6 kwietnia, 2014– San Martin de Los Andes – Junin – Rio Alumni – Villa Pehuenia

San Martin

Polodowcowe jezioro Lacar (powierzchnia 55 km², głębokość167 m), leży na wysokości 630 m n.p.m. Pływa się po nim na dłuższe wycieczki motorówkami, lecz nie mając czasu, chcieliśmy dojść spacerem, przy pięknej, słonecznej pogodzie, chociaż do nabrzeża. Rano wziąłem gorący prysznic, po którym opadły mnie straszne poty, więc śniadanie i pakowanie odbyły się raczej powoli. W holu,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

czekając na nieco guzdrzącego się Seweryna, kontemplowałem piękne belkowania sufitu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Drewno jest zachwycającym materiałem budowlanym – jego właściwości technologiczne (elastyczna miękkość i/lub twardość dająca się kształtować i rzeźbić, wartość izolacyjna – ciepło, dźwięk) wspomagają wzory słoji i układ sęków, kolor, a ponad wszystko zapachowa różnorodność. Mieszkanie w pełnym otoczeniu drewnianym (cabaña, cottage), lub ze skóry (jurta, tipi), wzbudza we mnie uczucie przytulności, pierwotnej bliskości, harmonii z ziemią i Ziemią.

Zaparkowaliśmy Nissanka na ulicy, przed hosterią

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

i pomaszerowaliśmy przez miasto ku jezioru. San Martin, zbudowane głównie na planie kratowym, tonie w zieleni, w bardzo popularnych krzewach ozdobnych i kwietnikach. Po drodze zatrzymaliśmy się na kawę

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

i kupiliśmy sobie na zaś parę butelek znakomitego piwa z lokalnego browaru o nazwie „Lacar”. Siedziba władz miejskich mieści się w całkiem nowoczesnym budynku.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Przewaga stylizowanych, drewnianych domów,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

z kamienną podmurówką lub wysokim obłożeniem do pierwszego piętra, wzbudziła me sentymenta, ze względu na wspomnienie mego domu, z sopockiej ulicy Mickiewicza. Jest podobnie wyłożony wielkimi głazami granitu, nie przyciętego w równe płyty i niewygładzonego. Poglacjalny krajobraz podsuwa ludziom architektoniczne wzory i projektowanie. Tutaj nawet budka telefoniczna jest w drewnianym stylu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Nad jeziorem przywitał nas mocny wiatr.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

119b

Na brzegu szalał jamnik poszczekujący na łabędzie i gdy pędził, uszy furkotały mu na wietrze.

119c

Jakiś wioślarz mozolnie zmierzał ku przystani.

119d

Pustki, o tej porze roku już pustki, tym bardziej że niedzielnym przedpołudniem. Wracając zoczyliśmy pojemniki na śmieci z zamknięciem, aby nie rozwlekały ich psy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Gdy ktoś zapomni zamknąć górną kratę, pojawia się od razu inny amator smakołyków – jastrząb.

119f

Przy niektórych ulicach zaczynają się szlaki piesze, prowadzące wzdłuż jeziora i do małych osad Indian Mapucze. Część zachodnia, to jezioro wciśnięte pomiędzy andyjskie, ośnieżone na szczytach wzniesienia, z dolinami wiodącymi ku Chile. Na wschodzie, przejście w suche, patagońskie stepy pokryte dziwną, kulistą roślinnością lub ospowatymi kępami na rozległych stokach.

Za nowoczesnym budynkiem mieszkalnym

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

wpadł mi w oko złoty kolor. Pierwszy, przedziwnie wysmużony na pochyłym dachu,

119h

by poniżej, przy ziemi, przemienić się w drugi – solidną żółć kwiatów, podobnych makom.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Doszliśmy do naszej hosterii, zaglądnęliśmy do niej,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

by pożegnać się z miłą recepcjonistką z wczoraj, która rumieniąc się oznajmiła nam, że to będzie córeczka i dadzą jej na imię Delfina. Dojeżdżając do drogi 234, co pewien czas natrafialiśmy na stare samochody, a raz spostrzegliśmy bardzo fikuśny autobus.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Miasto pożegnało nas kolorową szatą jesieni. 

119l

Junin de Los Andes – przejście graniczne Mamuil Malal i wulkan Lanin

Gdy opuściliśmy San Martin, wciąż napotykaliśmy różnej wielkości rzeki. Przez miasto przepływa rzeka Traunco, którą przecięliśmy za głównymi zabudowaniami i od razu, za mostem, zaczyna się nowy obszar zabudowań z przedmieściem (barrio) Kantek, gdzie mieści się duża fabryka mebli, El Catango. Potem Villa Paur, za nią znów paręset metrów dzikiej natury i kolejne domostwa w Villa Vega San Martin. Namacalnie widać dynamiczny rozwój mieszkaniówki i powiększającą się bazę turystyczną, włącznie ze specjalistycznymi sklepami ze sprzętem wędkarskim, rowerami, namiotami, a przede wszystkim sprzętem wspinaczkowym, bo około 130 kilometrów dalej wznosi się, ponoć jedna z najpiękniejszych gór świata, wulkan Lanin. Dlatego postanowilem zmienić nasze plany, przejechać bez zwiedzania Junin i boczną drogą nr 60 dotrzeć blisko słynnego wulkanu. Póki co przejechaliśmy nad kolejnymi trzema rzeczkami i minęliśmy indiańskie osiedle Vega Maipu. Nie dziwota, że następna mała i nader kręta rzeka, nosi nazwę Quilquihue. Dojechaliśmy do małego ronda, na wschód odchodzi 49, a my wprost na północ, wzdłuż rzeczki Chimehuin,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

która towarzyszyła nam aż do Junin. Po wręcz eleganckiej asfaltówce, około 40 km od San Martin,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

pokonaliśmy w dobrym czasie. Niestety zaczęło się chmurzyć i skrapiały nas przelotne deszcze.

Junin de Los Andes, usadowione nad rzeką Chimehiun, założono najpierw w postaci fortu, w lutym 1883 roku. Stosunkowo długo trwały potyczki z Mapuche. Po otwarciu szkoły Salezjanów zaczęło powstawać miasto. Indianie i nowoprzybyli zdołali doprowadzić do pokoju i w miarę zgodnej koegzystencji dwóch, jakże odmiennych kultur. Z historią miasta można zapoznać się w lokalnym muzeum. Co nas tutaj odrazu uderza, to wielka ilość miejsc religijnego kultu Kreolów, z licznymi sanktuariami.

Głównymi źródłami dochodów mieszkańców, są hodowla bydła i turystyka. Każdego roku odbywają się dwa wielkie zgromadzenia, połączone z wystawami i sprzedażą – Narodowe Party Puestero i Wystawa Rolniczo-Przemysłowa. Turystyka rozwija się jako bardzo popularne wędkarstwo, w sezonie trwającym od listopada do maja. Liczne rzeki i strumienie oraz jeziora, są siedliskiem pstrąga tęczowego, tak tutaj obficie występującego że corocznie, w listopadzie, odbywa się Narodowy Festiwal Pstrąga, połączony z wystawą i targami sprzętu wędkarskiego.

