8 marca, 2014 – Puerto Natales – Cerro Castillo

Poranek zaczął się od zwrócenia mi uwagi przez Gustavo – naszego gospodarza. Ludzie skarżyli się na hałasy nocno-nadranne. W tym domu, po 22-giej, bezwzględnie obowiązuje cisza. Winowajca guzdrał się jeszcze w pokoju.

W czasie śniadania wypogodniało, lecz nie na długo.

1

Na polu, za domem buszowało spore stado patagońskich gęsi.

2

Przelotne deszcze i chłodno. Co za kontrast z poprzednim pobytem zimą 2011! Wtedy, piękna, słoneczna pogoda i chłód głównie nocą i nad ranem, gdy nawet łapał mały przymrozek. Chodnik przed hotelem szklił się wschodzącym słońcem, by od krawędzi klombu mienić się tysiącem mikroskopijnych migotań na źdźbłach trawy. Brakowało mi teraz owej klarownej przezroczystości powietrza, przez co widziało się fantastyczny landszaft na wskroś, kilometrami, a gry światłocienia tworzyły niemal mistyczne obrazy. Gustavo stwierdził, iż w ostatnich paru latach, jest wyraźnie odczuwalna zmiana klimatu – lata są chłodniejsze i bardziej deszczowe, zimy właściwie bezśnieżne.

Do pieczary (cueva) mylodona wyjechaliśmy dopiero po 11-tej, a jeszcze musieliśmy zajechać do miasta, by zatankować Nissana. Powitała nas tam stara lokomotywa przy rynku, ilustrująca pionierski okres Patagonii wieku XIX.

3

W okolicach Puerto Natales (zatoka Almirante Montt z licznymi fiordami, pieczara Mylodona a przede wszystkim Torres del Paine)

3a

Z Internetu

następuje pierwsze i jakże głębokie zauroczenie pięknem Patagonii. Nie wystarczy tu przyjechać i zobaczyć jedno, nadzwyczajne miejsce. Bowiem natychmiast wzbudza ono chęć zobaczenia dalej i więcej. I tak się to ciągnie poprzez całą Patagonię – chilijską i argentyńską. Nienasycenie, a po odjeździe tęsknota. Gdybym przyjechał tam w wieku, powiedzmy 30 lat, zapewne chciałbym zostać i być może osiadłbym na stałe. A może tak suponuję z dzisiejszej perspektywy starszego i doświadczonego człowieka, który już wie (podejrzewa?) gdzie się gnieżdżą znakomite smaki esencji naszego żywota? Dobre samopoczucie w Patagonii wzmacniają ciepli i uczynni ludzie, żyjący według zasady wzajemności, którą uczynili niegdyś podstawą życia społecznego, Inkowie. Ich “imperium” przyswajało i zjednywało inne ludy oraz wchłaniało stare kultury przed inkaskie.

Chatwina przygnało tutaj wspomnienie kłębka sierści mylodona, który spoczywał w gablotce, w rodzinnych zbiorach, a przywiezionym był z Patagonii przez jego, bodajże, pradziadka. W przypadku Chatwina zaistniało odwrotne zjawisko – po kłębku do nici i snuł je w Patagonii, głównie w historiach ludzkich: osadnicy walijscy, niemieccy, włącznie z nazistami, bo w latach 60-tych wciąż była to świeża, a co najważniejsze, niezabliźniona historia; Butch Cassidy i Sundance Kid – można rzec, romantyczne bandziory balansujące na krawędzi dżentelmeństwa, konkwista i późniejsze dziesiątkowanie rdzennej ludności przez hiszpańskich najeźdźców. Krajobraz przemyka u Chatwina gdzieś bokiem, co jest nieco zdumiewające, biorąc pod uwagę znikomość w nim człowieka, z jednoczesnym kształtowaniem go przestrzenią Patagonii. Ona ich wypełnia formą istnienia, kształt zachowań nadaje i sposobów wzajemnego odnoszenia.

