3 kwietnia, 2014 – El Bolson – jezioro Puelo – San Carlos de Bariloche

El Bolson – Lago Puelo

Coś musi być specjalnego w klimacie duchowym tej doliny. Tym razem przyśnił mi się Hrabal. Siedzieliśmy w knajpie nad piwem, on był nieco zasępiony. Rozmawialiśmy o poważnych sprawach, o lęku przed niebezpieczeństwem i lęku przed życiem. A także o dzieciach, co sprowadziło się do zwięzłej konkluzji: nie mieć ich – problem, mieć – czasem jeszcze większy problem.

Zaraz po śniadaniu wróciliśmy do naszego pokoju by się spakować.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Potem do apteki z naturalnymi środkami, po mosquetę i sauco.

108s

Pachniało tam lawendą, mięta, jakimiś ziołami. Na zewnątrz oszałamiające jesienne malunki,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

w tym gęsty od owoców tutejszy rodzaj jarzębiny, zwany sarbos

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

108z

i dojrzały orzech włoski.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W mieście ostre i klarowne powietrze,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

góry jaki zwykle w oparach i delikatnych mgłach.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

109b

Koło 11-tej pojechaliśmy nad jezioro Puelo, gdzie mieści się narodowy park Lago Puelo, o powierzchni 276 km². Do 1971 roku był częścią o wiele większego parku narodowego Los Alerces, lecz unikalny charakter miejsca wokół jeziora, spowodował utworzenie odrębnej jednostki. Co ciekawe okolica jest zaledwie około 200 metrów n.p.m. i na stosunkowo małym obszarze mamy trzy formacje krajobrazowo-przyrodnicze: las patagoński z florą typu Valdivian, step patagoński i region Wysokich Andów, które otaczają amfiteatralnie jezioro od południowego zachodu.

Las jest typową formacją z chilijskiej strony, gdzie rośnie na zachodnich stokach gór. Ponieważ jest lasem wilgotnym, zawiera drzewa wieczniezielone – cyprysy, buki lenga i coihue, wiązy i połacie leszczyny rosnącej w formie drzew. Mimo znacznego chłodu i opadów śniegu zimą, doskonale znoszą specyficzny mikroklimat parku. Z kolei latem temperatura osiąga nieraz 30°; w najniższych miejscach, nad brzegiem jeziora, potrafi dojść do 36° i wtedy woda ma 20 stopni. Dlatego tak popularne jest plażowanie i sporty wodne. Park odwiedza około 20 tysięcy osób rocznie. W lasach mieszkają pudu i huemule (pod ścisłą ochroną w Argentynie), czerwone lisy i pumy, przy rzekach i jeziorze także nutrie. Z ptaków głównie ibisy i drozdy, a także jeden gatunek wodnego ptaka, przypominający kanadyjskiego loona, zwany huala. W jeziorze żyją endemiczne gatunki ryb, głównie z rodziny galaksowatych (wielka galaxia – puyen grande) i okonie, oraz przywleczony tu pstrąg.

Cała okolica została wyrzeźbiona przez andyjski lodowiec, który pozostawił liczne rzeki i jeziora. Turkusowy kolor jeziora Puelo spowodowany jest sedymentem z górskich lodowców. Wpadają doń trzy rzeki: Turbio, Epuyen i Azul a wypływa zeń, pełna porohów, rzeka Puelo uchodząca do Pacyfiku.

Dojechaliśmy tam lokalną drogą, pomiędzy farmami i szeregami cabanii, w nadzwyczaj ciepłym, wręcz upalnym dniu.

109c

Niestety, z powodu mego zaziębienia, grzejące mocno słońce bardziej mnie męczyło niż koiło. Przejechaliśmy przez miasteczko Puelo docierając do wrót parku, gdzie pobrano od nas opłatę wstępu. Po zaparkowaniu udaliśmy się na małą przechadzkę, w towarzystwie dość licznej i nieco hałaśliwej gromady ludzi. Przeszliśmy się po kamiennym molu z przystanią,

109d

109e

znajdując tam tablice z objaśnieniami – nazwami okolicznych szczytów, gatunków rosnących tu drzew i zaznaczoną głębią 180 metrów na jeziorze. Pierwsi dotarli tutaj myśliwi-zbieracze, którzy żyli na stepie i polowali na guanako. W parku odnaleziono naskalne rysunki w pieczarach i na skałach, z reguły o geometrycznych kształtach i w jaskrawym, czerwonym kolorze. Podejrzewa się, iż były to oznaczenia ścieżek prowadzących przez las.

