7 kwietnia, 2014 – Villa Pehuenia – Batea Mahuida – Las Lajas – Caviahue

Villa Pehuenia – Batea Mahuida

W nocy lało i rano temperatura spadła do plus sześciu. Wokół nader mgliście, w powietrzu zawiesina. Dom wydawał się jeszcze bardziej przytulny i zrelaksowany, bo śniadanie serwują aż do jedenastej. Z okna jadalni panoramiczny widok na zatokę i główną część osady. Wszystko tutaj kręci się wokół słowa Pehuén, bo tak Indianie nazwali araucarię (Araucaria Araucana), siebie zaś Pehuenches czyli „ludzie pehueni”. Stąd osada nazywa się Villa Pehuenia.

Drzewo araukarii jest symbolem prownicji Nequen. Ma też inne nazwy jak parasolowate, polską nazwę – igława chilijska, ale najdziwniejsza jest nazwa angielska – Monkey Puzzle Tree (aż trudno logicznie przetłumaczyć na polski; najbliższą prawdzie byłaby „ Małpia łamigłówka”). Araukarię, która jest narodowym drzewem Chile, sprowadzono w połowie XIX wieku do Anglii. Sir William Molesworth, który miał ją w swoim ogrodzie, z dumą prezentował rzadki okaz przyjaciołom. Jeden z nich, Charles Austin, przyglądając się gęstym, szerokim i kolczastym igłom, stwierdził, że „nawet małpa miałaby łamigłówkę jak się na to wspiąć”. We Francji araukarię nazwano „małpią rozpaczą”.  Przedziwne są czasem źródła nazw.

Araukaria jest „żyjącą skamienieliną”, bowiem rosła w czasach dinozaurów, w okresie jurajskim. Jest drzewem wieczniezielonym, nagonasiennym i dwupiennym – organ męski wytwarza kwiaty, żeński wielkie szyszki (do jednego kilograma wagi!).

122p

Osiąga 40 – 50 metrów wysokości i wiek do tysiąca dwustu lat. Rośnie w strefie Andów, w środkowym i południowym Chile i zachodniej Argentynie, tylko pomiędzy 37 a 40 stopniem szerokości geograficznej południowej i na wysokościach od 800 do 1600 metrów. Ma twarde drewno, które używano w budownictwie okrętowym, przez co był nadmierny wyrąb. W roku 2013 araukaria trafiła na listę drzew chronionych. W Argentynie jest dalej ścinana w małych ilościach i pod ścisłą kontrolą, w Chile natomiast jakikolwiek jej wyrąb jest zabroniony. Pehuenia była uznawana przez Indian za święte drzewo. Jej jadalne nasiona używano do wyrobu mąki i fermentacji napojów.

Historia Pehuenches zaczyna się w wieku XVI, kiedy osiedlili się tutaj pierwsi Mapucze i przyjęli nazwę swojej społeczności od drzew pehuenes. Przedtem ten teren nawiedzały okresowo inne ludy indiańskie, żyjące z polowań, łowienia ryb i zbieractwa. Po przybyciu Hiszpanów Pehuenches stali się społecznością ranczerów i handlarzy. Zimą zalegali w nisko położonych dolinach, wiosną i latem wypasali bydło w wyższych rejonach gór. Byli bardzo bitnymi wojownikami, często walczyli pomiędzy sobą uzbrojeni w lance, bolas i hiszpańskie miecze. Robili zbroje z twardej skóry i zakładali hełmy z kolorowym pióropuszem.

Zarówno mężczyźni, jak i kobiety, malowali twarze i nosili srebrne kolczyki. Byli nadzwyczaj zdolnymi rzemieślnikami a także okazali się dobrymi handlarzami. Po przybyciu Białych (zwali ich huincas), konkretnie Kreoli, wdali się w handel bydłem, a czasami zajmowali się przemytem. Mieszkali w stożkowatych namiotach, zimą poruszali się na śnieżnych rakietach. W XVIII wieku zostali wchłonięci przez inne nacje, jak Tehuelches i Araucanos. Po kampanii Zdobycia Pustyni większość z nich przeszła do Chile i dziś część z nich powróciła, organizując się na nowo w dwóch prowincjach: Nequen i Mendoza.