Ujście rzeki Chimehuin jest chronione jako Naturalny Obszar Prowincji Neuquen. Uprawia się kajakarstwo i żeglarstwo, ponadto spływy tratwami i windsurfing. Na odległym o parędziesiąt kilometrów, wielkim jeziorze Huechulafquen, żeglują katamarany i z ich pokładu można oglądać majestatyczny wulkan. Jak w wielu innych miejscach andyjskich, oferuje się także jazdę rowerami górskimi, wyprawy piesze i konne. Wspinaczka na Lanin wymaga zaświadczenia o uprawnieniach do profesjonalnego alpinizmu. Położone na przedmieściach Junin osiedla Mapuczów, również nastawione są na turystykę i prezentację swojej kultury. Inną drogą, nr 62, można dojechać pod granicę do spa Lahuen Co, opartym o gorące źródła wulkaniczne, a 20 km od miasta jest port lotniczy Chapelco. Do granicy z Chile mamy około 70 km i przejazd przez Andy po obu stronach granicy jest niezwykle atrakcyjny.

W mieście, liczącym obecnie prawie 17 tysięcy mieszkańców, jest duża baza noclegowa – hotele, zajazdy, cabañe, kempingi; liczne biura turystyczne i restauracje, maszyna ATM i nawet małe kasyno. Budynki rozmieszczone są na dużej przestrzeni, zatopione w krajobrazie,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

a centrum położone nad rzeką, niewidoczną z głównej przejazdówki.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Za Junin 234 skręca na wschód, do ruta 40.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zaraz za skrzyżowaniem malutki cmentarz poległych w wypadkach samochodowych.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pojechaliśmy wprost na północ, drogą nr 23 i po paru kilometrach skręt na zachód, w nr 60, do wulkanu Lanin i przejścia granicznego. W mglistej pogodzie zjechaliśmy w obszerną dolinę.

119r

119t

Na fragmencie pięciolinii drutów śpiewały głośno ptaki,

119s

przy drodze wielgachne kule ciernistych roślin.

119u

Jeszcze głębszy zjazd w dolinę rzeki Malleo,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

rzęsisty, drobny deszcz, po prawej dopływ Atrueco

119x rio atreuco

i nagle… „Stój” wołam do Seweryna, bo nad rzeką, na gałęzi krzaka siedzi nieruchomo zimorodek.

119y

119z

W fotografii najważniejsze jest uchwycenie momentu i błyskawiczny odruch w połączeniu z maksymalną koncentracją. Później, podczas oglądania ”strzału”, ma się pełną satysfakcję, uczucie głębokiego zadowolenia, nie tylko z racji niezwykłości obiektu, lecz także własnej zdolności do szybkiego i skupionego zareagowania. Dodatkową przyjemnością jest potem wyłapywanie ze zdjęcia innych szczegółów, które się niespodziewanie wyłaniają i budują kolejne plany, przenikają i wychodzą z tła. Ale uwaga! – dekoncentracja po udanym zdjęciu jest zgubna. Bo po paru minutach ukazał się lis chłepczący wodę z rzeki i zanim się przyłożyłem umknął mi spod obiektywu.

Im bliżej Lanina, tym bardziej wulkaniczny krajobraz, wciąż zachmurzony.

120c

Wiele miejsc kojarzyło mi się z okolicami Etny i Wezuwiusza.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wypiętrzona lawa,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

ogniska wulkaniczne

120d

i trawiasta roślinność wczepiona pazurami w glebę. Zastanawialiśmy się, jak będzie pod wulkanem i ewentualnie jak długo będziemy tam czekać na przetarcie pogody. Lecz parliśmy naprzód nie odstępując od naszego planu.

Deszcz ustał, szeroką doliną zjechaliśmy łukiem na lewo.

120e

Przy drodze wysypiska skalnych odłamków i stajemy, bo przy krawędzi szosy leży bryła wulkanicznego pumeksu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zawijam kolejną zdobycz w papier, oznaczam datą i miejscem i pakuję do specjalnego woreczka. Cała okolica była zasłana tzw. lapillami, w trzech kolorach – czarnym, czerwonym i szarym. Zapewne ocalały materiał z ostatniego wybuchu, około 2,5 tysiąca lat temu. Lanin od dwóch wieków jest całkowicie uśpiony i stanowi wschodnią flankę łańcucha wulkanów (60 km długości), niektórych już mocno zerodowanych. Trzy olbrzymy tkwią niewzruszenie na andyjskim niebie ( w nawiasach nazwy Mapuczańskie) – Lanin („Ten Wygasły” – 3 747 m n.p.m.), rozległy i niższy Quetrupillan („Bezgłowy Duch” – 2 360 m n.p.m.; ostatnia erupcja w roku 1872) i czynny Villarica („Dom Złego Ducha” – 2 847m n.p.m.).

120f1

Z Internetu (na pierwszym planie Villarica, potem Quetrupillan i w głębi Lanin)

Z wulkanami związana jest indiańska legenda. Lanin był dumnym wojownikiem, który lubił spoglądać ku swej dymiącej towarzyszce Villarice. Lecz pomiędzy nimi zaczął się wznosić inny wojownik – Quetrupillan i kiedy się nieustannie powiększał frustracja Lanina rosła, bowiem całkowicie przesłonił mu widok. W końcu wściekły Lanin uciął Quetrupillanowi głowę i odzyskał sposobność patrzenia na Villaricę.

Lanin jest tzw. stratowulkanem i wznosi się na 2 500 metrów nad rozległą równiną. W sumie zajmuje 220 km² powierzchni i wyróżnia się w nim cztery do pięciu części, z których najważniejszymi są stara Sekcja 1, po stronie płd-zachodniej i młodsza, rozleglejsza Sekcja 2, utworzona przez wylew bazaltowej lawy.

Dojechaliśmy do bramy parku Lanin

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

i ukazały się kępy drzew araukarii.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Za wzgórzami chowało się jezioro Tromen. Na drewnianej desce trzy instrukcje: używać środek przeciw owadom, co o tej porze roku raczej nam nie groziło, nie śmiecić, czego starannie przestrzegaliśmy w każdym miejscu i nie rozpalać ognia, co także nas nie dotyczyło.

120h1

Widomym znakiem pożaru były sterczące, osmalone drzewa,

120m

co w połączeniu z wulkanicznymi popiołami i skalnym gruzem, z obszarami wyżłobionymi przez topniejące lody (są tu okresowe lahary) i z wąskimi strumieniami spływającymi ze stoków wulkanu,

120l

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

kręto drążącymi ciemny grunt, wszystko to, w połączeniu z parasolowatymi kształtami niektórych araukarii,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

sprawiało wrażenie cofnięcia się w odległą przeszłość. Tak daleką, że zdało się, iż lada chwila zza drzew wynurzy się jakiś dinozaur.

120j

Podjechaliśmy do przejścia granicznego,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

zaparkowaliśmy z boku i wdaliśmy się w pogawędkę z argentyńskimi oficerami granicznymi. Nie mieli dla nas dobrych wieści. Lanin był całkowicie skryty w chmurach i nie przewidywali aby coś się zmieniło w najbliższych godzinach.

120q

120r

Radzili nam spróbować od strony chilijskiej, ale planowałem spędzić w Argentynie jeszcze z cztery-pięć dni, by zobaczyć znów otwartą pampę i dojechać do miejscowości El Chocon, gdzie są odciśnięte w podłożu łapy dinozaurów. Pokręciliśmy się niedaleko podstawy wulkanu,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

który nas zwodził, bo czasem już-już miały się chmury rozsunąć, lecz nigdy na tyle, by odłonić górne partie.

