3 marca, 2014 – Przejście Drake’a

Noc była wyjątkowo spokojna. Natomiast od rana zaczęły się wysiłki 44-latka. Statek stękał, trzeszczał, wspinał się na fale i kołysał mocno na boki. Czasem głupia myśl, że już się nie wyprostuje. Najgorsze wrażenie miałem na promie, na Labradorze, gdzie byliśmy w 2008 roku z Mariuszem Wilkiem. Spaliśmy w dolnych kajutach przy dnie statku i nocne odgłosy przemierzania Atlantyku, w totalnej czerni, były nieco horrorowate. Tam to dziesiątki głupich myśli przelatywało przez głowę, lecz na szczęście znów szybko zapadałem w sen.

Przed śniadaniem wyszedłem na pokład. Kolor oceanu zmieniał się w nieprawdopodobnym tempie. Raz jaśniał pod przebijającymi się skądeś promieniami słońca,

1

nabierając połyskliwego koloru. Potem ciemniał

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

i ponowne przebłyski światła.

3

Wspinaliśmy się na fale odbiegające z głośnym sykiem od burty statku.

4

Dzień spędzałem tak jak większość pasażerów. Snuliśmy się po salonie, czasem wyjście na pokład, innym razem drzemka na wygodnych kanapach. Poruszanie po salonie zredukowane do niezbędnego minimum – po herbatę lub do toalety. Część ludzi zaszyła się w kabinach.

Seweryn, w pierwszym pomieszczeniu salonu, które stało się niemal jego siedzibą, stukał w komputer przeplatając to prośbami o pomoc wobec członków załogi lub pasażerów, bo mu znów coś zniknęło z ekranu lub zmieniło format. Ja porządkowałem swoje notatki w salonie. Potem długa pogawędka z Andreasem, wymieniliśmy się adresami mailowymi i zaprosiliśmy do obopólnego odwiedzenia – on mnie do Frankfurtu, ja jego do Sopotu i Toronto. Obaj na krótko udaliśmy się na pokład z aparatami, bo ocean nabrał barwy stalowo-ołowianej, ze słonecznymi prześwitami. Pasją Andreasa jest fotografowanie kontrastów czerni i bieli, takie ciemniejsze niebo bardzo mu odpowiadało. Na przekór jemu, słoneczna pogoda utrzymała się przez następne trzy godziny.

Zaczęły pokazywać się przeróżne ptaki. Petrele, w tym petrelec wielki, wydrzyki, rybitwy i burzyk szary.

5

6

7

Ptaki przelatywały formacjami lub samotnie, poruszając się często nad samą powierzchnią wzburzonego oceanu. Czasem przysiadały na wodzie odpoczywając od porywów wiatru.

8

Przed lunchem udaliśmy się do pomieszczenia wykładowego, w którym ściany są obwieszone mapami Antarktydy i podobiznami słynnych polarników. Alejandro Fazzio Welf, historyk, specjalizujący się w wyprawach antarktycznych, z pasją i interesująco opowiedział o wyprawach Francuza Charcot’a, który w tzw. Okresie Heroicznym był jednym z najsłynniejszych polarników. To on pierwszy zaznaczył na mapach i pomierzył wiele wysp i zatok, w tym te, które zdołaliśmy odwiedzić lub zobaczyć.

Po lunchu zmogła mnie długa drzemka, bowiem dalej byłem podziębiony i nie w formie. Straciłem wykład Valerii o wielorybnictwie, które w 300 lat później, po intensywnych połowach w Arktyce, dokonało tutaj podobnych spustoszeń. W 1994 roku, Międzynarodowa Komisja Wielorybnicza, zgodziła się wydzielić wokół Antarktydy wielki obszar chroniony i przekształcić go w wielorybie sanktuarium. Już teraz widać, na tzw. Oceanie Południowym, wyraźną poprawę w zwiększonej ilości i różnorodności gatunków wielorybów. Wszystko zrelacjonował mi Seweryn, wciąż zachwycony wiedzą i urokiem Valerii.

