5 marca, 2014 – reda i Ushuaia

1. Pobudka o szóstej rano i następna nagroda – wspaniały wschód słońca na redzie Ushuaia. A zaczęło się niepozornie…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Potem kierowałem aparat na przemian – ku wschodzącemu słońcu i do lądu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Koło godziny siódmej zbliżyliśmy się do portu

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

i 6.46 przycumowaliśmy do nabrzeża. Naprzeciwko stał wielki kontenerowiec

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

ze znajomymi napisami na kontenerach – Maersk i Hamburg Süd.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dalekie dotknięcie Europy. Stałem na górnym pokładzie ”Ushuai” obserwując budzący się dzień na lądzie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Po siódmej rozświetliły się góry.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W paręnaście minut później miasto nabrało wyrazistych konturów.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pożegnalne śniadanie, podczas którego poinformowano nas, że inny statek, który był na Szetlandach, zamarudził i wielki sztorm go dopadł. Poobtłukiwani ludzie przeszli niezłe piekiełko i choroba morska zebrała obfite żniwo. Fale wybiły nawet okna w salonie statku i dokonały sporej demolki. Jedynym, który żałował, iż tego nie przeżył, był Seweryn. Ale kiedyś go coś dopadnie i wtedy usłyszymy co będzie miał do powiedzenia (nasze zdjęcie na ukraińskiej stacji wykonane przez Andreasa).

18

Po śniadaniu zszedłem do kabiny i zacząłem przeglądać różne mapy półwyspu Antarktydy. Relief z satelity,

19

Z Internetu

a na kolejnej mapie, ściągniętej z Google, pociągnąłem trasę naszej podróży i zaznaczyłem daty.

Antarctica map ActiveTravel

Mapka z Internetu

Przygotowałem napiwki w kopercie dla obsługi. I zaczęły się pożegnania. Było czule i wilgotno w niektórych przypadkach – u nas i u obsługi. Przeto nadszedł czas abym przedstawił całą załogę statku, bo byli w każdym calu wyśmienici.

Kapitan – Sergio Osiroff Calle (muy, muy sympatico, z rosyjskiej rodziny osiadłej w Argentynie), trzech oficerów: I – Alan Gross (zdystansowany), II – Eugenio Menna (cichy i spokojny), III – Leone Zacarias (młodzian nader poważny).

Lekarz, Lynne Hoole z Płd. Afryki (niezniszczalna i opiekuńcza).

Główny mechanik – Antonio Rubinstein (przykładał się do siłowni statku jak słynny Artur do fortepianu); inżynierowie i mechanicy – Susana Pellegrini, Carlos V.Cor, Claudio Poblete, Lisandro Elorrieta, Ricardo Zurlis, Claudio Balbuena; elektryk – Juan Lacava (zespół niewidzialnych, ale jakże ważnych osób, z reguły głęboko pod pokładem).

Załoga hotelowa – szef Rafael Bucarey (bardzo sympatyczny i uczynny opiekun nas wszystkich; kiełbaski z rożna pieczone przez niego na pokładzie, i to w Antarktydzie, to była poezja… z musztardą), Alberto Jaramillo – główny kucharz z dwoma pomocniczymi: Jose Lastraią i Raulem Castro, niemal wspinał się na szczyty wykwintności, a rozpieszczał nas cukiernik Sebastain Gatica.

Zespół kelnerski, same gwiazdy – przemiła i ciepła Verronica Azabache, lekki obwieś Fernando Cortes, matczyna Romi Prado i jakże ciepły i uczynny młodzian, Sebastian Pena, który w czasie jednego z mocnych przechyłów, przeleciał najpierw w poprzek kambuza do kuchni, tam go odbiło i wyleciał z powrotem, z jeszcze większą szybkością i hukiem wylądował na szufladach ze sztućcami. Obsługa hotelowa – nadmatczyne niemal: Paola Alarcon, Hernan Escudero, Amaya C. Morales i moja osobista sympatia, Carla Soto.

Szefowa baru -Tamara Culleton, która podczas największych przechyłów, swobodnie i z uśmiechem przemierzała salon z parunastoma pustymi szklankami w palcach i zawsze bezbłędnie trafiała w drzwi baru, ładna bestyjka, ale ją srogo zawiodłem, bowiem podczas całego rejsu nie zamówiłem żadnego drinka ( bo musieliśmy oszczędzać, a naszą niedopitą butelkę whisky pozostawiliśmy dla załogi).

