7 marca, 2014 – Punta Arenas – Puerto Natales

Z okna hotelu, który nad brzegiem na wpół wyschniętego obecnie kanału,

1

rozglądałem się po mieście, stanowiącym przeplatankę nowego

2

ze starym, zdominowanym przez falistą blachę użytą w przeróżnych wariantach i kolorach.

3

Przed wyprawą piechotą do miasta, zdjąłem nasz kubistyczny hotel

4

i brudną strugę w kanale, niestety zdobioną śmieciami.

5

Szliśmy wpierw aleją pod górę, koło Skweru Urugwajskiego ze spora iglicą, pośród potężnych drzew,

6

miejscami fikuśnie przystrzyżonych.

7

Za którąś przecznicą, daleko w dole między starymi budynkami, ukazał się fragment cieśniny Magellana.

8

Chcieliśmy zaglądnąć do Hertza w sprawie wynajęcia auta. Mieliśmy dobre wspomnienia sprzed trzech lat, gdy tam wynajęliśmy auto, na samej północy Chile, w Arica, przy granicy z Peru. Kierownik dał nam nawet zniżkę i nie obciążył kosztami zwrotu auta. Jest to jedna z zasadzek przygotowywanych w wielu punktach wynajmu samochodów – obciążyć za domniemany transport auta do punktu wyjścia. W przypadku małych miejscowości ma to jakieś uzasadnienie, bo rzeczywiście ktoś musi auto na powrót dostarczyć. Gdy dojeżdża się do Santiago, w którym mieszka 70% mieszkańców Chile, nie ma najmniejszej potrzeby wlec auta do Arica. Kierownik to rozumiał i poszedł nam na rękę.

Tylko, że to było trzy lata temu. Teraz w ogóle nie było mowy o jakichkolwiek negocjacjach i do tego Hertz podniósł znacznie ceny wynajmu. Biznesy posługują się swoistym terrorem – nie masz wyjścia, bo jeśli coś chcesz musisz się zgodzić na podyktowane warunki. Oni dobrze o tym wiedzą. Na podobnej zasadzie działa kupowanie rzeczy. Gdy się przekonasz, że coś jest dobre, ale już to zużyłeś i chcesz kupić podobne, nowe – nie ma. Najczęściej już nie produkują, seria się skończyła. Należy kupić od razu dwie lub trzy sztuki. Tylko jak z góry wiedzieć, iż to coś okaże się dobre i użyteczne? Tym bardziej, że zasadą współczesnej produkcji jest nastawienie na krótką użyteczność. Ma się zużyć szybko, by przymusić do szybkiego kupienia następnej rzeczy. Dlatego wszędzie na świecie wzrasta produkcja śmieci, piętrzą się rzeczy bezużyteczne, nawet jak są gromadzone do ponownego przerobu.

Mieliśmy rezerwacje w Alamo, do którego, po prześledzeniu opinii internautów, często brzmiących “już nigdy więcej, jak najdalej od nich”, nabrałem dystansu i nieufności. Mając w moim patagońskim przewodniku prosty plan miasta swobodnie kluczyłem ulicami podziwiając zróżnicowaną architekturę

9

10

i ładną kolorystykę budynków.

11

12

Niektóre miały w sobie morskie elementy, na przykład okna przypominające bulaje.

13

Za wielkim hotelem

14

naszliśmy Hertza lecz okazało się, że nie ma żadnego auta do wynajęcia, aż do połowy marca. Przy następnej, drzewiastej alei,

15

zdecydowaliśmy wziąć taxi i pojechać do Alamo.