Cueva Mylodon leży w parku narodowym, gdzie, po przejechaniu od Natales sporej ilości kilometrów, wpierw po asfalcie,

4

a potem po ripio (bardzo uciążliwe w okresie deszczy),

5

dociera się, obok wielkiego wzgórza

6

przybranego w olbrzymi skalny naleśnik

7

i ocalałe od erozji twardsze rodzaje skał,

8

dociera się ostatecznie do biura parku, z kasą wstępu i przylegającym doń malutkim muzeum.

9

Do pieczary idzie się drewnianym pomostem,

10

przechodząc koło spękanej, skalnej ściany

11

i gigantycznych brekcji, czyli zlepku różnej wielkości okruchów skał.

12

Część z nich jest porośnięta roślinnością i mchami, a w niektórych szczelinach wyrosły już drzewa.

13

Cały, wielki obszar wokół pieczary, nazywany geomorfologicznym terminem Ultima Esperanza (0statnie Przeznaczenie), 80 milionów lat temu, był dnem rozległego morza. Na jego brzegach liczne rzeki nanosiły sedyment, tworzący wielka deltę, w innych miejscach rzeźbiąc głębokie podmorskie kaniony. Co pewien czas w owym procesie następowały zakłócenia i gigantyczne obsuwy stoków wpełzały w głąb morza, na dziesiątki kilometrów pokrywając dno grubymi warstwami, od trzech do czterech tysięcy metrów, zasypując także kaniony. Przez miliony lat sedyment zamieniał się w twardniejące skały, geologicznie zwane konglomeratem Jeziora Sophia.

18 tysięcy lat temu rozpoczęły się okresy napływu i cofania potężnego lodowca drążącego pierwsze metry pieczary. Po paru tysiącach lat lodowiec wycofał się ku Pacyfikowi formując rozległe jezioro. Jego fale zaczęły wymywać słabsze warstwy skał osadowych (piaskowca i łupków) poszerzając pieczarę.

14

Twarde skały konglomeratu oparły się erozji i tworzą dzisiaj ściany i sklepienie – 200 metrów w głąb, szerokość 80 i wysokość 30 metrów.

15

Później poziom jeziora obniżył się na tyle, iż utworzył pomost i połączył pieczarę ze stałym lądem. Wtedy dotarły do niej plejstoceńskie zwierzęta, takie jak tygrys szablasty, macrauchenia – zwierzę wielkości wielbłąda z krótką trąbą, koń ważący do 200 kg i przede wszystkim największy ssak, spokrewniony z dzisiejszym leniwcem, ważący niemal tonę, o długości około dwóch metrów i pokryty długim, gęstym futrem – Mylodon Darwini.

16

W tym samym czasie, gdy zwierzęta nawiedzały lub zamieszkiwały owo miejsce, zaczęło się znaczne ocieplenie klimatu. Zmieniała się szata roślinna i w całym regionie uaktywniły wulkany. Około 10 tysięcy lat temu plejstoceńskie zwierzęta zaczęły wymierać. Naukowcy do dzisiaj się sprzeczają, co było tego przyczyną – zmiana klimatu, działalność ludzi (polowania) czy oba fakty nałożone na siebie, przyspieszające zagładę. Następowała ona w dalszych tysiącleciach, przez co zniknęły kolejne zwierzęta: pantera, niedźwiedź, pewne odmiany lamy i lisa. Klimat tundry uległ znacznemu złagodzeniu, pojawiły się strusie nandu i kondory, guanako, pumy, jelenie (huemule), mniejsze dzikie koty i zające, lisy, skunksy i łasice oraz małe gryzonie. Na obszarach suchszych, głównie na argentyńskiej pampie, przetrwał pancernik czyli armadillo.

17

Ludzie dotarli tutaj 11 000 lat temu, nomadyczni zbieracze-myśliwi, którzy pieczarę szybko zaadaptowali dla swych celów. Od tamtego czasu, krajobraz na froncie pieczary pozostał w zasadzie niezmieniony.

18

Lecz do dziś jej kształty zawierają tajemnicze elementy,

19

które w dawnych czasach zapewne pobudzały wyobraźnię i formowały wierzenia o naturze.

