3 lutego, 2014 – Buenos Aires

 

Po śniadaniu w samolocie, łapię za małego Cannona. W dole pierwszy widok Ameryki Południowej.

3

Sądząc po czasie jesteśmy albo nad Paragwajem, albo już na północnym pograniczu Argentyny. Zgrywam potem zdjęcie z mapą i to Paragwaj, miejscowość Mariscal Estigarribia.

4

Szachownica przygranicznych pól.

5

6

Następne zdjęcie po godzinie i widać rzekę Paranę,

7

po chwili pokazują się zwały chmur,

8

rzeka wije się poprzez nizinę.

9

Zniżamy się

10

i w deszczu podchodzimy do lądowania.

11

Po jedenastu godzinach lotu, przed jedenastą czasu lokalnego, lądujemy na lotnisku międzynarodowym Ezeiza w Buenos Aires. Okazaliśmy polskie paszporty więc żadnej opłaty za wlot do Argentyny.

Wczoraj z mrozu w Toronto, poprzez odtajały Nowy Jork – plus pięć, do Buenos Aires – wilgotno, ciepło (plus 27), zielono. W koronach palm skrzeczą małe, kolorowe papużki. Pierwszy taksówkarz chce za przejazd do naszego pensjonatu „Mundo Bolivar” w dzielnicy San Telmo, 68 dolarów amerykańskich. Nauczony poprzednimi doświadczeniami zaczepiam paru innych i wreszcie mam od jednego przyzwoitą cenę – 38 dolarów. Bądź co bądź to dystans 31 kilometrów i jedziemy około 40 minut.

Mundo” jest na rogu ulic, prowadzi go Duńczyk Soren, który pojawił się tutaj 10 lat temu i został. Pomaga mu młody, bardzo sympatyczny Argentyńczyk – Gonzalo. Na dole jest restauracja, gdzie obsługuje nas jakiś bardzo poważny, argentyński dżentelmen i postawna kobieta w średnim wieku, jak się okazało, Dunka. Za siedem noclegów plus śniadania – dostaliśmy duży pokój z wysoką antresolą, gdzie będę spał – płacimy 600 amerykanów wprost do ręki. W związku z kolejną falą kryzysu inflacja sięgnęła 15% i dolar na czarnym rynku, zwanym tu blue, sięgnął 12 peso za dolara (w banku 8).

Jesteśmy z Sewerynem tąpnięci po ostatnich paru dniach – wyścig z czasem, wysiłek umiejętnego pakowania, w moim przypadku na pięć miesięcy, umiejętnego, bo najgorzej wziąć za dużo rzeczy albo nieodpowiednie. Tempo zmian spore, włącznie z klimatem. Wybraliśmy się na spacer po okolicy, jednocześnie szukając możliwości uruchomienia Sewerynowej komórki, która ma nam służyć przez następne miesiące. Pół dnia spędziliśmy na poszukiwaniu odpowiedniej karty do komórki. Zagadywaliśmy po angielsku przeplatając paroma słowami hiszpańskimi. Ludzie mają dość ponure miny, twarze zasępione, lecz po zaczepieniu są życzliwi i pomocni.

Na kolejnej ulicy spory plakat na ścianie, zapowiadający występ Joan Baez z początkiem marca.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Baez to były moje (jej/nasze) gorące i niecierpliwe lata 60-te. W dusznej i biurokratycznej atmosferze komuny muzyka rockowa i tamte postaci muzyków były jak świeży powiew. Wolność łykało się na odległość. Poprzez Radio Luksemburg. I z bliska poprzez płyty, których na Wybrzeżu, dzięki portom w Gdyni i Gdańsku, nie brakowało. Na tych płytach, konkretnie na okładkach, widniał tamten świat – nieosiągalny, wymarzony, wyidealizowany czasami do przesady. Szczególnie mityczne Stany Zjednoczone, którym było się skłonnym wybaczać liczne łajdactwa pod przykrywką demokracji, jak zabójstwo Kennedych, Martina Lutra Kinga, śmierć studentów na kampusie w Kent, cały splot wietnamskiej wojny i wiele innych rzeczy.