120s

Odjechaliśmy z powrotem drogą 60 i po pewnym czasie zrobiłem z odległości pożegnalne zdjęcie osnutego chmurami Lanina.

120t

120u

Pod językiem czułem gorzki posmak klęski. Bo marzyłem by zobaczyć jedną z najpiękniejszych gór świata, która ponoć z tego punktu, przy granicy, jest najlepiej widoczna.

120u1

Z Internetu

Mamuil Malal – kraj Mapuche

Po przejechaniu 50 km skręciliśmy na północ drogą 23.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Po prawej ukazała się rzeka Talhellum,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

po lewej pasące się na łąkach mustangi.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Potem wielkie stado kóz kroczących po asfalcie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Widomy znak indiańskich osiedli, kryjących się pomiędzy wzgórzami. Po parunastu minutach wspięliśmy się ponad równinę wjeżdżając na wijącą się, szutrową drogę, z sześcioma ciasnymi zakrętami, przybierającymi w pewnym miejscu postać agrafy. Dołem, o wiele łagodniej, wiła się rzeka Pilolil,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

która za agrafą wpadała do większej rzeki Alumine.

Z góry był niecodzienny widok na rozległe stoki pokryte odłamkami skał i ospowatymi kępami kopulastej roślinności.

121a

Czasem natrafialiśmy na równy szereg drzew sadzonych ludzką ręką.

121b

Krajobraz rozległych pagórów przecinały wąskie doliny rzek i strumieni.

121c

Spłoszyliśmy młodego mustanga, który przez parę minut kłusował wzdłuż drogi.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Za drogowskazem do rezerwatu Aucapan

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

wjechaliśmy w rozległe, posępne pustkowia.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

I nagle zobaczyliśmy niedaleko drogi grób, sądząc wpierw, że to tylko kolejna ofiara wypadku. Ale była przy nim rozwieszona wielka sztrajfa z informacją, że w tym miejscu „Salazar Oporto, Cortes Torres i ich wspólnik, Juan Marcos Fernandez, zabili Jose Eduardo Aigo, policjanta Mapuche”. Takowa informacja, w tym smaganym wiatrem pustkowiu, wywarła na nas spore wrażenie. Poczuliśmy się obaj nieswojo i wręcz powiało grozą.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zastanawialiśmy się co mogło się tutaj stać – napad? porachunki? konflikt z Indianami? Była to tchórzliwa zbrodnia. Wczesnym rankiem, 7 marcu 2012 roku, paręnaście kilometrów za osadą Pilo-Lil, na górzystym odcinku drogi 23, sierżant Aigo ( z 20-letnim stażem w policji, ojciec dwójki małych dzieci), w towarzystwie innego oficera – Pedro Guerrero, zatrzymał do rutynowej kontroli samochód w którym były trzy osoby – dwóch Chilijczyków: pełne nazwiska Jorge Antonio Salazar Porto (nazwisko czasem w formie Oporto) i Alexis Cortes Torres, oraz kierowca i właściciel auta, 26 letni Argentyńczyk, Juan Marcos Fernandez, syn burmistrza San Martin de Los Andes. Policjantom coś wydało się podejrzane i poprosili dwóch pasażerów o opuszczenie auta. Gdy Aigo zaczął przeszukiwać wnętrze auta, Salazar Oporto wpakował mu w plecy dwie kule i Chilijczycy zbiegli w górzyste lasy. Do dzisiaj są poszukiwani listami gończymi w obu krajach, a także przez Interpol. Okazało się, iż są zamieszani w skrajnie lewicowe organizacje chilijskie – Torres jest członkiem Frontu Patriotycznego Manuel Rodrigueza (FPMR), Porto członkiem Rewolucyjnego Ruchu Lewicy (MIR) i dodatkowo jej militarnego odłamu, Armii Partyzanckiej Biednych.

FPMR wydała później charakterystyczne oświadczenie. Morderstwo przemienili w partyznacką potyczkę z siłami opresji, zarazem oznajmiając, iż nie mają z tym nic wspólnego. Oświadczyli także, że będzie to zapewne wykorzystane do rozprawy z ruchem lewicowym w obu krajach. Zarówno władze Argentyny, jak i Chile, potraktowały zabójstwo jako pospolity czyn kryminalny. Drugi policjant, Guerrero, zabrał kluczyki z auta syna burmistrza i odwiózł rannego kolegę do szpitala w Junin, gdzie Aigo zmarł. Gubernator prowincji Neuquen zaofiarował nagrodę w wysokości 50 tysięcy dolarów amerykańskich i w dwa lata później sumę tę podwoił. Ponieważ w sprawę był zamieszany syn burmistrza, którego później aresztowano wraz z żoną, za utrudnianie śledztwa i fałszywe zeznania, rozprawy sądowe ciągnęły się długo i zawile. Ale rodzina zabitego policjanta zdołała wokół sprawy zjednoczyć wielu ludzi i nadać jej publiczny rozgłos. Włącznie z urzadzeniem symbolicznego grobu i widoczną obok informacją na temat tego, co się w tym miejscu zdarzyło.

W 2014 roku, już po naszym wyjeździe z Patagonii, odbyła się finalna rozprawa w której skazano syna burmistrza na trzy, a jego małżonkę na dwa lata w zawieszeniu. Po procesie ukazało się mocne, publiczne oświadczenie rodziny Aigo, w którym możemy przeczytać między innymi:„ wymiar sprawiedliwości nie podszedł do sprawy poważnie. W czasie odczytywania pierwszej części wyroku przewodniczący sądu, Andres Repetto, zapadł w sen do momentu gdy niemal nie zleciał ze swego krzesła. Zdarzenie to było dla nas niezwykle ambarasujące, bowiem taki rodzaj sędziów wyraźnie pokazuje jak sprawiedliwość podupada. Wyrok w zasadzie zdejmuje odpowiedzialność za morderstwo i po bolesnych dwóch latach wciąż czujemy większy ból i gniew, a także rozczarowanie i wstyd (…) Podobnym wstydem napełnia nas fakt, że w tym państwie wciąż pozostają nieuchwytne i bezkarne takie osoby, jak Galvarino Apablaza, założyciel i lider Frontu Patriotycznego (…)

Oba rządy, narodowy i prowincjonalny, a także system prawny, podtrzymują i utwierdzają stan barbarzyństwa w którym państwo jest zanurzone. Gdzie ludzie, a głównie pewni obywatele, są całkowicie pozostawieni sobie, w obliczu niebezpieczeństwa i braku poczucia bezpieczeństwa (…) Oświadczamy, że owi trzej sędziowie i wielu innych, którzy podpisali taki wyrok, skłaniają obywateli do podjęcia smutnej i bolesnej decyzji – brania sprawiedliwości we własne ręce.

Jednakże będziemy twardo dalej walczyć o ukaranie winnych, aż do uzyskania pełnej sprawiedliwości. Nie tylko będziemy apelować od dzisiejszego wyroku, lecz użyjemy wszelkich dostępnych metod, które wiodą do dróg prawości, w którą my wciąż wierzymy, do uzyskania wewnętrznego spokoju, by móc spojrzeć w oczy naszych dzieci, wiedząc, iż przeważyły prawda i uczciwość. (…) I głęboko wierzymy, że jako społeczeństwo musimy pokazać w czasie wyborów, że jesteśmy zmęczeni korupcją pomiędzy politykami i członkami tzw. aparatu sprawiedliwości. Nie akceptowaliśmy i nie będziemy akceptować jakiegokolwiek szantażu i jakiejkolwiek presji”.

