6 lutego, 2014 – Iguazu

Śniadanie oczywiście na zewnątrz.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W takim klimacie duża szklanka pysznego, naturalnego, bo wyciśniętego wprost z owoców soku oraz kawa są obowiązkowe. I wcale nie chce się jeść. Apetyt wzrasta dopiero pod wieczór. Wokół uwijają się ptaki i obdziobują spadłe gujawy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Znowu gorąco i to tak, że jeden z kotów wskoczył na krawędź metalowej beczki próbując pić z niej wodę.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Drugi przysiadł koło mnie, na czerwonawej od pyłu podłodze.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

W Ameryce Południowej dwa środowiska naturalne są nader uciążliwe dla Europejczyków: wysokość w rejonach Alto Plano, czyli płaskowyż andyjski i wilgotny upał w tropikalnych lasach. Jest coś zadziwiającego w fakcie stosunkowo łatwego zdobycia imperium Inków przez nielicznych Hiszpanów. W roku 2011 byłem na terenie twierdzy Inków – Ollantaytambo – i poruszałem się z trudnością, bowiem cierpiałem na chorobę wysokogórską. Zachodziłem w głowę jak Hiszpanie zdołali się tak szybko zaaklimatyzować, by stać się w pełni sprawnymi żołnierzami. Ich długotrwała walka z Murami na terenie Hiszpanii (z przerwami przez niemal 300 lat), jest tylko jedną z cech nabytej, odpornej waleczności połączonej z weszłym w krew okrucieństwem. Z tym okrucieństwem, wzmocnionym wiekami okropności związanych z wojującą, totalitarną religią katolicką, z nim przybyli do Ameryk i szybko zniszczyli stare kultury, jednocześnie wykańczając miliony tubylców. Sami zdołali się zaadoptować i nieustannie parli naprzód. W tropikalnych lasach, smaganych wiatrem stepach, na wysokich wyżynach i w bardzo wysokich Andach. A przecież w niektórych przypadkach choroba wysokogórska jest tak niebezpieczna, iż trzeba natychmiast zwieźć delikwenta na niższy poziom, aby mu uratować życie.

Natomiast lasy tropikalne zawsze kojarzą mi się z książką Raymonda Maufris „Zielone piekło”. Owo tropikalne szaleństwo, wdzierało się nawet tutaj, do ogrodu Loreny.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W tropiku czyhają na nas inne niebezpieczeństwa, od drapieżników poprzez gady na owadach kończąc. Owady są olbrzymie – należy na słowo mi uwierzyć, iż na przykład karaluch jest o wiele większy od największego polskiego pasikonika.

Nasz klimatyzowany domek pozwalał spokojnie przespać noc. Przy śniadaniu poznaliśmy nowych lokatorów Loreny, sympatyczną parę angielską – Daniele i Philipa, którzy mieszkali w drugim domku, po przeciwnej stronie ogrodu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Była to ich spóźniona podróż poślubna, ponieważ los zesłał im szybko dzieciątko. Piętnastomiesięczna córeczka została w Londynie pod opieką dziadków. Philip trochę podróżował po świecie, m.in. w Południowej Afryce. Odbywanie podróży w młodym wieku wyrabia człowieka w stosunku do innych ludzi, z innych ras i kultur. Ich miłe obejście i ciepłe odnoszenie się do ludzi było dla nas miłą niespodzianką. Anglosasi są raczej zdystansowani i często wieje od nich chłodne poczucie wyższości.

Bycie w Iguazu wciąż umieszcza ludzi pośród różnorodnych zwierząt. Koło domku Anglików pojawił się mały gekon. Przy stole asystowały nam różne ptaki i jeden z najsympatyczniejszych kotów Loreny.

Po śniadaniu poszliśmy z Sewerynem piechotą do miasta Iguazu, co było pomysłem raczej niefortunnym. Ziemia wokół w kolorze przytłumionej, ceglanej czerwieni.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Rozbija ją kolor poszarzałego asfaltu, lecz boczne drogi toną w takim samym, czerwonawym pyle lub błocie, zależnie od pogody i pory roku.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W spiekocie i wilgoci człapaliśmy powoli do głównej szosy i potem skręciliśmy do miasta.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Na przedmieściach poddaliśmy się i pojechaliśmy taksówką do miejsca styku dwóch rzek: Parany i Iguazu, a także styku trzech państw: Argentyny, Brazylii i Paragwaju. Rzeka Iguazu niesie ze sobą sporo osadów i wyraźnie różni się kolorem przy ujściu do Parany, co widać po prawej stronie zdjęcia.

12

Dalej, w głębi na horyzoncie, sterczą wieżowce paragwajskiego miasta Ciudad del Este, gdzie kwitnie wielki handel połączony z przemytem.