Natomiast ci, którzy przetrzymali, z czasem otrzymali nadania ziemi od rządu na północnym wybrzeżu jezior Alumine i Moquehue. Dołączali do nich kreolscy osadnicy i w końcu XIX wieku imigranci z Europy. Nową społeczność lokalną zaczęto nazywać Puel.

W pierwszej połowie wieku XX rozpoczęła się eksploatacja lasów w kompletnie dziewiczym terenie. Budowano ziemne drogi poprzez las i jednym z pierwszych pionierów był amerykański kowboj Withvoort, który uszykował solidną drogę istniejącą do dzisiaj i nazwaną jego imieniem. Wzdłuż obu jezior powstawały nowe osady i całość okazjonalnie nazywano Alumine. Osadnictwo rozwinęło się tak dobrze, że 70 lat temu, koło przesmyku pomiędzy dwoma jeziorami, niedaleko osady La Angostura, postawiono szkołę. W latach 50-tych, a potem w 70-tych, przybywali nowi emigranci z Europy i wtedy zaczęło się stawianie domów (zwanych rucas), bazujących na rozwiązaniach z Alp i Pirenejów – spadziste dachy, gliniana izolacja drewnianych ścian z drzewnych bali, wybór miejsc nasłonecznionych i osłoniętych od zimnych i wilgotnych wiatrów. Z gór do domów prowadzą małe akwedukty, domów otoczonych farmami lub sporymi ogrodami, gdzie sadzi się ziemniaki, dynie, pomidory i parę drzew owocowych, głównie jabłoni. Niedaleko domu stawiany jest gliniany piec do wypiekania chleba.

Te wszystkie przedsięwzięcia, doprowadziły do utworzenia w 1989 roku zwartego ośrodka nazwanego Villa Pehuenia, z dwoma towarzyszącami, mniejszymi miasteczkami – La Angostura w odległości dwóch i Villa Union pięciu kilometrów. Starzy mieszkańcy zadecydowali, że postawią teraz na turystykę, na – jak to nazwali – czysty przemysł. A położenie miejscowości jest wspaniałe: amfiteatralnie w górach (przeciętnie 2 500 m wysokości), pomiędzy wysokimi wzgórzami, nad jeziorem Alumine z zatokami, półwyspami i wyspami, piaszczystymi plażami, 8 km od wygasłego wulkanu – Mahuida Batea, gdzie zbudowano ośrodek narciarski i 11 km od przejścia granicznego do Chile, na przełęczy Icalama. Drugie jezioro, Moquehue, oddziela wąski przesmyk i po 20 km można osiągnąć miejscowość o tej samej nazwie i przejechać dalej przeszło stukilometrową, malowniczą pętlą (Pehuenia Circuito) solidnej, szutrowej drogi nr 11.

Villę Pehuenia, założono zaledwie 30 lat temu, ale od tego czasu nieustannie się rozwija. Swojsko tutaj, tak swojsko, że wiele ulic jest niebrukowanych (dziwnie brzmi obecnie to słowo, gdy bruk w miastach już nie istnieje, najwyżej jako fragmentaryczna ozdoba. Jak to nazwać? Jezdnia może być szutrowa, ale co z chodnikami? Nie wylewane? Nie umocnione? Bez płyt?…), bez nazw i prowadzą w różnych kierunkach. Dlatego wczoraj dwa razy się zgubiliśmy na tej samej trasie. Małe centrum ma siedzibę władz miejskich, bank, duży sklep, komendę policji i drugą strefę usług ulokowaną niedaleko półwyspu. Natomiast zakwaterowań pod dostatkiem – hotel, hosterie, cabañe, miejsca kempingowe i restauracje, które znane są z serwowania lokalnych smakołyków: pieczonej baraniny, grilowanych potraw z pstrąga i łososia, słodkich Llao Llao, różnych ciast, lokalnych win i piwa, zwanego mudai , ze sfermentownych nasion araukarii.

