6 marca, 2014 – Ushuaia – Punta Arenas

Od rana rzęsiście lało.

1

Po wczesnym śniadaniu, taksówką na główną ulicę – San Martin, gdzie czekał autobus. Tak jest w większości patagońskich miast i miasteczek, nie ma dworca autobusowego. Odjazd wprost z ulicy. Wyjechaliśmy punktualnie o ósmej rano, już po deszczu. Z okna autobusu spojrzenie na redę Ushuai.

2

Przed przełęczą Garibaldiego, podczas objazdu wielkiego jeziora Fagnano, dzień się zaczął rozsłoneczniać.

3

Nie spodziewałem się, że Tierra del Fuego będzie tak malownicza. I tak zielona, na tym krańcu świata. Sądziłem, iż będzie przypominała Labrador – skały, skały, woda i niebo. Nie wiedziałem, że tutejsze góry będą usytuowane w poprzek pasma Andów. Gigantycznej długości łańcuchy górskie Zachodniej Kordyliery i Andów, zaczynają się na Alasce i jedyną, malutką przerwę, mają w Ameryce Środkowej, by natychmiast wystrzelić w górę na terytorium Kolumbii i Wenezueli.

Krótki postój na tankowanie autobusu w osadzie Tolhuin.

4

Drewniane domy na końcu świata – cabañas. Rodzaj motelu, ale o ileż ładniejszy architektonicznie, niż w wielu miejscach USA czy Kanady.

5

Wielkie ciężarówki przemierzające patagońskie drogi pomiędzy Argentyną a Chile.

6

Ta część najwęższym obszarem Argentyny, a w Chile, paradoksalnie jednym z najszerszych, na kierunku wschód-zachód. W kraju wtłoczonym pomiędzy Andy i Pacyfik.

6a

Mapa z Internetu

Dzięki postojowi zdołałem nieco oczyścić szybę autobusu od zewnątrz, na wprost mego siedziska. Może uda się uzyskać w miarę czyste zdjęcia.

Mijamy powykręcane drzewa z omszałymi pniami.

7

Potem obszary drzew suchych, po pożarach lub na skutek działalności bobrów. Doliny pełne wilgoci oceanu, stoki gęsto porośnięte, z wyraźnie odznaczającą się granicą drzew, bo powyżej mgły z parujących płatów śniegu, jeszcze wyżej krystaliczne powietrze nad lodowcami a nad nimi, zasnuta chmurami, czasza nieba.

8

Temperatura wzrosła, także w autobusie,

9

ale siedzi się wygodnie, z niezłą przestrzenią dla nóg, na odchylanych fotelach.

10

W pierwszym rzędzie siedzą dwaj młodzi Polacy, pierwsi spotkani tutaj od czasów Buenos Aires, gdy natknęliśmy się na Sarę i Piotra. Pasma andyjskie zniknęły i zaczął się sfalowany teren, na nim stada krów.

11

Przed Rio Grande przejeżdżaliśmy drogą 3 nad brzegiem Atlantyku.

12

W niektórych miejscach rozlewiska z podmokłymi łąkami.

13

O jedenastej osiągamy Rio Grande – najpierw przemysłówka, parki maszyn i stacje ciężarówek. Następnie kwietniki z paletą różnobarwnych kwiatów.

14

Geometryczne, proste ozdobniki, słupki z poprzecznymi, kolorowymi belkami w kształcie trójkątów, kwadratów, rombów,

15

aż w końcu długachna aleja z rzędami mlecznobiałych lamp kulistych.

16

Bardzo wcześnie rozdano nam deklaracje celne argentyńskie i chilijskie. W Chile surowa kontrola produktów rolnych – zakaz ich wwożenia. Ludzie nieraz na chybcika zjadają jabłka, batoniki i wypijają soki owocowe, na parę minut przed dotarciem do posterunku chilijskiego.

12.15 – posterunek argentyński i jedynym, który nie był gotowy do oddania celnej deklaracji, był oczywiście Seweryn. Niektórzy mają czasem problemy, mój przyjaciel ma je na okrągło i dodatkowo je kreuje. Przed posterunkiem zwalało z nóg. Wielka, płaska przestrzeń nasycona atlantyckimi podmuchami.