20

Archeolodzy znaleźli na jej dnie koliste, dość głębokie doły,

21

które prawdopodobnie służyły za legowiska.

22

Natrafili na resztki ognisk,

23

kości upolowanych zwierząt, w tym mylodona, kamienne narzędzia i ozdoby.

24

Ówcześni ludzi polowali głównie na guanako i konie. Pierwsze przetrwały do dzisiaj i żyją w stanie dzikim, podobnie jak symbol niezależności i swobody w Patagonii peruwiańsko-boliwijskiej – wikunie, na które nikt nie poluje i są pod ochroną. Konie wymarły głównie z powodu przełowienia, podobnie jak ich pobratymcy w Ameryce Północnej. Przypuszcza się, że od tego momentu Indianie pojęli, iż należy podchodzić do środowiska z szacunkiem i nie dopuszczać do wytępienia jakiegokolwiek gatunku roślin czy zwierząt. W przyrodzie panuje równowaga, którą żaden gatunek nie powinien naruszać. Człowiek jest pierwszą i jedyną istotą, która pojawiając się na Ziemi najpóźniej, stale narusza ową równowagę. Dzisiejsze mustangi są potomkami koni przywiezionych przez Hiszpanów, które zbiegły im, w wiekach XVI i XVII, z terytorium północnego Meksyku i rozprzestrzeniły się na preriach.

W roku 1895 niemiecki osadnik, Hermann Eberhard dotarł do pieczary i znalazł kawałki skóry nieznanego zwierzęcia. W późniejszych latach, po zorganizowaniu szeregu naukowych ekspedycji na tereny wokół pieczary (Wzgórza Benitez) i do jej wnętrza, zwierzę zidentyfikowano i nazwano mylodonem. Chatwin podaje, że natrafił na zapiski i rozmawiał z ludźmi, którzy twierdzili, iż pewne osobniki tego gatunku przetrwały do historycznych czasów i Indianie polowali na nie jeszcze w wieku XVIII. Dowodem na to miał być strzępek skóry z sierścią, przywieziony przez jego pradziada do Anglii. Inny kawałek sierści znajduje się w gablotce,

25

przy wejściu do pieczary, obok paru oryginalnych szczątków kości mylodona.

26

27

Przed wejściem, skąd roztacza się wspaniały widok na okolice,

28

jak i samo wnętrze pieczary,

29

stoi jego imponujący posąg (drugi jest przy rozjeździe dróg nad zatoką, w Puerto Natales).

30

31

Na ścianach pieczary warstwy skał osadowych są przeplatane twardszym konglomeratem.

32

W niektórych miejscach znajdujemy wapienne nacieki.

33

Ponieważ sklepienie jest popękane (przebiega w nim geologiczny uskok), woda deszczowa powoli przezeń przecieka tworząc stalaktyty, a wymyte kawałki skał opadają na dno tworząc gruzowiska. Tam gdzie zalega woda rozpleniły się mchy i porosty.

34

Pieczara jest narodowym pomnikiem chilijskim (El Monumento Natural Cueva del Milodon), administrowanym przez CONAF (Corporacion National Forestal – Korporacja Lasów Państwowych) i promowanym przez SERNATUR (Servicio National del Turismo – Państwowe Usługi Turystyczne).

Po wyjściu z pieczary wdrapałem się na małe wzgórze obok i chłonąłem wypogodzony już całkowicie krajobraz.

35

36

Z pieczary, krętą i malowniczą drogą,

37

utkaną na poboczach kwiecistymi krzewami,

38

39

udaliśmy się do małej miejscowości Cerro Castillo. Zoczyłem samotne drzewo lenga, które obok drugiego – nire, jest endemitem Patagonii.

40

Ma twarde drewno, przeto wyrób mebli lub przycinanie desek wiąże się z pewnym mozołem. Natomiast jest znakomitym materiałem do palenia w tutejszych, żeliwnych piecykach i w kominkach. Spora kłoda lengi pali się bardzo powoli (do trzech-czterech godzin) i długo trzyma ciepło żaru. I ma swój specyficzny zapach. Uwielbiam zapach palonego drewna, który jest znakiem przetrwania, bowiem ciepło daje i światło. Także na otwartej przestrzeni.