Klimat posiada wyraźne cztery pory roku, jest typu wilgotno-chłodnego, latem temperatury od 20° do 30° C, z chłodnymi nocami (5°do 0°C), natomiast zimą pokrywa śnieżna utrzymuje się przez długi czas a temperatura spada do minus 20° C. Z tego powodu sezon narciarski trwa tutaj od późnego kwietnia do połowy października, czyli niemal siedem miesięcy.

Turystyka, zarządzana przez Wspólnotę Mapucze Puel, może trwać przez cały rok. Latem sporty wodne, plaże, jazda konna w araukariowym lesie, trasy spacerowe i włóczęgi z lokalnym przewodnikiem. Zimą stok narciarski w Parku Śnieżnym na zboczach wulkanu Mahuida, a także psie zaprzęgi. W Internecie znalazłem zdjęcie z tego regionu, które mówi samo za siebie.

122q

Z Internetu

Wspólnota dba o zachowanie środowiska i ochronę mapuczańskiej kultury.

Ze śniadaniem uwinęliśmy się do dziesiątej, Seweryn uzupełniał notatki a ja poszedłem na krótki spacer po obejściu. Rajski widok z góry na przeciwległy brzeg,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

który fotografowałem z powiększeniami.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

122t

Na wzgórzu obok inna hosteria w typowym, lokalnym stylu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Poszedłem pomiędzy omszałe buki i wdrapałem się na stok, skąd zdejmowałem widoki jeziora.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

122y

Hosteria „El Paraiso” prezentuje się okazale i jest pięknie oblicowana skalnymi płytami.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Przed recepcją róże i „wtedy róża zaczęła kaszleć,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

aby Mały Książe miał wyrzuty sumienia. W ten sposób mimo dobrej woli płynącej z jego uczucia Mały Książe przestał wierzyć róży”.

Na odjezdnym ostatnia fotka hosterii z drogi wiodącej nas w dół, do centrum.

123a

Przejechaliśmy kawałek ulicami miasteczka i rozbawił nas malutki kiosk z informacją turystyczną. Lampy po obu stronach wyglądały jak szubienice dla nieznośnych turystów.

123b

Pojechaliśmy drogą 13 w kierunku wygasłego wulkanu, ale wylądowaliśmy na argentyńskim przejściu granicznym około dziewięciu kilometrów od granicznej przełęczy Icalama. Argentyński oficer objaśnił nam którędy mamy jechać by dotrzeć do wulkanu.

123c

Mapka z Internetu

Wjazd na ośmiokilometrową trasę do wulkanu jest za niską opłatą. Szutrowa, rozmiękła droga prowadzi cały czas pod górę, pomiędzy lasami araukarii.

123f

W miarę wznoszenia wyłaniał się coraz rozleglejszy widok zamglonych jezior.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Na horyzoncie zarysy dalekich wulkanów po obu stronach granicy. Przewodniki nieco sprzeczne – w jednych podkreślają że jest ich siedem, w innych osiem, a tymczasem zliczyłem ich dziewięć. Przy dobrej widoczności, ze szczytu Batea Mahuida (1948 metrów wysokości; w języku Mapucze, Mahuida – góra, Batea – beczka) można zoczyć po zachodniej stronie, w Chile: Icalama, Sollipulli, Callaqui, Lonquimay Choshuenco, Sierra Nevada, Llaima i Villarica, a po wschodniej, w Argentynie Lanin. Daleko na północy, w prostej linii 112 km, można czasem widzieć, leżący dokładnie na granicy, wulkan Copahue. Tym bardziej, gdy potężnie zadymi, co mu się zdarzyło w roku 2012.