Na końcu oświadczenia apelują do najwyższych władz Argentyny i prowincji, do pani prezydent, gubernatora i senatorów, by byli odpowiedzialni za swoje czyny i posługiwali się uczciwością, co zyska im głosy wyborców. I finalny akord z apelem do popierających ich ludzi: „ Nie opuszczajcie broni, kontynuujcie walkę mocno stojąc, a nawet na klęcząco, by osiągnąć sprawiedliwość dla Jose Eduardo Aigo. Aż do końca naszego życia”. Podpisano – rodzina Aigo-Soto.

Hm…, w ilu miejscach na świecie mogłyby się pod tym podpisać rodziny innych pokrzywdzonych?

Poświęciłem sporo miejsca tej sprawie, bo jest lustrem odbijającym wiele współczesnych problemów Ameryki Południowej, Argentyny i rdzennej ludności tubylczej. Czy w przypadku, gdyby Aigo był białym Argentyńczykiem, sprawy by się potoczyły inaczej? W oświadczeniu rodziny kołata także latynoski, temperamentny i kwiecisty, duch. W całej sprawie odbija się echo lewicowej, zboczonej skrajności, równoległej do prawicowej, na co wskazuje historia kontynentu. Narkorewolucjoniści i pospolici gangsterzy, szwadrony śmierci i junty. I wszechwładna korupcja, rak chciwości toczący społeczeństwa.

Chciałbym w tym miejscu opisać sytuację argentyńskich Mapucze.

W okresie pre-kolumbijskim przodkowie Mapucze (Mapuche) pojawili się najpierw w Chile. Jako wyraźnie odrębna grupa zaistnieli w VII wieku p.n.e. Genetycznie różnią się od innych tubylców, prawdopodobnie z powodu długiego okresu separacji, gdy żyli na terytorium dzisiejszej Patagonii. Przed przybyciem Hiszpanów, w roku 1541, liczyli około dwóch milionów dusz. Dzisiaj są trzecią, pod względem liczby ludności, populacją tubylczą w Ameryce Południowej.

Nazwa Mapucze składa sie z dwóch słów: ”Mapu” – ziemia i “che” – ludzie. Niezmienny fakt w wielu przeróżnych miejscach świata – szczepy i narody tubylcze często nazywają się “ludźmi”, zapewne w odróżnieniu od świata roślin i zwierząt. A czasami, w przypadkach skrajnych, by odebrać innym prawo do nazywania się ludźmi. To złe ziarno ludzkości było w niej od samych początków. Tamci byli “obcymi”, “odmieńcami” lub “barbarzyńcami”. Nadawano im także inne nazwy. Na przykład Hiszpanie nazywali Mapuczów Araukanami (Araucanos), co jest dzisiaj poczytywane za pejoratywne określenie. Innym odmawiano często praw, a nawet racji egzystowania. Współcześnie, takie odnoszenie do innych, jest typowe dla skrajnych nacjonalistów. Określamy go mianem “instynktu plemiennego”.

Swoje terytorium Mapucze nazywali Wall-Mapu (Wall – wszechświat, Mapu – ziemia) a język Mapudungun (po hiszpańsku – araukański), który niemal zanikł w Argentynie. Mapucze przenikali z Chile, poprzez andyjskie doliny, do dzisiejszej Argentyny. Większą ilością pojawili się na pampie w wiekach XVII, XVIII i XIX. Wiązało się to być może z obecnością Hiszpanów w Chile, chociaż w 1641 roku podpisali z nimi graniczne porozumienie, generalnie przestrzegane przez obie strony. Niektórzy antropolodzy, ów proces przenikania na pampę, nazwali araukanizacją. Mapuche nawiązali kontakty z miejscowymi szczepami (Pehuenche, Puelche czy Aoniken); niektóre przejęły ich język i część kultury, jak Tehuelche. W obrębie Mapuczów wyróżnia się szczepy (Picunches, Huilliches, Moluche/ Nguluche), które preferują, aby tak ich nazywać, podobnie jak w przypadku grup indiańskich w Północnej Ameryce. Dawna nazwa Siuksów, nadana im przez Francuzów, dzisiaj raczej nie ma racji bytu. Mówi się o ludziach Lakota, Dakota, Oglala czy Hunkpapa.

121h1 flag mapucze

Flaga Mapucze – z Interenetu

Po pokonaniu Hiszpanów w 1810 roku i powstaniu Chile i Argentyny, w pół wieku później, życie Mapuczów uległo totalnej zmianie. Oba państwa rozpoczęły ofensywę na terytorium indiańskie, pod znanym pretekstem niesienia cywilizacji i chrześcijaństwa, czyli uszczęśliwiania na siłę nieokrzesanych dzikusów. W Chile nazwano tę militarną kampanię Pacyfikacją Araukanii, w Argentynie Kampanią Pustynną. Obie zakończyły się w 1885 roku, niemal w tym samym czasie, gdy rząd USA kończył rozprawę ze szczepami na preriach (Wielkich Równinach). Wynik całkiem podobny – setki tysięcy zabitych, zabranie ziemi i wepchnięcie ludzi do rezerwatów, nędzne życie na wsiach i w ośrodkach miejskich, kulturalne i religijne wykorzenienie oraz odbieranie rodzinom dzieci, które przysposabiano do domowej służby, w chilijskich i argentyńskich domach. Po ustaleniu międzypaństwowej granicy, terytorium Mapuchów zostało podzielone na część zachodnią – ngulu mapu (Chile) i wschodnią – puel mapu (Argentyna – część Pampy i Patagonii). I do dziś nie jest rozwiązany problem, w miarę swobodnego ich poruszania się pomiędzy tymi dwoma państwami. W Argentynie Mapucze zaczęli nazywać siebie Puelche, czyli ludzie wschodu.

Mapuche głównie żyją w porozrzucanych osadach, wsiach i małych miastach w prowincjach Buenos Aires, La Pampa, Chubut, Santa Cruz, a najwięcej w Rio Negro i Neuquen, gdzie są najlepiej zorganizowani i mają swoje polityczne organizacje. W sumie jest ich teraz około 250 tysięcy. W ostatnich latach, jednostki i nieraz całe społeczności Mapuczów, zaangażowane są w proces utrzymania ziemi i walkę o autochtoniczne prawa. I podobnie, jak Indianie w Kanadzie i USA, próbują odzyskać dawne ziemie w procesie rewindykacji, który nasilił się w ostatniej dekadzie. Aby osiągnąć swe cele używają różnych metod – od protestów poprzez ekonomiczny sabotaż do blokad drogowych.

W północnej Patagonii, w latach 60- tych, państwo zagwarantowało obszary rolnicze dla społeczności Mapuczów. Nie popierały tego żadne zabezpieczenia prawne, ziemia rolna była lichej jakości, osady w wielkiej izolacji. Spowodowało to migrację do innych regionów i większych miast, w poszukiwaniu pracy. Kiedy w Argentynie rządziła junta wojskowa, z Mapuczami bezlitośnie rozprawiała się policja i oddziały paramilitarne. Tysiące tubylców udało się na wygnanie, ich tradycyjne struktury prześladowano. Po upadku rządów wojskowych, prezydent Alfonsin w 1985 roku zadecydował, że 110 tysięcy hektarów w Pulmari (region Alumni, przez który właśnie przejeżdżaliśmy) będzie zwrócone indiańskiej społeczności. Wydano nawet odpowiedni dekret i na tym się skończyło, bo opierały się władze regionu. W latach 90-tych odnawiała się demokracja, lecz sytuacja Mapuczów się nie zmieniała, tym bardziej, że w Argentynie brakowało wśród nich politycznej aktywności. Pierwsza tego typu struktura powstała u schyłku lat 70-tych w prowincjach Rio Negro i Neuquen i zaczęła zyskiwać na znaczeniu w końcu lat 80-tych.