17

W środku budynku granicznego nieustanne wycie i poświstywania wiatru. Służba tutaj musi być nielekka, na nieustannym wydmuchowie. Dlatego zamykanie za sobą drzwi jest mocno przestrzegane. Zawsze na nich przypominające o tym napisy. Odprawa szybka i miła. Potem też miło na posterunku chilijskim,

18

taki sam wiatr, szczegółowa kontrola, włącznie z prześwietlaniem bagażu podręcznego i walizek wyjmowanych z luku autobusu.

13.15 – przejazd koło liszajowatych wzgórz.

19

Postój w hosterii “La Frontiera”.

20

Na ścianie mapa argentyńskiej Patagonii.

21

Dobra pomidorowa i buła z cienko wysmażonym mięsem. Przy sąsiednim stoliku, młodzi Polacy nieco sobie dogryzali. Jeden z nich siedział z bejsbolówą na głowie, co mnie zawsze drażni. Dziczejemy w stylu amerykańskim. Okazali się uczynni, bo gdy miałem trudności w porozumieniu z kelnerką, od razu pomogli tłumacząc z hiszpańskiego. Obce języki to ma pięta achillesowa. Nawet angielski nieraz kuleje, szczególnie jego formy gramatyczne, a także akcent. Po posiłku wjechaliśmy na okropne chilijskie ripio trzęsące niemiłosiernie.

22

Znów się kłania Pinochet ze swoja obsesją zabezpieczania granic.

15.50 – już tylko 209 km do Punta Arenas. Przed nami Bahia Azul z przeprawą promową przez cieśninę Magellana. Na stepie

23

pojawiły się czubaszki, dzikie indyki, gęsi patagońskie i guanako.

24

17.00– dotarliśmy do cieśniny Magellana. Bardzo mocny, sztormowy wiatr. Po wyjściu z autobusu natknąłem się na przeraźliwie miauczącego kocura. Jakby narzekał na wiatr.

25

Ten sam znak wymiatania Południowa Miotłą.

26

Poszedłem na mały spacer. Najpierw nad brzeg cieśniny,

27

28

gdzie znalazłem algi morskie (kelps)

29

o intrygującej strukturze zarodników, które mogą przenosić się setkami kilometrów w oceanicznych prądach.

30

Dalej wzdłuż bardzo ciekawego muralu,

31

32

namalowanego przez Jorge Lannin w roku 2004 , zatytułowanego No Solo de Pan Vive el Hombre (Nie samym chlebem człowiek żyje).

33

34

Mural poświęcony jest głównie historii Ziemi Ognistej

35

36

i obecności na niej indiańskich szczepów.

37

38

39

Przybył nasz prom

40

i otworzyli właz z rampą.

41

Tego dnia w cieśninie był  bardzo mocny wiatr.

42

Ocean jasno-szmaragdowy, ze strzępami wodorostów i alg.

43

Wsiedliśmy na prom i poszedłem na górny pokład obserwując wjazd autobusu i pozostałych pojazdów.

44

Mijaliśmy inny prom, z naprzeciwka,

45

widząc przed nami brązowawopiaskowe wzgórza kontynentu.

46

Za nami oddalająca się Ziemia Ognista.

47

Zawsze nieuchronny moment pożegnań. I ostatnie spojrzenie za siebie. Jak zaklęcie, jak pierwotny rytuał.

W połowie cieśniny wiatr zwiewał fale i chlustał nimi o pokład. Trzeba było mocno uważać by uniknąć zimniej kąpieli. Budynki na kontynencie stawały się większe i niewyraźnie migotało światełko latarni morskiej Punta Delgada.

48

Wśród otaczających mnie pasażerów moją uwagę wzbudził jeden człowiek. Czytałem, że Inkowie nigdy nie zdobyli terytorium Mapuche. A tu, na twarzy owego człowieka, genetyczny odcisk nie Inków, lecz …Azteków. Jakbym widział stare rzeźby na murach w Chichen Itza.

49

Zrobiło się tak nieprzyjemnie, że wszedłem do środka pomieszczenia dla pasażerów. Na wysokości mych oczu napływająca fala za falą.