Kiedy zeszliśmy nad brzeg jeziora nieco nas zatkało. Przed nami roztaczał się fantastyczny widok skalnego amfiteatru. Na wprost góra Tres Picos, po lewej szczyty El Turbio i Vanguardia z zawieszonym lodowcem.

109f

109g

Po prawej pasmo wyznaczające granice chilijsko-argentyńską.

109h

Wokół jeziora jest wiele ścieżek prowadzących nad brzeg rzek i dalej, po stokach, w niektóre rejony gór.

109i

Poszliśmy kawałek w prawo, gdy nagle wylądował niedaleko nas jastrząb i pomaszerował wprost do wody.

109j

Najpierw się napił, potem zaczął się chlapać zażywając ochłody w upalnym dniu. Odleciał wprost w kierunku Chile,

109k

my natomiast powracając ku przystani natknęliśmy się na dwie czajki – treglos, które dostojnie kroczyły na swych szczudłowatych nogach i co pewien czas kiwały głową w przód, co sprawiało wrażenie jakby się kłaniały.

109l

Doszliśmy do przystani i wtedy po lewej stronie zauważyłem coś niezwykłego.

Najpierw obfite, niskie krzaki rosa mosqueta czyli tu rośnie moje lekarstwo. Po polsku zwie się różą piżmową.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Znalazłem o niej następujące dane na stronie: http://greenpharmacy.pl/pl/roza-pizmowa-krolowa-ogrodow-i-pielegnacji/

Rosa moschata. Jest to jeden z najlepszych składników kosmetycznych, bo róża piżmowa to esencja wszystkich róż. Zapach jej drobnych, kwitnących bujnie kwiatów jest określany jako intrygujący, tajemniczy i niezwykły. Zawiera w sobie nutę piżma z niewielkim dodatkiem wanilii, cytryny, a gdzieś w głębi również mirry.

To gatunek, który występuje dziko między innymi w Chile i Argentynie. Najlepsze rośliny pochodzą z południowego Chile, gdzie specyficzny wilgotny klimat andyjskich stoków i czyste środowisko dają niepowtarzalną jakość i skład olejku, a co za tym idzie najlepsze własciwości dla skóry. Rosehips oil był odkryciem XX wieku. Jest składnikiem ekskluzywnym i bardzo drogim, bo zbiory odbywają się w trudnych warunkach, a wydajność nasion jest niewielka.

Tłoczony na zimno posiada znakomite własności pielęgnacyjne dla skóry. Jego liczne emolienty poprawiają elastyczność i nawilżenie, dzięki czemu skóra jest gładka i delikatna. Rosehip seed oil to źródło wielonienasyconych kwasów tłuszczowych, korzystnych dla stanu skóry, bo uczestniczących w tworzeniu ceramidów. Olejek jest bogaty w witaminy A, C, B1 i B2, zawiera też witaminę E oraz beta-karoten, więc odżywia i regeneruje skórę.”

Uff, zamiast wyleczyć zaziębienie, podleczę skórę i będę jak model z pokazów. Różę piżmową do Ameryki Płd. sprowadzili ogrodnicy z Europy. Wymknęła się im i rośnie dziko. Do Europy dotarła z Azji. Podejrzewa się, iż jej początki zaczęły się na niższych stokach Himalajów. 

W głębi wysoka, splątana ściana dzikich jeżyn. Niezapomniany widok!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Obok kwiatów, owoce w jakrawoczerwonych kolorach, niektóre już dojrzałe – czarne. Podjadałem je prosto z ciernistych powoji. Pięły się po innych drzewach, płożyły po ziemi.