W Alamo dwaj młodzi chłopcy sprawdzają nasza rezerwację i Seweryn zaczyna negocjacje cenowe, aby cokolwiek zbić z przerażającej go sumy wynajmu – około osiem tysięcy dolarów kanadyjskich (czyli po cztery tysiące na głowę plus oczywiście benzyna), od 7 marca do 2 maja, z dostarczeniem auta do Santiago. Nie ma możliwości jakiejkolwiek zmiany, przeto Seweryn zaczyna pojękiwać i narzekać, domagając się zniesienia opłaty za dostarczenie auta z Santiago do Punta Arenas, bo w roku 2011 …itd, itp. Próbuje Seweryna opanować, ale on w coraz większym ferworze, ciągle coś przelicza, kombinuje i kalkuluje, dolary amerykańskie mieszają mu się z kanadyjskimi i pesetami. Zaczynamy się sprzeczać, chłopaki patrzą na nas zakłopotani. Totalna panika, której i ja w końcu jakoś ulegam i proponuję abyśmy dostarczyli auto w połowie naszej trasy, do Puerto Montt, za dni 30, a tam wynajęli nowe, na odcinek z Puerto Montt do Santiago. Bo może będzie taniej niż jednym cięgiem.

Dodatkowym utrudnieniem i owym wspomnianym przejawem terroru są zasady przekraczania granicy chilijsko- argentyńskiej. Można ją przekraczać wielokrotnie, maksymalnie przez 30 dni, chociaż wiele miesięcy liczy 31 dni. Obojętnie czy chcesz przekroczyć granicę raz, w ciągu jednego dnia (co planowaliśmy jako finalny wypad z Santiago do Mendozy w Argentynie i z powrotem, przejeżdżając przez wspaniałe Caracoles), czy w ciągu 30 dni, cena ta sama – 300 dolarów US. Paranoja. Wydawało nam się, iż zdołamy w wyznaczonym czasie odnaleźć wszystkie, najciekawsze zakątki Patagonii po obu stronach granicy. Czas liczy się od momentu pierwszego przekroczenia.

Auto świetne – duży, wygodny Nissan X-Trail z napędem na cztery koła, automatyczna skrzynia biegów, niemal prosto z fabryki, bo miał na liczniku zaledwie pięć tysięcy kilometrów.

16

Tak duży, że w razie czego można będzie w nim spać. Seweryn jako kierowca podpisuje wszystkie papiery, co chwila ciężko wzdychając i doszukując się kolejnych zasadzek. Ja, jako pilot wyprawy z przygotowaniem całkowitej logistyki, dzielnie mu sekunduję, na przemian go uspokajając i besztając. Młodzian załatwiający nasze wynajęcie musiał parę razy dzwonić do centrali w Santiago, by dowiadywać się o nowe warunki oddania auta. Odpowiednie dokumenty na przekroczenie granicy mamy otrzymać w ciągu 48 godzin, jako przesyłkę załączoną do maila i sobie ją wydrukujemy. Biurokracja i Sewerynowe kombinacje zbierały obfite żniwo. W końcu, po godzinie wszystko sprawdzone, zdane i przyjęte. Ruszyliśmy…

Najpierw natknęliśmy się na charakterystyczny pomnik patagoński – pasterz z owcami.

17

Objechaliśmy miasto, które ma wiele ciekawych, starych budynków. Styl hiszpański miesza się z francuska secesją i angielskim neoklasykiem. W Ameryce Płd., nieraz najpiękniejsza architektura, jest niestety zasłonięta plątaniną przewodów elektrycznych, które uniemożliwiają zrobienie zdjęcia.

18

Ponoć to ze względu na trzęsienia ziemi w wielu rejonach. Zaparkowaliśmy przy głównym placu,

19

który w każdym innym chilijskim mieście, będzie się zawsze nazywał Plaza de Armas i z tymi samymi nazwami ulic wokół – Bolivar, O’Higgins, Marti… Z reguły wokół placu można znaleźć stare drzewa, liczące sobie przeszło sto lub dwieście lat.

20

Zobaczyłem stojący z boku ładny pałac,

21

a niedaleko niego inny budynek, nad którym górowała zgrabna wieżyczka.