50

Od wschodu, od Atlantyku. Nagle na szczycie fali pokazała się spora płetwa grzbietowa, zniknęła i za chwilę wychynęła ponownie układając się równolegle do burty. I wtem skok ponad falę – delfin. Czarno-biały, pękaty, z charakterystycznym butelkowatym nosem. Jego grzbiet błyszczał w słońcu. Poruszał się równo z promem, potem go wyprzedził i zwierzę zniknęło. Wszystko odbyło się tak szybko i było takim zaskoczeniem, iż nie zdążyłem zrobić zdjęcia. Zresztą wątpię, czy by było coś widać, przez odrapaną i brudną szybę, zalewaną dodatkowo falami.

O 17.30 osiągnęliśmy kontynent.

51

Spojrzałem ponownie wstecz, na zmalałą sylwetkę brzegu Ziemi Ognistej.

52w

Jechaliśmy długi czas wzdłuż brzegów cieśniny Magellana, krętą drogą 255, z długimi objazdami po ripio, wpierw ku zachodowi, potem drogą numer 9 (będzie nam towarzyszyła do parku Torres del Paine gdzie się zresztą ślepo kończy) na południe, do Punta Arenas (dosłownie – Piaszczysty Punkt).

Miasto jest stolicą regionu Magallanes i Chilijskiej Arktyki. W 1843 roku wysłano ekspedycję na szkunerze „Goleta Ancud” (21 ludzi), by założyć osadę nad cieśniną Magellana. W pięć lat później rząd Chile, aby zapewnić suwerenność nad cieśniną, ustanowił tu kolonię karną, a nadto zsyłał członków militarnego personelu, wykazujących się niesubordynacją. Przybyli też pierwsi emigranci z Hiszpanii i Chorwacji. Po 1850 roku osada przeżyła dwa wielkie bunty więźniów, które nie tylko doprowadziły do śmierci wielu osób, lecz także uległa ona częściowemu zniszczeniu.

Potem trzy, nakładające się na siebie zdarzenia, spowodowały szybki rozwój miasta: odkrycie złota, hodowla owiec na wielką skalę (największa farma obejmowała teren 10 tysięcy kilometrów kwadratowych na terytoriach Chile i Argentyny) i zwiększona ilość żaglowców przepływających cieśninę, a co za tym idzie wzrost handlu na zachodnich wybrzeżach obu Ameryk. Gwałtownie powiększyła się fala emigracji, głównie z Chorwacji i Rosji.

W 1881 roku Argentyna i Chile zawarły porozumienie uznające cieśninę za terytorium chilijskie. Jednakże niektóre terytoria w dalszym ciągu były sporne i przy arbitrażu królowej Wiktorii, przed międzynarodowym trybunałem w USA, doprowadzono do kompletnej ugody. Prezydenci obu krajów spotkali się w 1899 roku na pokładzie chilijskiej fregaty kotwiczącej koło Punta Arenas i podpisali pokojowe porozumienie. Owo spotkanie nazwano w historii „uściskiem nad cieśniną” i w późniejszych latach wybudowano tutaj specjalny pomnik upamiętniający owo zdarzenie.

Zatoka w cieśninie, mimo wystawienia na sztormową pogodę, stała się głównym miejscem postoju i uzupełniania zapasów węgla dla parowców zdążających z Atlantyku na Pacyfik i spowrotem. Sytuację zmieniło wybudowanie kanału Panamskiego, lecz od końca XIX wieku, Arenas, obok Ushuai w Argentynie i Christchurch w Nowej Zelandii, stało się główną bazą wypadową dla ekspedycji polarnych w Antarktyce, a obecnie dla ruchu turystycznego na pokładzie statków i wielkich wycieczkowców do półwyspu Antarktycznego.

W grudniu 1949 roku, niespodziewanie Arenas nawiedziło silne trzęsienie ziemi (7.8 skali Richtera), którego epicentrum było na wyspie Ziemi Ognistej. Póki co jedno jedyne…

W 1927 roku zmieniono nazwę miasta na Magallanes, lecz w 1938 powrócono do starej nazwy. Od 1977 roku poza miastem utworzono częściową strefę wolnocłową, drugą takiego typu w Chile.

Arenas zamieszkuje 127 tysięcy ludzi, spośród których najliczniejszą grupę stanowią potomkowie Chorwatów (około 50% populacji). W mieście można napotkać liczne chorwackie nazwy ulic, budynków i sklepów. Inną, sporą grupę etniczną, tworzą Hiszpanie. Potem są mniejsze grupy: Niemców, Anglików, Włochów, Szwajcarów i Irlandczyków.