123d copahue volcan near caviahue grudzien 2012

Z Internetu

Na chwilę zatrzymaliśmy się przy araukariach, z omszałymi pniami

123i

i gałęźmi obwieszonymi girlandami mchów.

123g

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Droga objeżdża łukiem wzgórze,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

123k

zrobiło się zimno, miejscami zacinał mokry śnieg.

123l

Dojechaliśmy na parking koło jeziora w kraterze,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Aż się nie chciało wierzyć, że latem ma szmaragdowy kolor i jest tak ciepłe, iż mogą kąpać się nawet dzieci. Schodziliśmy w porywistym wietrze na brzeg krateru.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Nie powstrzymało mnie to przed wspięciem się wyżej, bowiem wiedziałem, że tam wysoko, otrzymam nagrodę w postaci rozległego widoku. I się nie omyliłem.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pod stopami co chwila napotykałem stare bomby wulkaniczne.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Z dwóch zdjęć zmontowałem jedno ukazujące cały krater.

123q batea mahuida1

Na dole zauważyłem gauczów na koniach.

123r

Ich pies podbiegł potem po stoku i uważnie mi się przyjrzał. Pozdrowiłem ich z góry patagońskim zwyczajem – otwartą na zewnątrz dłonią. 

To bardzo piękny gest, pomiędzy kierowcami, kierowcą a pieszym, pomiędzy pieszymi. Chyba, że piesi są tak blisko siebie, iż gest dłoni zastępują dwie, krótkie formułki: „Hola” i „Que tal?” (Cześć. Jak się masz?). Być może obyczaj wywodzi się z chęci ukazania pokojowych zamiarów. Patrz, niczego w ręku nie mam. Złośliwiec lub pesymista by rzekł – tak, jedną pozdrawia, z drugiej strzela lub rzuca nożem. Tak, tacy też byli, są i będą. Niestety.

Zjechaliśmy ku głównej drodze

123s

123t

mijając samotną araukarię. Samotne drzewo jest poczytywane za specjalnego rodzaju i nieraz Mapuczowie składają pod nim drobne ofiary. Każde samotne drzewo wzbudza podziw i porusza w nas metafizyczne struny.

123u

Za zakrętem natknęliśmy się na jeden ze stoków narciarskich.

123w

W 1968 roku, utworzono w okolicy prowincjonalny Park Mahuida Bats (1206 hektarów). W rok po powołaniu miasteczka, Wspólnota Puel w liczbie 60 rodzin; wszyscy są bliżej lub dalej spokrewnieni i do nazwiska mają dodane kolejne – Puel, zwróciła się do emerytowanego pułkownika Abel Balda (ekspert d/s Antarktyki, alpinista i instruktor narciarski) o poradę, jak założyć ośrodek sportów zimowych. Pułkownik nie tylko doradził, ale też zaangażował się w budowę schroniska dla narciarzy, gdzie mieściła się wypożyczalnia sprzętu i mała kawiarnia. Rok zajęło szkolenie młodych Puelów, by stali się instruktorami narciarskimi w stylu alpejskim i biegowym, powożącymi psimi zaprzęgami i śnieżnymi skuterami. W roku 2000 nastapiło otwarcie dwóch stoków – jeden 600-, drugi 300- metrowy, które są czynne od czerwca do połowy października. Tym sposobem Villa Pehuenia stała się ośrodkiem wypoczynkowym czynnym przez cały rok, co dało wielu ludziom stałe zatrudnienie. Całością zawiaduje kooperatywa Wspólnoty, która jest wręcz modelowym przykładem lokalnej inicjatywy dla argentyńskiej Patagonii. Kiedy schronisko spłonęło w 2005 roku, rząd prowincji natychmiast wspomógł Wspólnotę i odbudowane schronisko jest teraz jeszcze większe i lepiej wyposażone. Corocznie, w sierpniu, odbywa się tu duży Festiwal Śnieżny.