Mapucze żyją z ziemi – uprawy zbóż i hodowli bydła, kóz i koni. Wielu z nich przeniosło się do miast. Ich niskie wykształcenie (mniej niż 3% kontynuuje edukację po liceum) powoduje niskie zarobki; jedna trzecia żyje poniżej granicy ubóstwa (poniżej 100 dolarów US na głowę), mieszkają w lichych domach, są niedożywieni, gnębi ich alkoholizm i gruźlica i panuje wysoka śmiertelność wśród noworodków. Na naturalnych obszarach Patagonii, gdzie dawniej bez przeszkód polowali, łowili i zbierali leśne runo (jagody, grzyby, itp.), zakładane są parki narodowe lub prowincjonalne. Właściciele owych parków, często pomniejsze korporacje, nie tylko zabraniają takowych praktyk, ale wprowadzają ograniczenia w przemieszczaniu się po danym terytorium, a nawet zarządzają usunięcie starych osad. Ostry konflikt tego typu zaczął się w 1995 roku, na wspomnianym uprzednio obszarze Pulmari. Okupacja ziemi na niewiele się zdała. Protestujący zostali usunięci siłą.

W 1997 roku włoska firma mody, Benetton, zakupiła 900 tysięcy hektarów ziemi w Patagonii, gdzie Mapuche żyją od 13 tysięcy lat. Ta międzynarodowa korporacja, odrazu ogrodziła całą ziemię i zawarowała sobie prawo udzielania zgody na połów ryb na jej terenie. Wypasa tam tysiące owiec, których wełnę używa do wyrobu odzieży. W prowincji Chubut, na zakupionej przez Benetton ziemi, postawiono bramy grodzące stare drogi, co kompletnie zdezorganizowało ruch lokalny. Jedna z rodzin indiańskich powróciła w 2004 roku na swą ziemię (obszar 300 hektarów) tylko po to, by się dowiedzieć, iż nie są już jej właścicielami i zostali usunięci siłą. Spowodowało to szereg protestów i pod koniec 2005 roku, Benetton wspaniałomyślnie zaoferował przekazanie prowincji 7500 hektarów. Organizacje Mapuczów odrzuciły propozycję, argumentując, iż nie można czegoś darować, czego nie jest się prawowitym właścicielem, w dodatku rzucając ochłap, gdy porównać to ze stanem posiadania Benettona. W lutym 2007 kilkudziesięciu Mapuczów zaczęło okupację jednej z farm na “terytorium” firmy.

Ktoś mógłby powiedzieć, że przecież wszystko zostało dokonane formalnie: zakup ziemi, zapłata, zapewne płacone są podatki. Tymczasem ziemię odkupiono od angielskiej firmy, która powiadomiła nowego właściciela o żyjącej na jej terenie indiańskiej społeczności. Wzruszony szef firmy, Carlo Benetton, oświadczył, że w takim razie w zamian wybuduje im muzeum “które opowie o historii i kulturze tej mitycznej ziemi”. Muzeum postawiono na froncie jego wielkiej posesji. Jeszcze bardziej wzruszony tym faktem, “makaroniarz” oznajmił, że “Patagonia daje mu wspaniałe poczucie wolności”. Krótko skomentował to jeden z działaczy Mapucze: “ A nam, niemniej wspaniałe poczucie uwięzienia”.

Świat producentów fatałaszków, kręcący się wokół kiecek, chudych lub nieco obfitszych modelek – w zależności od narzucanej mody, pożywiający się kokainą, swoją próżnością i mass-mediowym cyrkiem, stał się międzynarodowym drapieżnikiem prowadzącym nową kolonizację w państwach ubogich lub grzęznących w kłopotach. W połączeniu z finansjerą, szczodrze ich wspomagającą, są także gotowi do takiego nadwyrężenia struktury finansowej danego państwa, aby łatwiej było wykupić ziemię lub bogactwa owego kraju, udając przy tym charytatywny zapał wybawiania państwa z kłopotów, które zapewne samo na siebie ściągnęło – poprzez lenistwo, korupcję i złą politykę fiskalną. Wszystko w zgodzie z modelem chicagowskiej szkoły ekonomii, czyli zagarniaj ile się da, reszta sama się potoczy. Pragnę tylko przypomnieć, że tenże Benetton, w 1998 roku znalazł się w centrum skandalu, tyczącego pracy 11-13 letnich dzieci w jego fabryce, w Turcji. Jednym z jego pomysłów (rok 2002) – skutecznie oprotestowanym – było wyprodukowanie odzieży z wszytym czipem-transmiterem identyfikacyjnym, by wiedzieć ilu ludzi kupiło jego produkty. Do Orwella coraz bliżej….

Osobnym rozdziałem konfliktu są prawa do wydobywania i używania kopalin, na dawnych lub obecnych ziemiach indiańskich. Tereny rezerwatu traktowane są jako ziemia dochodowa. Kiedy jakaś firma znajdzie tam złoże mineralne, ludzie są nieraz usuwani i nie otrzymują żadnych odszkodowań. Gdy pozostaną nie odnoszą jakichkolwiek korzyści. Nie przestrzega się także ochrony środowiska. Na czołowym miejscu, na skali bezwzględności postępowania, lokują się przedsiębiorstwa naftowe. W latach 60-tych, takim rabusiem była firma Chevron, która działa obecnie na terenie prowincji Neuquen, wraz z paroma innymi firmami amerykańskimi, jak Exxon i – co zakrawa na wielką ironię z racji nazwy – Apache oraz francuskim Total (też bardzo adekwatna nazwa!). W Neuquen, w roku 2010, YPF (Yacimientos Petroliferos Fiscales), której właścicielem jest hiszpańska firma Respol, znalazła w południowej części prowincji, dwa wielke złoża gazu łupkowego. Według Departamentu Energii USA, Argentyna jest potencjalnie trzecim krajem na świecie z największymi rezerwami niekonwencjalnego gazu (na pierwszym miejscu są Chiny, na drugim USA). Jak w ogóle wygląda energetyczna sytuacja Argentyny, kraju podłamanego kryzysem tlącym się od wielu lat, który spowodował zaliczenie tego pięknego i zasobnego kraju (trzecia największa gospodarka w Ameryce Łacińskiej), do czołówki tzw. indeksu nędzy, przejawiającej się m.in. w dwucyfrowej inflacji i niedoborach towarów?