109o

Poszedłem kawałek w prawo i dotarłem do prześwitu. To co zobaczyłem w głębi niezmiernie mnie zdumiało. Przed soba miałem niezwykły las, niezwykły w kształtach i kolorach. Poprzez gałęzie lały się strugi słonecznego światła.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Natknąłem się na kolejną tablicę. Zoczyłem hiszpańskie słowa: ”Arabowie”, „Alhambra” „myrtus”, „Grenada”. Czyżby Hiszpanie przesadzili tutaj drzewa mirtowe, tę słynną mirrę? Lecz mirra jest przecież żywicą z balsamowca…

Sprawa wyjaśniła się później, po zgłębieniu wielu źródeł. Trudności i materii pomieszanie od samego początku. Zacznijmy od nazwy drzewa – lokalnie: patagua lub pitra, chilijska myrtla, z hiszpańskiego: arrayan, w języku Mapuche: Quetri. Jeszcze znalazłem nazwy: palo colorado (czerwony patyk) i temu. Nikt go nie przesadził z Hiszpanii, bowiem rośnie tutaj naturalnie, głównie w Andach, na pograniczu chilijsko-argentyńskim, pomiędzy 33 a 45 stopniem szerokości południowej. To drzewo z rzędu mirtowców (mamy ich 140 rodzajów), rosnące na wszystkich kontynentach w strefie tropikalnej. Następna zagwozdka – jaki tu tropik? Nawet nie strefa podzwrotnikowa. Największe zróżnicowanie tej rośliny występuje właśnie w Ameryce Południowej i w Australii. Ale to nie koniec nadzwyczajności tajemniczych wielce.

Mirtowiec chilijski rośnie metr co 30 lat, osiąga przeciętnie 10 -15 metrów wysokości, rzadko przekraczając 20. Niektóre zagajniki lub lasy tworzą drzewa w wieku od 300 do 500 lat. W parku Los Alerces, wzdłuż rzeki Arrayanes, niektóre mirtowce są 650 letnie. Pnie i przede wszystkim gałęzie są fantazyjnie poskręcane. Drzewa są wieczniezielone, często rosną kępami. Pnie mają gładką korę, w kolorach od szarości poprzez cynamon do jasnego brązu i pomarańczy. Kora w miarę wzrostu obłazi płatami. Kiedy dotknie się pnia jest bardzo chłodny, nawet w najgorętsze dni, bowiem ma właściwość absorbowania ciepła z promieni słonecznych. Korzenie wychodzą na powierzchnię i rozciągają się w różnych kierunkach, oplatając i wspinając się na inne drzewa. Gdy z nich wyrasta nowy mirtowiec, jest niemal klonem drzewa-matki.

Liście są pachnące i owalne, białe kwiaty pachną jeszcze mocniej. Jesienią tworzą się czarne lub granatowe owoce w formie jagód, które są jadalne. W obu krajach kwiaty są wysoko cenione w produkcji miodu. Owoce, kwiaty, liście i kora, mają leczniczne zastosowanie wśród Mapuczów. Ostatnio modnym się stało używanie arrayan jako drzewek bonsai i zasadzanie ich w ogrodach.

Wejście do tego zagajnika było wtopieniem się w tajemniczy świat. Dźwięk miał tutaj inną barwę, głosy ptaków w koronach drzew brzmiały wytłumione.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ze wszystkich stron przenikały światłocienie. Strugi słońca zdawały się ciąć bezszelestnie powietrze.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Inne też były głosy dobiegające z zewnątrz kręgu. Jak z innego, niepotrzebnie rozedrganego świata. Gorszego, co się za chwilę sprawdziło, gdy natknąłem się na śmieci. Kapsle od butelek, plastykowe torebki i torby, opakowania po cukierkach. Szlag mnie trafił i nastroszony poszedłem wprost do budki pracowników parku. Trzy młode osoby, dwie dziewczyny i chłopak. Jakoś się po angielsku dogadaliśmy. Było im głupio i równie głupio się tłumaczyli. Że w parku narodowym nie można ustawiać koszy, bo są zwierzęta, że uprasza się ludzi, itp., itd. Opowiedziałem im, jak rozwiązuje się ów problem w kanadyjskich parkach i rezerwatach przyrody. Obiecali przekazać moje uwagi do zarządu parku.

Lago Peulo – San Carlos de Bariloche

Wracając zajechaliśmy do jednej z licznych w okolicy lodziarni i pijalni czekolady.

109t

Oba produkty były znakomite, szczególnie gorąca czekolada. Przemknęliśmy przez Bolson i drogą 258,

109u

pokrywającą się z ruta 40, skierowaliśmy się na północ.

109w

Szosa prowadziła dnem doliny pomiędzy pasmami Andów, przy czym wyższe partie sytuowały się po lewej, zachodniej stronie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

109y

Pomiędzy wioskami El Foyel i Rio Villegas przekroczyliśmy dwie rzeki

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

i droga zaczęła wyraźnie się wznosić,

109z

w górskim regionie zwanym Canadon de la Mosca.