Marynarze, którzy szykowali dinghy i dostarczali nas cało na pokład, choć nieraz w stanie przemoczonym, po odwiedzinach wysp i kontynentu Antarktydy – Alberto Culleton, Ariel Crujeiras, Damian Garcia, Pablo Taraborrelli, Daniel i Joel Velazquez; wszystko silne i zahartowane chłopy, niesłychanie sprawne w manewrowaniu zodiakami.

Zespół wypraw i lektur popularno-naukowych, który uwielbia przyrodę i rozumie jak jest cenna dla nas – lider, Sebastian Arrebola, ekolog, świetny fachowiec, dowcipny, bardzo zajęty w czasie całego rejsu; Valeria Otero Faus – profesjonalistka, miła acz zasadnicza kiedy należało, miała dobre i swobodne wykłady, świetnie nawiązywała kontakt ze słuchaczami; zawróciła w głowie Sewerynowi (robił jej dziesiątki zdjęć mając ciągle problem z wyborem, kogo teraz zdjąć: fokę czy Valerie, wieloryba czy Valerie, pingwina czy Valerie, Valerie na stojąco czy na siedząco, uśmiechniętą czy zamyśloną); biolog Pablo Petracci, skupiony na ochronie argentyńskiego środowiska, przede wszystkim morskiego; historyk Alejandro Fazzio Welf, pasjonat polarnych podróży, temperament włoski, styl argentyński – wiecznie z pojemniczkiem mate w ręku; biolog Kata Marchesi, mocna i bardzo zasadnicza, Sewerynowe zaloty i pochlebstwa gasiła szybko i się jej trochę bał; oraz bardzo spokojna i lekko wycofana przyrodniczka z Bremy, Niemka, Natascha Mier – pierwszy raz w antarktycznej podróży.

Właścicielką statku jest Ute Hohn Bowen.

Jest również okazja, aby podać nieco podstawowych faktów o półwyspie Antarktycznym, który jest zaledwie przedsionkiem do Antarktydy.

Półwysep jest górzysty, z coraz wyższymi szczytami w kierunku południowym i owe góry stanowią przedłużenie łańcucha Andów. Ma bardzo wiele lodowców w głębi lądu; wybrzeże wschodnie jest zdominowane przez szelf Lodowy Larsena, który ulega spękaniu i topnieniu. Na wyspach Szetlandzkich i w paru innych miejscach, zaznacza się aktywność wulkaniczna.

Krajobraz należy do typu Antarktycznej tundry i część wybrzeża płn-zach, która jest przez wiele miesięcy wolna od lodu, umożliwiła rozwój roślinności (mchy, porosty, algi, wątrobowce). Pomiędzy półwyspem a licznymi wyspami przebiega wiele kanałów i cieśnin, z których najbardziej znaną jest cieśnina Bransfielda, oddzielająca kontynent od Południowych Szetlandów.

Na zachód rozciąga się Morze Bellingshausena, po wschodniej stronie Morze Weddella, na północy Przejście Drake’a i Morze Scotia.

21

Mapka z Internetu

Od czubka półwyspu, do 68 stopnia szer. płd, w czasie trzech/czterech miesięcy letnich, średnia miesięczna temperatura jest powyżej zera. Zimą rzadko spada do minus dziesięciu. Opady latem, głównie deszczu, nie przekraczają rocznie 35 do 50 cm, natomiast na przyległych wyspach, dochodzą do jednego – dwóch metrów rocznie. Dla porównania – wnętrze kontynentu otrzymuje jedynie dziesięć centymetrów opadów rocznie i dlatego jest lodową pustynią. Wybrzeża wschodnie i zachodnie na północy półwyspu (około 63 stopnia szer. płd.) mają suchszy klimat morski, latem tylko dwa miesiące są powyżej zera, zimą temperatura spada do minus piętnastu. Po wschodniej stronie jest o wiele zimniej, bowiem Morze Weddella zajmuje pak lodowy.

Południowy krąg polarny (Antarktyczny) jakby dzieli półwysep na dwie części – zimą światło jest przeciętnie przez dwie godziny, latem natomiast prawie przez 24 godziny.

Wyprawy turystyczne do Antarktydy zaczęły się w 1891 roku, gdy turyści wylądowali na wyspach. W 1988 roku pierwsza grupa turystów przeleciała na biegun południowy. W latach 1983 do 1993 na wyspie Króla Jerzego działał hotel. Ruch turystyczny jest od parunastu lat ściśle regulowany i od lat 80-tych ubiegłego wieku, wzrosła liczba jachtów wizytujących Antarktykę.