W porównaniu do mej wizyty sprzed trzech lat, widać wyraźne zmiany. Przede wszystkim, na wielu odcinkach, porządna asfaltowa szosa. W trakcie jej przemierzania wielka zmienność pogody – słonecznie,

41

intensywne lub przelotne opady deszczu, mniejsze i większe tęcze, czasem po dwie, a nawet trzy naraz i okresowe zachmurzenia.

42

43

44

Na jednym z podjazdów spłoszyliśmy wielkiego orła, który pożywiał się przejechanym królikiem. Króliki, sprowadzone z Europy, oczywiście niesłychanie się rozmnożyły i kicają przy szosach w całej Patagonii, szczególnie po zmroku i w nocy. Nic nie wyszło ze zdjęcia, bo Seweryn się zagapił i nie zwolnił w porę – orzeł odleciał, a mój osłabiony chorobą refleks, też dał znać o sobie. Zdjęcie byłoby rewelacyjne, ale ileż razy pouciekały mi różne okazje. Że o przepadku sześciu tysięcy zdjęć, z podróży w roku 2011 (Europa i Ameryka Płd.), nie wspomnę. Jak i o tego przyczynach, opartych głównie na mej głupocie, gdyż nie zdublowałem zdjęć i nie przeniosłem do zapasowej pamięci. Tamte ujęcia, w czystym i ostrym zimowym świetle, teraz, w warunkach schyłkowego lata, były nie do powtórzenia.

Na uschniętej lendze napotkaliśmy patagońskiego sokoła,

45

potem wjechaliśmy w drogę pomiędzy pasmami gór.

46

Bokiem przemknął polujący kondor,

47

nagle pojawiły się dwa guanako

48

i jeden wykonał efektowny skok przez płot.

49

I tak jak w Argentynie, na patagońskiej pampie, zaczął się ciąg wielokilometrowych płotów. Patagonia jest całkowicie ogrodzona wzdłuż dróg, zarówno tych dobrych, jak i pośledniejszego gatunku. Od dróg biegną także ciągi prostopadłych płotów, wyznaczających zakres posiadłości estancieros. Giną one gdzieś na horyzoncie i dlatego często można spotkać stado krów lub koni, a najczęściej owiec, w zupełnej pustce, daleko od jakichkolwiek ludzkich domostw.

50

Pomiędzy domowymi zwierzętami pasą się stada guanako. Parę metrów dalej natrafiliśmy na wielkie stado wspinające się po rozległym stoku.

51

Góry się rozsunęły

52

i jechaliśmy wzdłuż rzecznej doliny.

53

Z daleka ukazała się, skryta pomiędzy drzewami, wioska Cerro Castillo.

54

Zanim do niej dotarliśmy natrafiliśmy na dwóch konnych gaucho,

55

którzy próbowali zagnać na zagrodzone pastwisko, młodego i niesfornego byczka.

56

Wydostał się przez wyłamany płot i mieliśmy niezłe widowisko, gdyż przez niemal pół godziny zwodził konnych jeźdźców i trzeciego w aucie.

57

Aż w końcu zrezygnował z zabawy i powrócił posłusznie na pastwisko. Jeden z gauczów, po udanym pościgu, przemawiał czule do swojego konia.

58

Cerro Castillo (tu chciałbym nadmienić, iż w całej Patagonii ludzie posługują się kastylijską odmianą języka hiszpańskiego) również wypiękniało od mej ostatniej wizyty. Seweryn był zdumiony i poruszony faktem, iż można żyć w otoczonej i przewianej nieustannym wiatrem pustce.

59

Całe tutejsze życie związane jest z koniem i na każdym kroku widać tego symbole.