W dolnej partii drogi natknęliśmy się na kosmatego cielaka o firankowych rzęsach

123x

i strukturę kamienną na wzór kanadyjskiego inuktuka.

123y

W Pehuenia wyciągnęliśmy pieniądze z bankomatu, na szczęście bez zbytnich problemów, zatankowaliśmy Nissanka do pełna i ruszyliśmy z powrotem na trasę, do górskiej drogi nr 23,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

którą osiągnęliśmy w paręnaście minut po przekroczeniu rzeki Litran,

123z

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

mijając za nią stoki pełne wspinających się araukarii.

124

Pehuenia – Las Lajas

Mieliśmy przed sobą 200 km jazdy do Caviahue, przez Las Lajas. Odrazu po wjeździe na 23 skończył się asfalt

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

i zaczęła dziwna szutrówka. Dziwna, bo miejscami nadzwyczaj rozmiękła, ze stosami mniejszych i większych otaczaków po bokach.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ale tutaj nie przejeżdżają odgarniające zwały żwiru maszyny, jak w suchych miejscach, np. pomiędzy Lago Posadas i jaskinią Rąk. Landszaft dalej jak z ilustracji książek o dinozaurach. Do towarzystwa araukarii brakuje tylko wyskopiennych paprociowców i skrzypów. Zamiast nich kępy krzaczastych roślin przypominających gęste skrzypy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Długo jechaliśmy wzdłuż rzeki Litran wijącej się pomiędzy wzgórzami.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W pewnym miejscu wypadły zza wzgórza kondory

124i

i jeden zniżyl lot i przez parę minut nam towarzyszył.

124j

Droga robiła się coraz bardziej wyboista

124k

i znalazłem w moim przedwodniku, że zimą jest zamknięta dla ruchu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Od czasu do czasu mżył deszcz, ale kiedy dojeżdżaliśmy do drogi nr 242 (ma lokalne oznaczenie jako nr 22), która przez parę kilometrów biegła równolegle do naszej szutrówki,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

nieco się rozpogodziło

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

i zobaczyliśmy budynek graniczny prowadzący ku przejściu Pino Hachado. To będzie nasza pożegnalna brama wyjazdowa z argentyńskiej Patagonii.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Tymczasem wynikł nowy problem. Droga była rozmyta, pochylona ku strumieniowi Sanquilco.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Na poboczach leżał skalny gruz, na środku tkwił sporych rozmiarów skalny odłamek. Podjechaliśmy ostrożnie, wysiadłem, dźwignąłem głaz i zrzuciłem w dół małego kanionu strumienia. Zastanawialiśmy się, jak dalej przejechać ów rozmiękły odcinek – w miarę szybko czy powoli.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Przeszedłem parę metrów by sprawdzić drogę i wtedy nadjechało terenowe auto i bez problemu przejechało przez wyrwę z szorującą wodą. Uczyniliśmy to samo lecz wolniej. Z prawej strony podziwialiśmy dwie rzeczy – szaleństwa geologii, czyli wypiętrzone i poprzewracane warstwy skał

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

oraz upartość araukarii zajmujących pochyłe stoki.

124t

Ku naszej uldze, po 56 km ripio, zaczęła się asfaltówka,

124u

znów wijąca się doliną,

124w

zajętą po obu stronach przez spore strumienie.

124x

Potem płaski odcinek parunastu kilometrów, długi podjazd

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

i ukazała się szeroka dolina wezbranej rzeki Agrio.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wyglądało na to, że ostatniej nocy musiała przejść tutaj ulewa i wszystkie strumienie i rzeki znacznie przybrały, zalewając część doliny.