Od późnych lat 40-tych, średnia temperatura na półwyspie, co dekadę wzrastała o 0,5 stopni Celsjusza. W ostatnich 20 latach, szelf lodowy cofnął się, a w wielu miejscach rozpadł. Od 1995 roku, trzy czwarte szelfu Larsena kompletnie zniknęło.

2. Po godzinie ósmej zeszliśmy po trapie na ląd, spojrzeliśmy za siebie, na nasz pływający dom

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

i przeczłapaliśmy z bagażami nabrzeża portowe. Przy głównej bramie złapaliśmy taksówkę do Fin del Mundo, gdzie tym razem mieliśmy inny pokój, nieco cieplejszy, bo na poziomie ziemi. Po rozpakowaniu rzeczy dopadłem komputer, aby uzupełnić Zapiski, ale najpierw zajrzałem do wiadomości i… szok. Ileż się wydarzyło w ciągu minionych dziesięciu dni!!! Janukowycz odsunięty i zwiał do Rosji. Nowy rząd na Ukrainie, rozpisanie przyspieszonych wyborów prezydenckich na maj, śledztwo w sprawie zamordowania około setki osób podczas demonstracji przeciw rządowi Janukowycza. Rosyjscy separatyści-uzurpatorzy na Krymie wzywają Rosję do bratniej pomocy, co brzmi znajomo, bo doskonale to przećwiczono parę razy w czasach komuny i wiadomo czym się kończy.

I dalej, niezmiennie naiwny Zachód, jak zwykle najbardziej trzęsący się o swe interesy finansowe, bo wiadomo kim rządzą politycy. Jeszcze niedawno zachwyty nad Putinem, podkreślanie jego demokratycznych popisów, z niedostrzeganiem, iż to na pokaz i dla uśpienia, zaczadzenia naiwniaków. Zaczadzenie płonną nadzieją, że oni już się zmienili, już zdemokratyzowali i będzie można robić z nimi dobre interesy. Tym sposobem nowe aparatczyki zyskały na czasie, krok po kroku dławiąc ledwo kiełkującą demokrację. Wszystko przeszło gładko, każde nowe świństwo i kolejna klatka zamordyzmu. Dlatego teraz ponownie wróciła polityka nie liczenia się ze światową opinią publiczną. Dlatego rząd rosyjski bezczelnie wtrąca się w sprawy niepodległej Ukrainy i prowadzi szeroką kampanię dezinformacji i ordynarnych kłamstw. Próbuje dyktować i narzucać warunki innemu, niepodległemu państwu.

Nowy satrapa moskiewski tylko czekał na zakończenie Olimpiady. Pazerny duch carów, ruskiego nacjonalizmu i imperialnych zapędów znów ożył. Historia udowadnia, że obojętnie w co się przebiorą – sobolowy kołpak, ruskie wieliczestwo, bolszewicką czerwoną gwiazdę, czy pozorowaną demokrację, obraz wyłania się zawsze ten sam: autorytaryzm, popadający miejscami w totalitaryzm.

Biedny naród rosyjski, naród, który w przeważającej ilości żyje na wsi. To jest dalej esencja Rosji i słusznie na to zwrócił uwagę, znawca spraw rosyjskich, Mariusz Wilk. Z opisów, w jego książkach, wyłania się nieraz przygnębiający krajobraz, zatopiony w wódce. Ten zapił, tamten przepił, ów skończył ze sobą w alkoholowym amoku. Życie rozłazi się w rękach, często dygoczących po kolejnej popojce. Jaką świadomość ma takie społeczeństwo i jakże łatwo nim manipulować. W beznadzieję żywota, poczciwego, serdecznego, ale trzeszczącego w okowach własnych niemożliwości i kompleksów, rządzący próbują wepchnąć nadzieję wyższą – państwową, nacjonalną, opartą na podziwie dla władzy, która przerasta ów zwyczajny żywot i stwarza poczucie wielkości. Ba, narodowej dumy.