22

Od razu skojarzyła mi się z nieco podobną nad domem, na gdyńskim Witominie, wybudowanym przez mych przyjaciół, Grażynę i Marka. I ich wspaniale wypieszczony ogród z kamiennym stołem, w który wtopiona jest strzałka pokazująca położenie Gwiazdy Polarnej. Marka już nie ma między nami. Każdorazowo, gdy nachodzę ten dom i ogród, czuję jego obecność. Moje rozmyślania przerwała interwencja jakiejś mundurowej pani, która domagała się od nas opłaty za parking. Seweryn dzielnie się stawiał tłumacząc, że inwalidzi nie płacą. Ona po hiszpańsku, my po angielsku i po polsku. Ona swoje, a Seweryn uparcie swoje. W końcu machnęła ręką i poszła. Seweryn miał ze sobą tabliczkę inwalidzką, dzięki czemu mieliśmy nie tylko wolne parkingi, ale mogliśmy parkować w niemal dowolnych miejscach. Jednakże w Punta Arenas są być może inne przepisy…

W mieście dużo pomników, w charakterystycznym stylu poświęconym konkwistadorom.

23

Na szczycie on, zdobywca i ujarzmiciel, w towarzystwie obowiązkowej armaty, karabinów, rapierów i powiewającego sztandaru Hiszpanii (w tym przypadku, na głównym placu, to pomnik Magellana). W dole tubylcy w malowniczych pozach, często jako niewolnicy pracujący dla najeźdźców. Na niektórych pomnikach, po bokach, niewiasty nagie i kształtne, nieraz o kształtach syren, które podtrzymują różne symbole chwały i męstwa.

24

Zaczęliśmy szukać banku obchodząc plac dookoła i zaglądając do bocznych ulic. Banków było nawet sporo, ale w żadnym nie udało się wyciągnąć pieniędzy na kartę debitową. Zacząłem mieć złe przeczucia, bo podobne problemy miałem w roku 2011 i mamonę udało się zdobyć dopiero w Santiago.

Na wielu zabytkowych lub pamiątkowych domach,

25

26

wisiały tabliczki z objaśnieniami. Data budowy, nazwisko architekta, kto był właścicielem lub tu mieszkał. Na starym budynku poczty, tablica informuje, że stąd Robert Falcon Scott,

27

w 1904 roku wysłał około 400 listów, informujących o szczęśliwym powrocie z Antarktyki jego statku “Discovery”. Szczególnie imponujące są wielkie, narożne budynki mieszczące banki, hotele i restauracje.

28

29

Budynek banku Punta Arenas, otwarty w 1909 roku, mieścił dawniej Klub Brytyjski, który w 1916 roku służył jako kwatera Sir E. Shackletona, w czasie organizowania ekspedycji ratunkowej dla członków jego załogi, uwięzionej w lodach przy wyspie Słoniowej.

30

W bocznej ulicy schodzącej ku morzu,

31

znalazłem dom, który był niegdyś hotelem i mieszkał w nim Amundsen, przed swoją pierwszą wyprawą antarktyczną w 1897 roku.

32

Punta Arenas była bazą wypadową wszystkich, najważniejszych wypraw polarnych. Zarazem miejscem spotkań międzynarodowego towarzystwa, w tym majętnych ludzi z Europy, których stać było na wybudowanie mniejszego lub większego pałacu.

Dotarliśmy do portu,

33

przy którym z kolei widnieje parę nowoczesnych budynków,

34

a dalej na wodzie pomost z nieprawdopodobną ilością mew i kormoranów.

35

36

Inne siedzą bliżej brzegu. Jeden z nich rozparł się dostojnie na wielkim kamieniu.

37

Pojechaliśmy kawałek za miasto, wzdłuż bulwaru

38

i skrajem cieśniny Magellana, z majaczącym daleko brzegiem Ziemi Ognistej.