Około 87% energii uzyskuje się z paliw kopalnych i w roku 1988, na fali entuzjazmu po zakończeniu rządów junty i przywróceniu demokracji, podano iż kraj ma zapas gazu na następne 36 lat, a ropy na lat 14. W roku 2001 nastąpiło całkowite załamanie ekonomii pociągającę za sobą chaos polityczny (w ciągu dwóch tygodni rządy sprawowało kilku prezydentów). W 2003 roku, gdy prezydentem został Nestor Kirchner, mąż obecnej prezydentowej, rozpoczął częściową nacjonalizację przedsiębiorstw (to samo ciagnęła dalej Cristina Kirchner, np. przywracając dla skarbu państwa 51% udziału wspomnianego koncernu naftowego YPF), przeprowadzając jednocześnie głębokie reformy gospodarcze i finansowe. Od roku 2003 gwałtownie wzrosło zużycie paliw kopalnych i do roku 2010 w dziedzinie ropy zwiększyło się o 37, a gazu o 23 procent. By pokryć zapotrzebowanie rynku zwiększono siedmiokrotnie zakup płynnego gazu, ropy i gazu olejowego. W 2009 roku bomba wybuchła – ogłoszono, że zasoby argentyńskiej ropy starczą tylko na lat dziewięć, gazu zaledwie siedem. Nic więc dziwnego, że zabrano się energicznie za poszukiwania nowych zasobów paliw kopalnych.

Na marginesie chciałbym podać jeden zadziwiający fakt – w tym samym czasie, pomiędzy latami 2003 a 2009, argentyńska klasa średnia znacznie się powiększyła i stanowi obecnie 45% całego społeczeństwa. Teorie społeczne słusznie twierdzą, że silna klasa średnia jest podstawą dobrobytu i trwania danego państwa. Dlatego bije się na alarm, w przypadku zmniejszania się klasy średniej, przede wszystkim w USA i Kanadzie. A tu taki wielki skok (o ponad 9 milionów osób), z jednoczesnymi, licznymi kłopotami. Czyżby założenia teorii były mylne i tak nieprzewidywalne jak dzisiejsze prognozy pogody? Czyżby stworzyła się rozległa acz biednawa klasa średnia, balansująca na krawędzi ześlizgnięcia się w prawdziwą biedę, która powiększy indeks nędzy?

Powróćmy jednakże do zagadnień energetycznych i ich nieszczęsnego wpływu na sytuacje ludności tubylczej. Największy problem leży nie tylko w braku poszanowania własności ziemi i nierówności w procentowym podziale zysków, lecz w sposobach uzyskiwania gazu i ropy z łupków. Stosuje się nową technologię zwaną szczelinowaniem hydraulicznym (fracking; hydraulic fracturing), która wtłacza pod wysokim ciśnieniem miliony litrów wody zmieszane z chemikaliami i piaskiem, aby przebić się przez łupki do złóż gazu i ropy. Dlatego tworzą się wielkie odpady skażone licznymi metalmi ciężkimi. Niektórzy naukowcy twierdzą, że także wywołuje to wzrost trzęsień ziemi w rejonach sejsmicznych. Można sobie wyobrazić jak wygląda okolica w takim miejscu, przypominająca z reguły księżycowy krajobraz. Raport z roku 2012 podaje, że użycie owej technologi, wytworzyło w całym USA około jednego biliona litrów toksycznych ścieków. Może całe szczęście, że w Polsce nie znaleźliśmy opłacalnych do eksploatacji złóż gazu łupkowego i Chevron się wycofał. Tak, ten sam który narozrabiał w Argentynie. W podobny sposób przebiega dobywanie węglowodorów w prowincji Rio Negro, a prowincje Mendoza i Chubut zleciły intensywne poszukiwania.

Ropa i gaz nie tylko od lat rządzą światem, prowokując konflikty i otwarte wojny, ale stały się swoistą pętlą, zarzuconą na szyję ludzkości i innych istot żywych. Poszukiwanie alternatywnych źródeł energii jest sabotowane lub opóźniane, z jednoczesnym biciem na alarm, że zasoby się wyczerpują i musimy koniecznie znaleźć nowe sposoby uzyskiwania energii. Owa hipkrozyja ma swe źródło w krótkowzrocznej i obłędnej wręcz chciwości, wobec której nic się innego nie liczy – ani życie ludzkie, ani środowisko, ani nawet perspektywa zniszczenia wielu obszarów i doprowadzenia do globalnej katastrofy ekologicznej. Nad drzwiami dyrektorów tych gigantycznych korporacji winny wisieć dwa hasła “Jakoś to będzie” i “Po nas choćby potop”. Nic więc dziwnego, że jacyś tam Mapucze się nie liczą i są jedynie dokuczliwą przeszkodą w gromadzeniu mamony.

Ropę i gaz wydobywa się w Argentynie od 60 lat. Od dwóch dekad Mapuczowie żądaja zlikwidowania lub zamknięcia 200 studni wiertniczych, które zatruwają środowisko. W ostatniej dekadzie, niemal żadne argumenty nie docierają do władz, bowiem rząd intensywnie poszukuje nowych złóż i udziela koncesji przedsiębiorstwom naftowym. Nie prowadzi się żadnych badań nad wpływem nowych technologii na środowisko i życie ludzi. Nie ma wyraźnych i ostrych przepisów ochrony środowiska. Nie istnieją jakiekolwiek konsultacje ze społecznościami Mapuczów, gdy zaczynają się poszukiwania i wydobywanie węglowodorów na ich ziemi. A te działania zmieniają niemal całkowicie ich styl życia i kulturę. W niektórych osadach zwiększyły się wyraźnie przypadki utraty wzroku, choroby skóry i dokuczliwych biegunek. Jedna z przedwodniczących gminy Mapucze, w prowincji Neuquen, Cristina Lincopan, oświadczyła, że każdego miesiąca rząd prowincji dostarcza do nich cysternami wodę z odległego o 60 kilometrów miasta, ponieważ lokalna woda jest kompletnie zatruta przez przemysł naftowy. “Prawda jest taka – powiedziała Lincopan – że firma Apache systematycznie nas zabija. Dzień po dniu”.

Mapucze próbują się bronić przed tą inwazją różnymi sposobami. W roku 2001 dwie gminy poprosiły o pomoc niemiecką firmę konsultacyjną Umweltshutz, która dokonała studiów nad wpływem na środowisko działań firmy YPF. Niemcy ujawnili, że 630 tysięcy metrów sześciennych gleby w okolicy gmin jest głęboko skażonych chromem, ołowiem, aresznikiem, naftalinem i benzopyrenem oraz innymi metalami ciężkimi, znacznie powyżej prawnie akceptowalnego poziomu. W roku 2011 Mapuche rozpoczęli blokady YPF, by uniemożliwić im dalszą eksploatację terenów, ponieważ lokalne władze nie wywiązały się z zobowiązania oczyszczenia, zatrutego uprzednio, środowiska. W innej gminie, zablokowano prace na stanowisku firmy Apache i zażądano utworzenia dwóch komisji na szczeblu prowincji – jednej, szacującej społeczny, kulturalny i środowiskowy wpływ inwestycji, drugiej monitorującej i kontrolującej działania firmy naftowej. Przy okazji warto podać koszty naprawy środowiska, oczywiście pod warunkiem że uda się wygrać proces sądowy w tej sprawie. W 2002 roku dwie wioski dopięły swego i zaczęło się oczyszczanie zatrutych terenów. W dziesięć lat później koszt oczyszczania sięgnął 1.6 miliarda dolarów US.