125

Po kolejnym zjeździe następny szkopuł – droga rozdzieliła się, jedna część, prowadziła dalej, druga schodziła jeszcze niżej,

125b

równolegle do niej, gdzie pokazały się pierwsze zabudowania miasteczka Las Lajas. Byliśmy głodni i postanowiliśmy zajechać do miasta, ale je przejechaliśmy, bowiem nie było potem żadnej dojazdówki. Zawróciliśmy do poprzedniego, dolnego rozjazdu

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

i wjechaliśmy pomiędzy zabudowania.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Sporo ludzi poruszało się konno. Dobiliśmy do głównej ulicy, minęliśmy pomnik kondora

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

i zaraz za nim znaleźliśmy małą i senną restauracyjkę.

Na drzwiach ceny w czterech walutach – US dolares, euro, peso chilijskie i peso argentyńskie. Przy trzech złączonych stolikach siedziało paru gauczów popijając piwo. Przy innym stoliku młody chłopak z dwoma ładnymi dzierlatkami. Natychmiast wzbudziliśmy dyskretne zainteresowanie. Pojawił się gospodarz, mający wygląd Baska, co podkreślał jeszcze spory beret. Przyszykował nam jedzenie (panierowany kotlet, pomidorowa sałatka z cebulą, zestaw przypraw) i zapytał kim jesteśmy. Gauczowie zawołali go potem do siebie, by się dowiedzieć skąd przyniosło tutaj tych dwóch gringów. „Aaaa, Polacos” usłyszeliśmy. Potem wznieśli szklanki ku nam i powiedzieli „Salud”. Przepiliśmy do nich herbatą, bo Seweryn prowadził, a ja wciąż czułem się oble. Nagle skojarzyłem sobie, że to przecież wiosna i mój organizm jest nieco osłabiony.

Z boku drzwi znalazłem broszurę o Las Lajas, które jest stolicą departamentu Picunches. Na tym terenie żyli Indianie Pehuenche i po inwazji armii argentyńskiej założono fort. W 1897 powstało miasto, które stało się kwaterą główną 8 i 9 regimentu kawalerii. Przez pewien czas Las Lajas było nawet stolicą Narodowego Terytorium, którą w 1902 roku przeniesiono do Neuquen.

Obecnie stacjonuje tu 21 regiment piechoty sił górskich w sile 250 żołnierzy. Zamknięcie jednostki w roku 1996 spowodowało bunt mieszkańców i zamieszki, lecz wojsko znalazło się tu ponownie dopiero po siedmiu latach. Jakość gleby w tutejszym suchym klimacie jest bardzo niska. Pewne ożywienie ekonomiczne wniosło otwarcie przejścia granicznego na przełęczy Pino Hachado.

Największą atrakcją są rozległe jaskinie w paśmie Cuchillo Cura, dziesięć kilometrów od Lajas, przy drodze nr 40 prowadzącej na południe, w kierunku miasta Zapala, przez które mamy przejeżdżać w drodze do Neuquen. Jaskinie uznawane są za najważniejszy system podziemnych komór i korytarzy w Argentynie (mają przeszło pięć tysięcy km² powierzchni). Parę kilometrów dalej, w innym paśmie gór, można znaleźć jaskinię Cueva del Leon, o długości 631 metrów i składającej się z dwóch wielkich komór.

Głównym źródłem dochodów dla farm wokół miasta są okoliczne łąki dostarczające paszę dla bydła i koni. Od parunastu lat rozwija się turystyka, utworzono spore muzeum eksponujące wspomniane jaskinie i lokalną historię okolicy. W październiku i listopadzie odbywają się spotkania artystyczne gromadzące poetów, muzyków, malarzy i innych artystów.

Las Lajas – Caviahue

Do głównej drogi pojechaliśmy innymi ulicami, natrafiając na kiczowaty pomnik dinozaura

125f

oraz pomysłowy pomnik ogrodnika, bo taczka, którą trzyma, służy za kwietnik.