39

Zawróciliśmy w okolice głównego placu,

40

gdzie znalazłem dwie interesujące tablice. Jedna informuje o powołaniu pierwszego oddziału straży pożarnej (Bomberos),

41

której siedziba stanowiła centrum ówczesnego życia społecznego. Tam odbyła się uroczysta recepcja pierwszej, naukowej wyprawy antarktycznej Belga, Adrien de Gerlacha, na statku “Belgica”, w której uczestniczył m.in. Henryk Arctowski i stąd druga tablica.

42

Nazwisko Arctowskiego jest napisane niestety z błędem. Po obejściu placu znaleźliśmy kolejny pałacowy budynek

43

z piękną, kutą bramą.

44

Wróciliśmy do auta i podjechaliśmy ponownie do “La Luny”, tym razem tylko na zupę. Po lewej imponujący bar,

45

46

po prawej mnóstwo kartek z anonsami i pocztówek oraz zdjęcia,

47

a na suficie oryginalna dekoracja z korków od butelek.

48

Zanim doszliśmy do auta, przeszliśmy się jeszcze kawałek po mieście

49

i wstąpiliśmy do małej kawiarni. Obok było biuro turystyczne, gdzie wisiała mapa naszych niedalekich eksploracji – Puerto Natales i park narodowy Torres del Paine.

50

Postanowiłem dojść jeszcze raz do pałacu, który zobaczyłem za pierwszym razem z daleka, gdy przecinaliśmy główny plac. Minąłem budynek z wieżyczką

51

i doszedłem na front pałacu, gdzie była objaśniająca tablica.

52

Został wybudowany przez francuskiego architekta Mayera i w 1981 roku ustanowiony narodowym zabytkiem chilijskim. Był siedzibą donii Sary Braun Hamburger, jednej z najbardziej dystyngowanych i znanych dam Patagonii. Jej rodzice, obywatele Republiki Łotewskiej (Letonii), naówczas będącej pod władzą carskiej Rosji, osiedlili się w 1874 roku w Punta Arenas. Sara miała wtedy 12 lat. Wyszła później za mąż, za Portugalczyka- Jose Nogueira, pioniera handlu, żeglugi i przemysłu i mieszkała w tym pałacu do swej śmierci w wieku 92 lat, w roku 1955. Obecnie mieszczą się tam klub, restauracja i hotel.

Parę minut po szesnastej znaleźliśmy się na wygodnej drodze prowadzącej do Puerto Natales. Tym razem jechałem z południa na północ, inaczej niż trzy lata temu. W strefie brzegowej stały tablice ostrzegające przed tsunami.

53

Minęliśmy wrak leżący bokiem na mieliźnie.

54

Nad Ziemią Ognistą unosiły się warstwy kłębiasto-pierzastych chmur.

55

Zaraz otworzyła się przestrzeń,

56

lecz niespodziewanie wyłonił się w niej kolejny monument – Pomnik Morza, poświęcony eksploatatorom przejścia pomiędzy oceanami.

57

Obok górujących na cokole kapitanów, w dole trudzą się marynarze pchający z wysiłkiem łódź, a po bokach tkwi syren męski i apetyczna syrena żeńska. Tak się na te cuda zapatrzyłem, szczególnie na syrenę, że dopiero po paru kilometrach zorientowałem się, iż obrałem zły kierunek. Nawrotka. Przejazd nad zatoką,

58

koło portu z cumującym promem

59

i drogą koło lotniska, skąd ulatywałem trzy lata temu do Balmaceda i Coyhaique.

60

Droga łagodnym łukiem obchodzi jezioro Cabeza de Mar. Zatrzymaliśmy się przy stadzie flamingów,

61

gdy wtem bokiem, niedaleko patagońskich gęsi,

62

przemknął łąkami wielki, rudawo-szary lis. Dziewiątka odchodzi w lewo i potem celuje wprost w łagodnie sfalowany horyzont.

63

Po pół godzinie wpadamy pod nawis ciemnych chmur ze słonecznymi przebiciami.