Baez, obok Dylana, Guthriego, czy Country Joe, mieściła się w nurcie sprzeciwu, w samym jądrze amerykańskiej kontrkultury tamtego czasu. W latach 60-tych i 70-tych była wśród polskiej młodzieży lubiana i ceniona. Proszę sobie wyobrazić moje zaskoczenie i wzruszenie, gdy w 1989 roku, na festiwalu w Bratysławie, Baez wykonała moją piosenkę i to po polsku!  (można zajrzeć tu: https://www.youtube.com/watch?v=AgYDf-1N238)

W jednym ze sklepów z komórkami pomogła nam para młodych ludzi, dziewczyna znała hiszpański, chłopak angielski. Potem natknęliśmy się na nich ponownie i nagle w trakcie rozmowy okazało się, iż ona – Sara, a on – Piotr, są Polakami, którzy tak jak my, przylecieli dzisiaj i również poszukiwali sposobów, jak uruchomić swą komórkę. Dwójka bardzo miłych, ułożonych i bystrych ludzi. Patrzy się na wielu młodych Polaków, tych na poziomie, z przyjemnością. Znajomość języków, obycie i swoboda poruszania się, to wszystko co my traciliśmy latami w komunie.

Z powodu braku komórki, bo Sewerynowa okazała się jednak do luftu, mieliśmy utrudniony kontakt z ciocią mej znajomej nauczycielki, która troskliwie rozpinała nad nami sieć ochronną, już z Toronto. Gdy się do niej dodzwoniłem, rozmowę nagle przerwano, lecz w hotelu już była od niej wiadomość, że do nas dotrze. Mieliśmy umówione ponowne spotkanie z Sarą i Piotrem, a tu ciotki nie ma. Przypomniał mi się Gombrowicz i Cortazar, którzy słownie podszczypywali ciotki wysiadujące na kanapkach. Seweryn poszedł na spotkanie z młodymi, ja czekałem na ciotkę, bar na dole zamknięto, więc stałem na ulicy i jej niecierpliwie wypatrywałem. Jest! Od razu się wyściskaliśmy serdecznie, jak odnalezione zguby. Ciocia taką samą serdecznością obdarzyła potem Seweryna i młodych Polaków. I jak tu się ich obawiać…

Późnym wieczorem, będąc pozbawieni łączności, weszliśmy do narożnej restauracji o dźwięcznej nazwie „El Hipopotamo”. Sałatka, papas fritas czyli frytki i kawał wołowiny, a do tego zimna i jakże dobra Stella Artois. Poprosiliśmy, aby nam zamówiono na jutro taksówkę, bo odlatujemy na dwa i pół dnia do Iguazu. Radio taxi odmówiło zamówienia na dzień przed. Od razu zaczęto szukać po znajomych. Znów bezskutecznie. Tłumaczem był młody kelner, a pani zza baru, w wieku średnim, nagle zapytała kim jesteśmy. Na słowo „Polacy” rozpromieniła się natychmiast i powiedziała „no to teraz muszę wam coś załatwić”. I załatwiła – znajomy taksówkarz będzie na nas jutro czekał przed „Mundo Bolivar”.

Przed snem rozmowa z Gonzalem i gdy mu oznajmiłem, że kiedyś sprowadziłem do Polski Cortazara, kompletnie go zatkało. Od niego się dowiedziałem, że ten rok w Buenos jest Cortazarowi poświęcony, bo stulecie jego urodzin a zarazem 30 lat od śmierci. Mają być sympozja, spotkania, ale wszystko bliżej zimy, kiedy mnie już tu nie będzie.

Część rzeczy zostawiamy na przechowanie w „Mundo”, bo wracamy z Iguazu za trzy dni. Przepakowanie trwało do pierwszej w nocy. Na łóżku świetny, wygodny materac. Spało się jak w domu.