125g

Potem natknęliśmy się na gromadę młodzieńców, którzy pod względem stroju, różnili się od swych rówieśników z innych krajów jeno obszernymi beretami.

125h

Gdy tylko wjechaliśmy na równinę,

125i

skręcając drogą 21 na północ, zapadły ponure ciemności

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

w których osowiałymi były nawet konie i muły, niechętnie schodzące nam z drogi.

125j

Najbardziej zadziwiły nas fantastyczne kształty chmur szybko pomykających po niebie.

125l

Mijaliśmy przycupnięte pod stokami osady Mapuczów, składające się z czterech-pięciu domostw lub pojedyncze budynki z zagrodami, służące do letnich wypasów.

125m

Po zjeździe w dolinę rzeki Agrio

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

wspięliśmy się na górę, wjeżdżając pomiędzy poszarpane skalne pasmo.

125o

W pewnym momencie natknęliśmy się na swoiste sanktuarium poległych kierowców. W skalnych zagłębieniach stały krzyże z nazwiskami, z boku mała kapliczka pod wezwaniem św. Sebastiana. Gdy się zatrzymaliśmy był tak mocny wiatr, że nie mogłem otworzyć drzwi auta. Niesamowicie wyglądała jedna ze skał przypominająca z profilu głowę krzyczącego z żałości człowieka.

125p

125q

Znów zrobiło nam się nieswojo.

Zjechaliśmy w kolejną dolinę

125r

i ukazał się gaucho, wiodący jucznego konia za sobą i popędzający stado kóz i owiec. Jechał pochylony, bo wiatr wyprawiał istne szaleństwa.

125s

Nissanka spychało na prawą stronę szosy, by za chwilę uderzać nas na wprost, od czoła. Wiatr wył w porywach, deszcz chlastał nam po szybach.

125t

Szybko przejechaliśmy przez główną ulicę miejscowości Loncopue i za nią nieco się uspokoiło. Przez wiele kilometrów zdążaliśmy przez krainę Mapuczów, drogą nr 24, wiodącą najpierw na północ,

125z

potem na zachód. Wjechaliśmy w skalne wrota z płynącym dołem strumieniem Hualcupen.

125y

Co chwila mijaliśmy kamienne domy z zagrodami, domy wyglądające często nader ubogo.

125w

Blaszane dachy i drzwi zasłonięte od wiatru kocem lub plastykową płachtą, które świetnie izolują przewiew wewnątrz domu.

125u

Wysoko, na stoku, stada owiec i kóz rozsypane jak białe paciorki.

126

126a

Mustangi z kręcącymi się obok psami.

126d

126c

Przy niemal każdym domu koń mechaniczny – więcej aut osobowych niż towarowych.

126b

Generalnie wrażenie tymczasowości, przycupnięcia w tej rozległej, wymiecionej wiatrem przestrzeni.

126e

Dzieci bawiące się na skalisto-trawiastym „podwórku”.

126f

Przy jednej z osad natknęliśmy się na coś co nami wstrząsnęło. W zagrodzie z drewnianych bali stał czarny mustang, otoczony przez paru mężczyzn, którzy co pewien czas smagali konia batami po tylnych nogach i bokach. Mustang podrywał przednie kopyta w górę, rzucał łbem, a potem wierzgał. Nie mogliśmy odgadnąć przyczyny tego okrutnego spektaklu. Czy koń ponosił karę za krnąbrność? był przygotowywany do rodeo? zmuszany do posłuchu? Jechaliśmy paręnaście minut w kompletnym milczeniu.

126g

Góry zaczęły się oddalać i zniżać, rozwarła się szeroka dolina. Wjechaliśmy na teren prowincjonalnego parku Copahue.

126h

Po pół godzinie wyłoniło się podkowiaste jezioro Caviahue (na niektórych mapach nazywane jest Agrio).

126i

126j

Mgliście i chłodno było, lecz jeszcze, koło siódmej, widno. Przejechaliśmy wzdłuż Avenida Quimey Co. biegnącej wzdłuż brzegu jeziora.