Punta Arenas nazywają „miastem czerwonych dachów”, lecz od 1970 roku zaczęto metalowe dachy pokrywać także innymi kolorami.

Panuje tu klimat subpolarny, oceaniczny. Przeciętna temperatura zimą sięga minus jeden, latem zaś 14 stopni Celsjusza. Zdarzają się skoki temperatury i cieplejsze dni, tym bardziej, że od 1986 roku miasto znalazło się bezpośrednio pod działaniem dziury ozonowej i do dziś mieszkańcy muszą uważać na poziom promieniowania ultrafioletowego. Krótki sezon deszczowy zdarza się w kwietniu i maju, opady śniegu zimą, czyli od czerwca do września. Generalnie przeciętna, roczna ilość opadów jest niska (380 mm; w Polsce 600 mm) bowiem, jak większość Patagonii, miasto leży w strefie cienia opadowego, tworzonego przez wyniosłość Andów.

Natomiast latem wieją tak mocne wiatry, że w centrum miasta, szczególnie bliżej cieśniny, instaluje się liny pomiędzy budynkami, ułatwiające utrzymanie się na nogach pod silnymi porywami.

Czuliśmy, że dalej jest lato. Było plus 25 stopni i krajobraz z kałużami po deszczu. Malutkie biuro autobusów, postój wprost na ulicy, na przedmieściach. Pracownicy mili i uczynni, podłączyłem u nich komputer by sprawdzić adres hotelu. Tym razem skrewiłem nie zapisując go w notatniku. Zadzwonili nam po taxi i po pół godzinie byliśmy w hotelu, bardzo ciekawym architektonicznie. Rozpakowaliśmy się i poszliśmy na spacer po mieście. Szerokie ulice, z alejami starannie przystrzyżonych drzew po środku. Ładne, stare budynki, wiele angielskich napisów i tablic pamiątkowych. Anglicy uczynili Punta Arenas swoją główną bazą wypadową na Antarktydę.

Weszliśmy do przytulnej i ciekawie urządzonej restauracji “La Luna”, gdzie w rogu siedzieli dwaj młodzi Polacy z autobusu. Tym razem, ten jeden bez bejsbolowej czapki i gdy wychodzili pozdrowili nas po polsku i życzyli miłego pobytu. Półsurowy befsztyk wołowy z frytkami i sałatką, podlany butelką wybornego Casillero del Diablo (czyli Schowek Diabła), odmiany Carmenere, wprawił nas w dobry nastrój. W przelotnych opadach deszczu dobrnęliśmy sprawnie do hotelu.

Obaj weszliśmy na internet, sprawdzając maile, a potem znalazłem informacje na temat kapitana ”Ushuaia”. Sergio Osiroff urodził się w 1960 roku, w Buenos Aires, lecz od wielu lat mieszka w Ushuaia. Ma patent kapitana statków rybackich oraz floty handlowej (w nomenklaturze argentyńskiej zaznacza się Zamorskiej Floty Handlowej). Ukończył krajowy Uniwersytet Techniczny, coś w rodzaju naszej Politechniki połączonej z Wyższą Szkołą Rybołówstwa Morskiego, otrzymując tytuł inżyniera rybołówstwa. Był kapitanem korwety hydrograficznej, jest wykładowcą na uniwersytecie, który ukończył i konsultantem w zakresie morskich problemów. Jest zarazem licencjonowanym pilotem, kieruje wyprawami rybołówczymi oraz ekspedycjami na Antarktydę.

Kluczem do osobowości kapitana była informacja, iż jest finalistą IV krajowego konkursu w dziedzinie poezji i opowiadania, a w roku 2012 (data niepewna, bo nigdzie nie mogłem znaleźć roku wydania książki), w wydawnictwie Ruinas Circulares (tu znów wychyla się z odmętów czasu twarz Borgesa…), opublikował swoją powieść “Ostani rejs”. Jest to historia argentyńskiego statku korsarskiego “Tucuman”, uwięzionego w roku 1818 w Baltimore. Załoga po procesie sądowym została uznana za piratów i skazana na śmierć przez powieszenie. Pikanterii tej sprawie dodało stanowisko ówczesnego rządu argentyńskiego, który z zadowoleniem przyjął wykonanie wyroku.