13

Jak uświadomił nas Ariel – legalny handel w dzień a nielegalny nocą. Większość ludzi z rejonów przygranicznych, Brazylijczyków i Argentyńczyków, regularnie wybiera się na zakupy do del Este. W jeszcze dalszej głębi, nieco na prawo, widać już pierwsze linie przesyłowe hydroelektrowni Itaipú.

.14

 Na kolejnym zdjęciu, gdzie pozwoliłem się uwiecznić, w pozie nieco triumfalnej, widać płynącą z północy Paranę.

15

Doszliśmy do zbiegu trzech granic, gdzie nad wysokim brzegiem rzeki stoi pomnik uwieczniający styk owych państw.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Poszliśmy spacerem po ulicach, mijając ładny hotel „Amerian”.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Cena za jedną noc, dla dwóch osób, w standardowym pokoju ze śniadaniem, wynosi tutaj od 177 do 201 dolarów. Różnica cen opiera się na odmiennym widoku z okna – pierwsza cena za widok dżungli, druga rzeki.

Zlani potem, wróciliśmy kolejną taksówką do posiadłości Loreny. Młody taksówkarz okazał się fajnym człowiekiem– wziął od nas zapłatę tylko za połowę kursu. Powinniśmy mu zapłacić 50 pesos. Seweryn miał jedynie banknoty po 100, ja w drobnych 25. W naszym małym hoteliku nikt nie miał także do rozmienienia drobnych. Młody kierowca przyjmuje moje 25 peso i życzy nam dobrego lotu powrotnego.

Obraz społeczeństwa buduje się często na drobnych gestach, które wystawiają mu świadectwo. Najprostszym gestem jest życzliwość. Sprzedawca, w sklepie niedaleko naszego hotelu w Buenos, machnął ręką na brak drobnych. „Dopłacicie, gdy przyjdziecie tu drugi raz” – powiedział z uśmiechem.

Krótkie obmycie się, przebranie i rozliczenie za dodatkowe posiłki i pokój z nasza bardzo sympatyczną, meksykańską gospodynią. Wspólnie z angielską parą, odwożeni przez Ariela, docieramy do małego portu lotniczego w Iguazu. Uwieczniłem ich na zdjęciu z Sewerynem, a nasze pożegnanie, włącznie z wymianą adresów mailowych, było bardzo serdeczne.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Gdy piliśmy kawę (kawę mają tu wyborną) z okna restauracji zobaczyłem unoszącą się, na nasze pożegnanie, zawiesinę z wodospadów Iguazu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Często przyjmujemy za rzecz zwyczajną współczesną komunikację każdego rodzaju – transport, komputery, Internet. A przecież jest to coś nadzwyczajnego, coś co uczyniło naszą Ziemię nieprawdopodobnie dostępną. Drugiego lutego wylecieliśmy z mroźnego Toronto, by w dwa dni później znaleźć się w zupełnie innym otoczeniu. W innym klimacie, innej porze roku, pod innymi gwiazdami.

W Buenos Aires po wyjściu z samolotu uderzyła nas wielka wilgotność powietrza. Dotarliśmy do „Mundo Bolivar” i na miejscu zjedliśmy lunch. Po nim krótki spacer po dzielnicy San Telmo, która zawiera na swych ulicach mieszaninę starych, ozdobnych budynków

20

21

22

obok nowoczesnych apartamentowców.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

24

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Czasem bardzo kolorowe przybudówki

26

z fikuśnymi ozdobami na balkonach.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Niektóre ulice wciąż z brukową kostką,

28

inne z wysokimi i rozłożystymi drzewami,

29

które miejscami tworzą małe, zadrzewione place zapełnione handlowymi straganami.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Na dachach niektórych budynków kępy małych drzew.

31

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Nad środkiem jezdni, pasożytująca na drutach jakaś roślina, wyglądająca na rodzaj jemioły.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Doszliśmy do ulicy, która prowadzi wprost do centrum

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

i stamtąd zawróciliśmy.

Przed piątą oddaliśmy brudne rzeczy do narożnej pralni, położonej po przekątnej, naprzeciw „Bolivar”.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Znaleźliśmy małą acz przytulną knajpkę „Hierbabuena”, preferującą jedzenie wegetariańskie, gdzie zajadaliśmy się różnorodnymi, świetnymi sałatkami z opiekanym pieczywem i raczyliśmy się dobrym winem. W zapadającym zmroku wróciliśmy do „Mundo Bolivar”

36

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

i spędziliśmy parę godzin na wypoczynku i porządkowaniu wrażeń. Seweryn biedził się ze sprawdzeniem jak działa program polskiej telewizji na komputerze, bo jutro otwarcie zimowej Olimpiady.