60

Jeszcze bardziej zdumiał go sklep z pamiątkami, połączony z restauracją i barem

61

i panujące w nim ceny. Ale okazało się, że był tam także kantor wymiany, tylko po lekko zawyżonym kursie. Kawa macchiato, z bardzo smaczną szarlotką, smakowały jak nigdy. Wokół nas kłębił się różnojęzyczny tłum turystów i nieraz nadzwyczaj kolorowych łazików (tzw. backpackers) – w sombrerach, pirackich chustach na głowach, nieogolonych, ogorzałych od wiatru i słońca, czasem dziko rozczochranych, w wytartych i podziurawionych dżinsach, a wszystkich łączyło jedno – zakurzone buty. Co chwila pojawiał się z ktoś z obsługi i miotłą zgarniał z podłogi pył Patagonii.

62

Nie dałem rady doładować Pelagii 2 (niewtajemniczonym wyjaśniam, iż jest to nazwa mej komórki – stara Pelagia padła w zeszłym roku. Parę lat temu, miałem niezły ubaw w warszawskim sklepie Plusa na Marszałkowskiej, gdy oznajmiłem, że całą noc bezskutecznie ładowałem Pelagię; trzeba było widzieć miny osób postronnych!!), bowiem w Ameryce Południowej, i to w różnych krajach, są odmienne wtyczki do kontaktu. Bez dwóch konwertorów – na wtyki płaskie i okrągłe – nie ma co się ruszać. Odnoszę wrażenie, że globalizacja w wielu miejscach wzbudza natychmiast proces odwrotny – różnicowania za wszelką cenę. Także niestety w mentalności wielu osób i instytucji. Lęk, nieufność i całe tony podejrzeń. Natomiast ludzi w miarę rozsądnych szlag trafia wobec takich utrudnień. Największa głupota w tej materii panuje w dziedzinie edukacji wielu krajów. Jak jeszcze nie okroili lub nie obcięli całkowicie geografii i historii, to zawęzili je tylko do danego kraju. W przyszłości będziemy mieli całe stado wymachujących dyplomami idiotów, dla których świat zewnętrzny, poza ekranami komórki i komputera, a także poza krajem rodzimym (i tak traktowanym po łebkach), będzie jedną, wielką mgławicą.

Po krótkim popasie przejechaliśmy koło lokalnej szkoły,

63

udając się w drogę powrotną do Puerto Natales. Wracaliśmy w brązach i błękitach podbitych bielą chmur.

64

65

Bliżej Natales znów pogorszenie pogody.

66

67

Po chwili góry zniknęły w gęstych, ciemnych chmurach.

68

W mieście natrafiliśmy na polski element – ulicę Domeyki,

69

który jest w Chile bardzo znaną i popularną postacią. Gdy spożywaliśmy w knajpie dobre spaghetti, rozpętała się ulewa.

70

Po niej gwałtowny spadek temperatury, do plus czterech. Co za ironia – gdy byłem tu zimą, w ciągu dnia było cieplej! Minęliśmy mój stary hotel z wieżyczką, gdzie zaprowadził mnie trzy lata temu kelner, abym mógł zrobić zdjęcia leżącej naprzeciw zatoki.

71

Trochę dalej spory magazyn z umieszczoną na ścianie dokładną szerokością geograficzną.

72

W zatoce, na podbitej srebrem wodzie,

73

unosiła się para czarnych łabędzi.

74

Za domem Boria przechadzały się gęsi patagońskie,

75

na łące pasł się jeden z koni Gustavo.

76

Można u niego wynająć konie (dogląda ich głównie żona Gustavo, z pochodzenia Austriaczka, zasadnicza i nieco zdystansowana; mają elokwentnego, pięcioletniego chłopca) i cwałować po okolicy, nawet do Torres del Paine. Wynajem koni dość drogi, raczej dla bogatych i takich, którzy tu przyjeżdżają na parodniowy pobyt.

Były spore zakłócenia w łączności internetowej. Gdy dotarłem wreszcie do maili, okazało się, iż nie ma żadnej wieści z Alamo. Jutro niedziela, planowałem wyprawę na ten dzień, do Torrres del Paine. W poniedziałek rano wjazd do Argentyny, do El Calafate.

76a

Mapka z Internetu

Koniec dnia spędzony na dopilnowaniu Seweryna, aby poszedł wcześniej spać. Udało się – zasnęliśmy parę minut po północy.