Po obiedzie wyszedłem z aparatami na pokład, bo zaczęły się ciekawe zjawiska. Ocean i niebo zmieniały kolor, fale stały się krótkie, łamliwe i nieprzyjemne, wzmagał się wiatr. Na pokładzie szukałem zawietrznej strony, chroniłem się za obramowanie metalowych drzwi, na które jednocześnie napierałem plecami stojąc na szeroko rozstawionych nogach. Odnosiłem wrażenie, że ocean jakby się rozbełtywał, zbierał w sobie do uderzenia. Sztorm nadchodził od południowego zachodu, wprost na archipelag Szetlandów, ale szerokim łukiem zagarniał cieśninę Drake’a. Niespodziewanie wyjrzało słońce i cały świat uległ na godzinę magicznej odmianie.

9

Od południowej strony wypiętrzał się wał wysokich chmur znamionujący nadejście frontu i sztormu.

10

Nagle, na krótko, pojawił się młody albatros czarnobrewy, niemal maczając lewe skrzydło w wodzie.

11

Po południu ocean stał się znów srebrzysty popod mlecznym niebem.

12

Wieczorem zapanowała szarość i przez chwilę ocean jakby się wygładził.

13

Typowa cisza przed burzą. Za parę minut ponownie się rozbełtał podnosząc nas na długich falach. I wtedy doleciał do statku majestatyczny albatros wędrowny,

14

który dał nam pokaz swych możliwości. Szybowanie doliną pomiędzy falami,

15

16

nagły zwrot przez skrzydło,

17

lot wzdłuż grzbietu fali,

18

lekkie wzbicie się w górę i znów ześlizg nad powierzchnią wody na dużej szybkości.

19

20

I bardzo rzadkie uderzenie skrzydłami. Ot, tak, od niechcenia i za moment nawrotka

21

i znów był niedaleko statku.

22

To prawdziwa przyjemność obserwować tego legendarnego ptaka. I w pełni można było pojąć, dlaczego ów ptak tak fascynował żeglarzy.

Albatrosy, występujące tylko na południowym Pacyfiku, mają największą rozpiętość skrzydeł (przeciętnie 350 cm) wśród ptaków latających i są ponadto długowieczne. Symboliczna jest jego samotność lotu. Obserwujący go, dawni żeglarze, czuli zapewne również swoją samotność na bezmiarze oceanu. Zarazem wiedzieli, że albatros nie zwiastuje bliskości lądu, bowiem potrafi szybować setkami kilometrów. Przypomniał mi się świetny utwór zespołu Fleetwood Mac – “Albatros”. Piękny, spokojny i nieco melancholijny nastrój gitary Peter Greena, wspaniale oddawał szybujący lot albatrosa.

Statkiem rzucało coraz bardziej. Pokład opustoszał. Zrobiłem ostatnie zdjęcie

23

i udałem się na spoczynek. Wchodzenie na koję balansowało na krawędzi wyczynu. Co próbowałem się wspiąć, akurat odchylało i wręcz rzucało mną do tyłu. Z obawy przed wielkim kołysaniem schowałem komputer, który zazwyczaj stał na wspaniałej podkładce, utrzymującej wszystkie przedmioty w należytej pozycji. Wystarczyło, że kiedyś, Seweryn postawił szklankę poza nią – kabina była potem zasłana odłamkami szkła. Nasz opiekuńczy anioł z obsługi hotelowej, Carla, jak zwykle powiedziała z uśmiechem “Nada” i wszystko wyczyściła odkurzaczem.

Za bulajem czerń przenikliwa i odgłosy oceanu. Sięgnąłem do notatnika i coś spłynęło z duszy do ręki, pobudzone nastrojem tej nocy, faktycznym pożegnaniem z Antarktydą.

x x x

tkwiąc w jądrze

stężałej ciemności

nie wiadomo

w którą zwrócić się stronę

tylko jedna pozostała

– w głąb siebie

by pustkę łagodnie przyjąć

pod osłoną nicości

Z koi, przed zgaszeniem światła, spojrzałem na stolik. W kącie, na brzegu podkładki, niewzruszenie stała wypita do połowy butelka whisky.