64

Teraz 9 ciągnie się wzdłuż argentyńskiej granicy. Nagłe rozjaśnienie

65

i z daleka ukazały się Andy.

66

67

Następnie brzegi jeziora Anibal Pinto,

68

dalej wielka zatoka obramowana górami.

69

Skręcamy wprost na zachód natykając się na wzgórza porośnięte kępami lasu,

70

ze szramami osuwisk.

71

Andy nadpacyficzne zanurzone w odcieniach niebieskości.

72

73

Zdejmuje ich powiększony fragment.

74

I już znajomy monument – ludzie ulatujący radośnie w powietrze, jakby uskrzydleni krajobrazem.

75

Nadbrzeżna ulica przy hotelu, w którym mieszkałem w 2011.

76

Stamtąd widok na zatokę i góry. Zdjęcia robiłem wprost z łóżka, zdjęcia fantastycznych zachodów słońca. To była poezja przestrzeni z rozlicznymi ozdobnikami, każdego wieczoru innymi. Poprosiłem Seweryna aby się zatrzymał przed hotelem i popędziłem do środka. „Costa Australis” wciąż drogi, nieco zapuszczony i nikogo w nim z dawnej obsługi. Dawne punkty odniesienia i zaczepienia, jakże często i szybko uciekają z naszego życia.

Szukamy naszego noclegowiska, domu „Bories”. W zachodzącym słońcu bieleją śniegi pod szczytami kładąc na wodzie srebrnawe bliki.

77

Paręset metrów dalej – no niemożliwe! – czyżby ta sama łódź co trzy lata temu? Niemal w tym samym miejscu?

78

Nie możemy znaleźć drogi prowadzącej do Bories. Grzebie gorączkowo w rozpisce podróży i nagle odkrywam wielką pomyłkę – zgubiłem jeden dzień, rezerwacja jest dopiero od jutra. Owo gapiostwo częściowo skutkiem dalej gnębiącego mnie wirusa. Mam skoki gorączki, osłabienie, czasem kaszel. Wynika z tego, że mogliśmy spędzić więcej czasu w Punta Arenas i pomyszkować po okolicy.

Zmrok zapada powoli bo wciąż trwa lato. Ze dwa razy nie zauważyliśmy właściwego rozjazdu prowadzącego nad zatokę Boria. Wreszcie, koło dziewiątej, dojeżdżamy. Na szczęście jest wolny pokój. Dom bardzo ładny, w kamieniu i drewnie, przytulny. W korytarzu, prowadzącym do naszego pokoju, przeraźliwie skrzypiąca podłoga. Pięknie pachną palone w kominku kłody drzewa lenga (odmiana południowego buka). Na zewnątrz niesamowity dźwięk wiatru wyjącego w drutach. Przetykany wielkimi poszumami gwałtownych porywów.

W zapadających ciemnościach, raz pogłębionych czarnymi kłębami chmur, a gdy się rozsuną znów rozświetlonych, pojechaliśmy do miasta, na kolację. Coraz chłodniej na zewnątrz. Przy rynku knajpa “Asados Patagonicos” z buzującym kominkiem. Jagnięcina z rusztu i butelka czerwonego wina Misiones D’Regno, wyśmienite carmenere. Powrót około północy i następne dwie godziny uzupełniania notatek. Seweryn natychmiast wpadł w swój wariacki rytm i przyczłapał z salonu, gdzie dziobał po komputerze, po przeraźliwie skrzypiącej podłodze, do trzeciej rano. Tryb życia nocnego portiera.

W nocy zaczął się deszcz, który szumiał i bębnił po dachu. Co pewien czas gwałtowny poryw wiatru chlastał nim o ścianę za mym łóżkiem. Uśmiechałem się leżąc w ciemnościach i wsłuchując w dziki dźwięk przestrzeni. Miałem poczucie błogiego bezpieczeństwa.