126k

Zoczyłem ładnie wyglądający hotel „Lago Caviahue”, pokój znaleźliśmy bez trudu. Z okna naszego pokoju widok na jezioro i przeciwległy, lekko górzysty brzeg.

126l

Za hotelem długi i wysoki stok, za nim Cordillera de los Andes, z niewidocznym teraz wulkanem Copahue (2 965 m wysokości). Jezioro ma około tysiąca hektarów powierzchni i charakterystyczny niebiesko-mleczny kolor z powodu siarkowych domieszek w wodzie. Uchodzi doń rzeka Agrio, która powyżej ujścia spada z malowniczego wodospadu (Salto del Agrio). Jezioro leży w depresyjnej misie i na jej brzegach panuje o wiele cieplejsza temperatura, niż na otaczających je wzgórzach. Jest to pozostałość po rozległej kalderze nazywanej bojler Cavidahue.

Mimo osłabienia i zajętych zatok miałem apetyt. Seweryn znów popadł w ponury nastrój i przygnębienie z powodu wydatków. Demonstracyjnie zrezygnował z kolacji, przeto zostawiłem go w pokoju i poszedłem do restauracji. Po kolacji, w holu natknąłem się na rozgorączkowanych ludzi skupionych przed telewizorem. Akurat nadawano wiadomości, a w nich informacje o wielkiej powodzi w mieście Neuquen (w ciągu 24 godzin spadło 118 mm deszczu; średni opad miesięczny wynosi tam 16 mm) i całej okolicy wokół. Ogłoszono stan wyjątkowy, trzy osoby zginęły, ponad 1300 ewakuowano, w tym 900 z miasta.

126m

Z Internetu

Trzydniowy sztorm przeszedł nad paroma prowincjami Argentyny powodując powodzie i błotne lawiny. Nad pampą zdarzają się gwałtowne burze zwane pamperos. Tym razem wszystkich zaskoczyła rozległość i siła sztormu, który doprowadził do wielkich strat. Mam więc kolejny dowód na zmianę klimatu w wielu miejscach świata. Z ust lokalnych ludzi – w Europie, w obu Amerykach – słyszę wciąż jedno i to samo stwierdzenie „przedtem tak tu nie było”. Owo przedtem obejmuje okres ostatnich 20-25 lat.

Poszedłem do portierni, by zamówić czajnik gorącej herbaty z dużą ilością cytryny. Młoda portierka o figlarnych oczach, zaczęła ze mną rozmawiać i była zdumiona ile kilometrów przemierzyliśmy w Patagonii. Zapytała gdzie zmierzamy jutro i kiedy usłyszała że do Neuquen, powiedziała iż to będzie niemożliwe, bo wprowadzono stan wyjątkowy i zamknięto wiele dróg. Przekazałem wiadomości Sewerynowi i stwierdziliśmy, po krótkiej naradzie nad mapą, że jednak spróbujemy tam dojechać, bo jest już po sztormie i może drogi jutro otworzą.

Zapadł wieczór i wychyliłem się przez okno, by zobaczyć czy coś złego się nie zapowiada. Panowała zupełna cisza i samotny człowiek szedł oświetloną ulicą wzdłuż brzegu jeziora.

126n

Pomyślałem – będzie jutro dobrze, dzień się uda.

Multiformes

– czyli wielorakość krajobrazu północnej części prowincji Neuquen. Zacząłem przeglądać zdjęcia z dzisiejszej drogi i uderzyło mnie na ilu z nich odcisnęło się piętno niesamowitego krajobrazu. Przeróżne struktury, kolory i kształty. Wyselekcjonowałem je do osobnego folderu, z myślą, że później zrobię z nich specjalny zestaw. I nadałem mu hiszpańską nazwę – Multiformes.

1

2

3

4

5

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

7

8

9

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

19

20

21

22

23