Ileż lat jeszcze upłynie zanim Rosjanie zdołają się rozliczyć ze sobą, ze swoją historią. Spojrzeć tej bestii prosto w mordę, pojąć, gdzie ten podgniły gen a gdzie racja stanu. I gdzie przede wszystkim miejsce w ludzkiej rodzinie. Biedna rosyjska inteligencja, która od wieków osamotniona w swoim pojmowaniu Rosji. Która widzi i wskazuje drogę, jakże często na próżno. Zapewne dlatego, co pewien czas, niektóre wybitne jednostki popadają także w nacjonalizm, nieraz oparty na idei wszech-słowiańskości, oczywiście pod przewodem Rosji. Recepta zrodzona być może w poczuciu własnej bezsilności, niemożności wpływania na losy państwa i narodu. Albo z racji pogrążenia w rozpaczy, która jakże często przekształca się w apatię. Wystarczy przywołać dwa wielkie nazwiska – Dostojewski i Sołżenicyn. Na gruncie religijnym, chora idea Trzeciego Rzymu lub drugiego Konstantynopola. Stąd ten nonszalancki mariaż kagiebistów z prawosławiem. Bez zmrużenia oka, zmiana frontu na potrzeby chwili. Kompletna klęska budowy średniej klasy, która po 1991 roku przekształciła się w układ oligarchio-mafijny. Na wierzchu nurtu tego zdolnego, ciepłego narodu ciągle zbiera się piana. I szumowiny rządzą.

Putin – jego matką ruski nacjonalizm, a ojcem KGB. Tym nasiąknięty od młodości, teraz podbudowany smakiem władzy, prowadzi Rosję do, według niego, ponownej wielkości. A to tymczasem następny etap skarlenia.

3. Około 15-tej do miasta. Zakup biletów na jutrzejszy autobus do Punta Arenas. Oddałem parkę do wypożyczalni, z małymi pretensjami, bo nie ochroniła przed opadami. Pani mi wytłumaczyła, że jest przecież używana, a więc trzeba ją potem prać po każdym kliencie i przez to traci swoją nieprzemakalność. Czyli trzeba kupić taką, która się przyda na później, na inne miejsca. A tu globalne ocieplenie.

Obiad w Mariskerii, znów krab z serem Roquefort i białe wino, lecz smakowało inaczej. Gorzej. Czyżby kucharze na statku mnie rozbestwili? Potem w kawiarni pełnej ludzi, gdzie mieszały się różne języki. Znów odczułem pewien komfort bycia w miejscu, gdzie nikt mnie nie zna. Komfort który stwarza poczucie zwiększonej swobody…

Tam

w tym mieście

lub w tamtym

gdzie nikt mnie nie zna

ta ładna kobieta z dzieckiem

tamten samotny mężczyzna

mogę podejść

powiedzieć jej komplement

z mężczyzną podzielić jego samotność

aby mniej bolała

w tym mieście

gdzie dla nikogo nie istnieję

Ushuaia jest pięknie położona i panorama jej na tle gór, widziana od kanału Beagle, jest zachwycająca. Sporo nowych budynków ale zaraz obok nich rudery. Chodniki, jak w wielu miastach Ameryki Płd., okropne. Lawirowanie wśród progów, dziur i wądołów. Beton z zatopionymi w nich kamykami. Jak skruszeje powstaje gruzowisko. Kruszeje z powodu klimatu, korupcji, czy zaniedbań ? Optuje za ostatnim wytłumaczeniem, bo już w 2011 zauważyłem, iż nie ma rozwiniętej tu potrzeby zadbania. Kawałek – owszem, z reguły reprezentacyjny plac, z obowiązkowym pomnikiem i nazwą – Plaza de Armas. Ten tumiwisizm latynoski tkwi nie tylko na ulicach, ale często także w domach, w obejściach. Tumiwisizm, bo w wielu przypadkach jakość zdezelowanej infrastruktury, nie wymaga wielkich zabiegów i pieniędzy. Ciekawym będzie porównać, co i jak się zmieniło po trzech latach.

W hosterii uzupełnianie korespondencji i pisanie kolejnego odcinka Zapisków. Pechowy Seweryn bardzo podpadł tego dnia naszej gospodyni. Wręczył jej z samego rana rzeczy do prania i zapomniał wyjąć liczne chusteczki higieniczne, rozsiane po różnych kieszeniach. Nadto szwendał się wieczorem po domu z komputerem, a ona przeganiała go z jednego miejsca w drugie. Do pokoju dotarł znów grubo po północy i dostał oper ode mnie, bo pobudka jutro przed szóstą rano. Do przemierzenia 616 km, jedenaście godzin jazdy, z wkroczeniem do Chile.