Argentyna ratyfikowała Konwencję 169 Międzynarodowej Organizacji Pracy, która to konwencja dotyczy narodów tubylczych. Jednym z głównych punktów jest zastrzeżenie, iż każdorazowe działanie gospodarcze na ich terenie, wymaga z nimi konsultacji, co jest oczywiście nieprzestrzegane. Ale w ostatnich latach udało się, poprzez nakazy sądowe, powstrzymać działania korporacji, na przykład konsorcjum chińskiego Emprendimientos Mineros, próbującego wydobywać miedź. Dziesięć lat temu Chiny wkroczyły z rozmachem do Ameryki Południowej, zakładając spółki lub wykupując udziały w kopalniach i innych gałęziach gospodarki. Chińczycy jeszcze mniej dbają o ochronę środowiska, zatruwając od lat swój kraj na potęgę. Uczestniczą także w nowym procederze multikorporacji, polegającym na wydzielaniu na mapie całych bloków gospodarczych, ze wskazaniem na eksploatację poszczególnych terenów. Na mapie nie widać ludzi ani zwierząt, pięknych lasów, czystych rzek i jezior. Na mapie są struktury geologiczne i mineralne. Nikt lokalnych ludzi nie pyta, czy im się będzie podobało nowe, smrodliwe i zjadliwe, sąsiedztwo. Przypomina to konferencję w Berlinie, która odbyła się w 1884 roku. Europejscy politycy pochylali się nad rozłożoną mapą Afryki i dzielili ją między siebie, częstokroć wzdłuż linijki.

Są także pewne zmiany na lepsze. Ponieważ Mapucze są liczniejsi i lepiej zorganizowani w Chile, zrozumiałym się stało połączenie wysiłków. Już w końcu lat 70-tych powstała organizacja CEM (Comite Exterior Mapuche – Zewnętrzny Komitet Mapuczów), która od 1978 roku zaczęła działać na forum międzynarodowym. W 1993 powołano wspólną organizację, Consejo Interregional Mapuche (CIM) – Interregionalna Rada Mapuczów, jednoczącą CEM z sześcioma organizacjami w Chile i Argentynie. Głównym zadaniem była poprawa bytu tubylców, zachowanie ich kultury i proces rewindykacji ziemi przodków, włącznie z prawem do samostanowienia. W tym samym roku stali się członkami organizacji UNPO (Unrepresented Nations and Peoples Organisation – Organizacja Narodów i Ludów Niereprezentowanych), która działa od 1991 roku i ma swą siedzibę w Hadze. Organizacja liczy obecnie 47 członków, jej dyrektorem generalnym jest Karol Tomasz Habsburg.

W 1996 roku utworzono Międzynarodowe Ogniwo Mapucze (The Mapuche International Link) z siedzibą w Bristolu, w Wielkiej Brytanii, które zastąpiło CEM. Opinia eruropejska jest stale informowana o sytuacji Indian w Chile i Argentynie, organizuje się wystawy, konferencje i publikuje specjalne wydawnictwa. Już w rok później przyszedł pierwszy efekt, w postaci rezolucji zatwierdzonej przez Europejski Parlament, w sprawie sytuacji praw człowieka i indiańskich mniejszości w Argentynie. Rezolucja odwoływała się do rządu Argentyny, by uchwalił poprawkę do ustawy o przestrzeganiu tubylczych praw do ziemi, unikając przymusowego ich wysiedlania.

Byłbym nieuczciwy gdybym nie wspomniał o pewnych, zasadniczych zmianach, podjętych przez federalne i prowincjonalne władze Argentyny w latach 90-tych. Działania mapuczńskich organizacji doprowadziły do ich zaistnienia w debatach politycznych, szczególnie po powołaniu nowej organizacji – COM (Coordinadora de Organizaciones Mapuches), która jednoczy i wspólnie reprezentuje okręgi wiejskie i miejskie. Głównym celem COM jest nie tylko odzyskanie ziemi, ale stworzenie w niedalekiej przyszłości terytorium autonomicznego, obdarzonego mocą samostanowienia. Domagają się także, aby w ich szkołach był nauczany język i kultura Mapuczów. Coś takiego i to w bardzo szerokim zakresie udało się uczynić w Kanadzie, tworząc w 1999 roku nowe, wielkie terytorium, zwane Nunavut, gdzie istnieje szeroka autonomia i samorządność i nie ma partii politycznych.

Rząd federalny dofinansował w mieście Neuqen centrum edukacyjne z zajęciami dwujęzycznymi i studiami kulturowymi. W 1997 roku zaczął się specjalny program szkolny (Mejoramiento de la Calidad de la Educacion de los Pueblos Aborigenes) i uruchomiono parę programów językowych w prowincjach Neuquen i Rio Negro. Ważną dziedziną aktywności, stającą się zarazem źródłem dochodu, jest turystyka, przede wszystkim ekoturystyka i agroturystyka – zakwaterowanie i posiłki, organizacja wypraw z doświadczonym lokalnym przewodnikiem i sprzedaż wyrobów artystycznych i rzemieślniczych. Turystyka organizowana przez tubylców ma miejsce głównie koło Bariloche i San Martin.

Po odjeździe od grobu sierżanta Aigo wypogodziło się.

121i

Minęliśmy jakieś samotne pagóry przypominające kurhany.

121j

Droga wciąż biegła wzdłuż rzeki Alumine

121k rio alumine

i co pewien czas pojawiały się wychodnie skał o niesamowitych kształtach.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Z nadrzecznych przewężeń wpadało się znów na rozległy, pagórowaty teren.

121m

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Przy drodze czupurny wiecheć trawy ostnicy z bajecznym pióropuszem.

121o trawa ostnica

Nad rzeką osada Pilo-Lil,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

obok drogi tablica z powitaniem i turystyczną reklamą. Articulos regionales

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Potem charakterystyczna skała,

121r

dalej jakaś stodoła i dom Mapucze

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

– dom z płaskim dachem i otoczony płotem żerdkowym.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Za 15 minut dwie nowoczesne cabañe nad brzegiem rzeki. Zatrzymaliśmy się by je sfotografować.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Po opuszczeniu okna szum rzeki, świergot ptaków, bezwietrznie i wyjątkowo ciepło.

Dalej w dół,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

a za kolejnym zakrętem, pod stokiem, w zupełnym pustkowiu szereg uli z wielkimi kamlotami na daszkach.

121x

Alumine – Pehuenia

Boczny kanion zamknięty mesą.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Za nim znaleźliśmy się blisko koryta rzeki, która szumiała na niskich porohach.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Kawałek pod górę i z powrotem w dół, skąd widok na kolejne, wielkie wypiętrzenie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Przed mostem, na prawo szutrówka nr 46, prowadząca do leżących parę kilometrów stąd, serpentyn Rancahue. Niestety nie mieliśmy czasu na ten skok w bok.

122a rahue droga w neuquen

Z Internetu

Przez most na lewo, rzeka przeszła na prawą stronę i tak nam towarzyszyła do miejscowości Alumine, gdzie dotarliśmy o 18.30. Od przejścia granicznego przejechaliśmy 118 kilometrów.

