie dalej przemoczony.

132f nr20

Mapuczan, bo tak go z Sewerynem potem wspominaliśmy, bowiem nawet nie poznaliśmy jego imienia, powiedział, że nigdy w swym życiu nie przeżył coś takiego. Pogoda wariuje wszędzie. Rozregulowanie klimatu trwa na całego. Może dlatego tak nas fascynuje los dinozaurów, bo chcielibyśmy uniknąć zagłady? Lub, jak w przypadku naiwnych Amerykanów, przynajmniej wiedzieć ile jeszcze mamy czasu.

Mapuczan zatrzymał nas gdzieś w środku rozległej równiny, podziękował i szparko poczłapał ledwo widoczną ścieżką, która zaczynała się słupem z tabliczką „El Stanislao Estancia”. Zniknął w tej pustce tak, jak się z niej uprzednio wynurzył. Po szóstej wieczorem dojechaliśmy do asfaltowej 40, skręcając do Zapala, na północ.

132g

Po prawej, zanurzony w odcieniach niebieskości, ukazał się szczyt Picun Leufu (1369 m n.p.m.),

132h

następnie za Zapalą skaliste pustkowia

132i

132k

132m

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

oświetlone zachodzącym słońcem.

132l

Koło wpół do ósmej przemknęliśmy koło Las Lajas

132j

wjeżdżając na drogę 22, prowadzącą ku granicy z Chile.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Z daleka wychynęło pasmo Andów i mieliśmy piękny, pożegnalny spektakl Argentyny.

132q

132r

Jechaliśmy w milczeniu, prosto w zachodzące za górami słońce.

132s

132t

I nagle coś mnie tknęło. Złapałem za przewodnik patagoński i od razu znalazłem pod przejściem granicznym Pino Hachado informację, iż w kwietniu granica jest zamykana o godzinie 19-tej. Była dokładnie 19.27 i zaczęliśmy się łudzić, że może 40 minut spóźnienia nie będzie problemem, bo to przecież Ameryka Południowa, mañana, luz i tak dalej.

Seweryn dodał gazu i pędziliśmy ku widocznemu już za kolejnym zakrętem, budynkowi granicznemu. Nagle, w świetle reflektorów ukazał się zając i pędem wbiegł wprost pod koła. Poległ. Zrobiło nam się bardzo przykro. Zaklęliśmy obaj pod nosem, bo przecież tyle czasu udawało się różne zwierzątka omijać, a na końcu takich pech. Przed granicą szosę zamykał szlaban, z budki wylazł pogranicznik i oznajmił, iż zamknięte. Negocjacje spełzły na niczym, bo cały personel odjechał już do domów i nie miał nas kto obsłużyć. Strażnik uprzejmie zaprosił nas na jutro rano. Znów doceniłem Unię Europejską, ze swobodnym przemieszczaniem się po kontynencie. Nawet w Kanadzie nie można już jechać do Stanów na prawo jazdy lub obywatelstwo kanadyjskie. Potrzebny jest paszport, a kontrole na granicy są równie nieprzyjemne, jak nie przymierzając, w dawnym ZSRR. Wiem coś o tym, bo trzykrotnie miałem na tej granicy wręcz awantury z jankeską obsługą. Głównie za sposób traktowania.

Zawróciliśmy by dojechać do Las Lajas i poszukać tam noclegu. Argentyna nie chciała nas wypuścić ze swych przyjaznych objęć. Wracając, dokładnie w tym samym miejscu, natknęliśmy się na innego zająca. Był zaskakująco biały, jak albinos i tkwił pochylony nad tamtym. Sprawiał wrażenie, iż opłakuje swego pobratymcę, którego przejechaliśmy 20 minut temu. Nie pomogło ani trąbienie, ani hamowanie. Zając, jak rasowy samobójca, w ostatniej chwili wskoczył nam wprost pod koła. Następny trup. To był już dla nas wstrząs. Najpierw długo milczeliśmy, potem zastanawialiśmy się co się stało. Może to była para, może ten drugi nie chciał już żyć? Rozmyślałem jakie przesłanie płynie z tego zdarzenia, bo przecież nic nie dzieje się całkowicie przypadkowo. Przydałby się mądry Duke, który na pewno by znalazł jakieś wyjaśnienie. Seweryn z kolei przyjął to za zły omen i wpadł w ponury nastrój. Jak zaczął krakać i mnie udzielił się niepokój. Poprosiłem go by zamilkł, bo jeszcze coś wykuka.

Na niebie pojawił się ogromny księżyc.

132u

Wschodnia strona wciąż była jaśniejsza

132w

i przed ósmą dobiliśmy do Las Lajas.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W ciemnościach wypatrywaliśmy jakiegoś hotelu czy hosterii. Niczego nie mogliśmy znaleźć, jeden z hoteli okazał się nieczynny. W końcu zoczyłem posterunek policji, wszedłem do środka i poprosiłem o pomoc. Policjant pokazał mi na planie miasta, gdzie mam jechać i za dziesięć minut znaleźliśmy się przed hospedaje „El Maiten”. Miły, starszy pan pokazał nam pokój, mówił dobrze po angielsku. Pokój był mały, z kuchnią i prysznicem, nocleg bez śniadania, jedynie mogli dać nam kawę rozpuszczalną w torebkach i czajnik na wodę oraz butelkę soku.

Zeszliśmy na dół, by w knajpie ulokowanej w tym samym budynku, zjeść kolację. W środku były trzy odstrzelone panienki, jak się okazało uczennice z miejscowego liceum. Gdy się zorientowały, po naszej rozmowie z właścicielką, że władamy angielskim, od razu sobie z nami pogadały, by sprawdzić swą konwersację. Byliśmy dla nich, mimo naszego dostojnego wieku, powiewem z wielkiego świata, kimś ciekawym i to skąd – de Polonia. Jedna z nich była niezwykłej urody, mieszanka hiszpańsko-indiańsko-afrykańska czyli Criollo (Kreole). Z ekranu dużego telewizora sączyła się muzyka wprost z You Tube. Występ na żywo chilijskiej grupy w Buenos Aires, a potem hiszpańskie, tęskne flamenco, które zawsze rozdziera mi duszę. Przeto zamówiłem butelkę wina, by mą duszę odpowiednio ukoić i naoliwić na dzień następny.

Zanim dokończyłem notatki i przerzuciłem zdjęcia zrobiła się druga w nocy. Seweryn dalej wytrwale dziobał po kompie, aż musiałem go ofuknąć. W nieprzeniknionych ciemnościach usypiało mnie monotonne zawodzenie patagońskiego wiatru.