Alumine założone w 1915 roku ma około ośmiu tysięcy mieszkańców. Dodatkowe dwa tysiące mieszka wokół miasta w wiejskich osadach. Utrzymanie zapewnia turystyka, hodowla owiec i bydła oraz przemysł drzewny. Na rogatkach Alumine przejechaliśmy koło drewnianej figury,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

za nią drogi się skomplikowały, biegnąc w paru kierunkach. Dopiero po chwili zorientowaliśmy się, że zatoczyliśmy koło. Postanowiliśmy zasiegnąć języka. Na skraju chodnika stała grupa młodych ludzi i przy nich się zatrzymaliśmy. Mieszając hiszpański z angielskim zapytałem o dalszą drogę. Patrzyli trochę nieufnie, nawet wręcz spode łba i gdy ktoś z nich zapytał „Americano?”, odpowiedziałem „No, Polacos” i od razu lody stajały. Jeden z chłopaków objaśnił w niezłym angielskim, jak mamy jechać i gdzie można coś zjeść, bo byliśmy bardzo głodni. Podjechaliśmy do hosterii „Alumine”,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

ale okazało się, że wszystko jeszcze nieczynne i otwierają koło ósmej. Przed wejściem rosły wysokie, bardzo oryginalne krzewy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ponieważ do miejsca docelowego, miasteczka Pehuenia, mieliśmy jeszcze przeszło 60 km, postanowiliśmy jechać dalej. Za chwilę natknęliśmy się na tak nowoczesny hotel – de la Aiden, że aż nas zatkało.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Bo miasto sprawiało wrażenie raczej ubogie, tym bardziej z porozrzucanymi wokół domami, często z dala od ulicy. Mieliśmy chwilę zawahania czy tam nie wstąpić, ale stwierdziliśmy, że przecież w większości miejsc w Ameryce Południowej jest podobnie – restauracje otwierają późnym wieczorem. Minęliśmy przedmieścia Alumine od strony północnej i znów wtopiliśmy się w znajomy krajobraz, z rozjeżdżoną szutrówką.

122e 

Rzeka wiła się łagodnie pomiędzy wzgórzami

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

i koło wpół do ósmej ukazała się rozległa równina, na której rozciągało się jezioro Alumine i w nim rzeka kończyła bieg.

122g

Po lewej mieliśmy jezioro, w głębi po prawej pampę de Lonco Luan. Nader tajemniczo wyglądała samotna araukaria na tle coraz bardziej zachmurzonego nieba.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Potem zaczęły rosnąć w oczach górskie pasma, mieniące się odcieniami niebieskości, ze srebrnym połyskiem na tafli jeziora.

122i alumine jezioro

Zatrzymaliśmy się na chwilę, wysiedliśmy z auta i okazało się, że jest wciąż całkiem ciepło (było plus 22 stopnie). Przy drodze, na żwirze rosła kopulasta roślina o zielono srebrnawych listkach.

122j

Gdy przekraczaliśmy kolejną rzekę – Litran, droga znów zbliżyła się do brzegu jeziora.

122k

Skręciliśmy w lewo, w drogę nr 13, która szła w dół i zobaczyliśmy człowieka idącego jej skrajem. Wyglądał w tym dzikim krajobrazie jak wydłużona drobina.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Po prawej, w zachodzącym słońcu, po szczytach wzgórz kroczyły araukarie.

122m

122n

W ciemnościach dotarliśmy do Villa Pehuenia. Przeczytałem o jej pięknym położeniu w przewodniku „Patagonia”, lecz niczego nie było widać poza skąpo oświetlonymi ulicami. Ulice były kręte, nie mogliśmy dojrzeć żadnej hosterii czy hotelu. Parę minut po ósmej wjechaliśmy na jakiś placyk, przy którym w półokręgu było szereg niskich budynków, w podobnym stylu jak w La Angostura i na szczęście oświetlony sklep. Wstąpiłem by zapytać o nocleg i dwie panie – matka i córka, poleciły mi hosterię „El Paraiso”. Ba, zadzwoniły tam i spytały czy jest miejsce. Dały mi słuchawkę i porozmawialem z właścicielem, który mówił dobrze po angielsku. Wytłumaczył mi jak dojechać, ale kręta droga pod górę, z rozwidlającymi się mniejszymi uliczkami, w dodatku w ciemnościach, sprawiła nam trudności. Zagubiliśmy się, wróciliśmy do punktu wyjściowego, zaczepiliśmy jakiś ludzi stojących przy aucie, którzy wytłumaczyli nam jeszcze raz jak dojechać. Wreszcie zobaczyliśmy napis „EL Paraiso”, paręnaście metrów dalej wjazd pod wielką, drewnianą bramą. Musiałem wysiąść z auta, otworzyć ją, potem zamknąć, objechaliśmy pod górę małe wzniesienie i ukazał się okazały dom, na szczycie. Wysoko ponad domem tkwiła połówka przymglonego księżyca, z zawieszoną pod nim planetą Wenus.

122o

Gdy wypakowywaliśmy rzeczy z auta, zaczęło wokół nas miękko kicać parę zajączków. Wyglądały jak małe, szare duszki podskakujące nad ziemią. Przywitał nas gospodarz i okazało się, że jest z pochodzenia Austriakiem. Dom w środku wypełniony ozdobnymi bibelotami, wszędzie na półkach figurki, ładna porcelana, troche rzeczy w alpejskim stylu, piękny salon z kominkiem, ładne meble i … zgroza. Bo od razu zmroziło mnie, co tu może przydarzyć się takiemu pechowcowi jak Seweryn. Już wnosząc rzeczy zahaczył o ozdobną lampkę, która zdołałem uchwycić w ostatniej chwili. Potem okazało się, że coś mocno podjeżdżającego zapachem dziwnego lekarstwa (nie mogliśmy odkryć co to było, a śmierdziało jeszcze przez parę dni), wylało się w jego przyborniku kosmetycznym. Seweryn obmył i wyczyścił wszystkie rzeczy, wyszorował kosmetyczkę w środku, ale smród był wciąż tak dojmujący, że stanowczo zaprotestowałem i kazałem mu wynieść wszystko na zewnątrz. Mieliśmy ładny pokój, w którym na nieszczęście też było parę filigranowych przedmiotów, mogących podlegać Sewerynowej demolce.

Gnani głodem pojechaliśmy na poszukiwanie restauracji. Jedną zoczyłem wcześniej po drodze i okazała się malutką acz ładną izdebką, na zaledwie pięć stolików, prowadzoną przez Włocha. Nazywa się „Sorrentino”, ma oczywiście piec do pizzy i do wyboru paręnaście ich odmian. Jednakże rzuciłem się na pierożki w stylu ravioli, z pomidorową sałatką. Nie odmówilem sobie także szklanki dobrego, czerwonego wina. Wracając zgubiliśmy się dokładnie tak jak za pierwszym razem. Seweryn cofając w ciemnościach, a manewru cofania nie znosi, przygrzmocił tyłem wozu w jakąś przeszkodę. Na szczęście nie był to niczyj samochód, lecz ozdobna brama i obie strony – brama i Nissanek – nie odniosły żadnych obrażeń, chociaż huk i wstrząs był spory.

Wracając do hosterii wytargałem z auta napoczętą już butelkę wina, bowiem ogarnął mnie powiew romantyzmu z powodu piękna tego domu i zewnętrznego widoku. Za oknem czerń nocy zlana z czernią obszernej zatoki jeziora. W głębi, po przeciwnej jego stronie, pobłyskujące na różnych wysokościach, bo górzysty teren, światełka ludzkich domostw. I dojmująca, ciepła cisza.

Siadłem z komputerem w salonie, uzupełniłem notatki, przerzuciłem zdjęcia, sprawdziłem korespondencję. Po raz pierwszy od wielu dni zajrzałem do argentyńskich wiadomości w języku angielskim. Okazało się, iż dwa dni temu, w Buenos Aires i La Placie spadło w ciągu 12 godzin tyle deszczu, ile zazwyczaj w całym kwietniu. Zginęło przeszło 60 osób, ponad trzy tysiące ludzi ewakuowano.