110b

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Minęliśmy spore jezioro Mascaradi,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

od którego prowadzi boczna droga ku okolicy zwanej Pampa Linda, gdzie są liczne szlaki piesze, w tym jeden prowadzący aż na szczyt – 3478 metrów – Tronador.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Minęliśmy jezioro Gutierrez

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

i za paręnaście minut dotarliśmy na przedmieścia Bariloche.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wjazd był nieco szokujący – wielkie wysypisko śmieci, ubogie, chaotycznie porozrzucane domy, zapylone, bo wiatr podnosił z poboczy kłęby kurzu. W oddali ukazało się główne jezioro Nahuel Huapi, nad którym leży miasto.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Skręciliśmy w 258, ruta 40 poszła w prawo, skierowaliśmy się do centrum,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

przejeżdżając następnie bulwarem nad jeziorem, drogą 237.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Po drugiej stronie miasta ponownie łączy się ona z Czterdziestką. Zatrzymaliśmy się w centrum, które z kolei było tak wypindrzone, że aż raziło.

110o

Tak jakby przeniesiono luksusowe sklepy z Buenos i wrzucono w wypoczynkową miejscowość. Zaczęliśmy rozglądać się za noclegiem, lecz najpierw postanowiliśmy coś zjeść. Natrafiliśmy na małą i raczej pustawą, narożną restaurację. Zupa jarzynowa była całkiem dobra, smaczny gulasz był z rewelacyjnymi wręcz kluseczkami.

Potem poruszanie się w siatce ulic, ze zmiennymi kierunkami jazdy, co typowe dla miast południowo-amerykańskich. Można się nieźle zagubić i zaplątać. Kręciliśmy się po centrum skąpani w przepięknym zachodzie słońca, spozierając to tu, to tam, ale za każdym razem coś nie podobało się albo mnie, albo Sewerynowi. Kiedy zoczyłem hotel z nazwą Grand Hotel, postanowiłem tam zanocować. Bo do tej nazwy mam sentyment, w każdym miejscu na świecie, z powodu sopockiego Grand Hotelu. Niestety, porażka. Po pierwsze portier był nieco zdegustowany mym wyglądem łazika, a nie uładzonego dżentelmena nabitego pieniędzmi. Na standardy argentyńskie było drogo i na twarzy recepcjonisty wykwitło źle maskowane zdegustowanie i niedowierzanie. Ubogiego gringo stać na taki hotel! Jego reakcja z kolei mnie poirytowała i powiedziałem stanowczo, iż pokój biorę i posunąłem się do złośliwości stwierdzając, że mam nadzieję, iż mają tu sprawnie działający internet. Niestety inna rzecz rozłożyła mnie zupełnie – nie mieli parkingu. Mieliśmy szukać go na ulicy, gdzie graniczyło to z cudem. Odwróciłem się na pięcie i gniewnie opuściłem hotel. Już wiedziałem, że wylądowałem w mieście szpanerów, co się potem czasami potwierdzało w wyglądzie ludzi, ich zachowaniu – przerost formy nad treścią, a nawet noszeniu się wyniośle, po pańsku.

Wjechaliśmy w ulice Los Pioneros, zahaczając o równoległe do niej uliczki o swoistych nazwach: Austria, Niemcy, Szwajcaria, Francja. Zapadł już zmrok, poprosiłem Seweryna, aby gdzieś stanął i zacząłem wertować mój przewodnik patagoński. Znalazłem hosterię „Güemes”, przy leżącej niedaleko ulicy o tej samej nazwie. Seweryn znów wpadł w minorowy nastrój i burknął „Będzie jak z tym miejscem w Futaleufu”. Na szczęście okazało się, iż hosteria istnieje, jest ładnie położona na wzniesieniu, czysta i z obszernym, ze smakiem urządzonym, salonem-jadalnią z paleniskiem na środku. I najważniejsze – ma młodego, miłego gospodarza, Martina – dobrze mówiącego po angielsku.

Wieczorem wybraliśmy się na przejażdżkę po Bariloche. Za dwa tygodnie Wielkanoc i w sklepach, kawiarniach, restauracjach, już można było wyczuć atmosferę przygotowań.

110q

Miasto ma charakter alpejski, okolic Bawarii lub Austrii. Objechaliśmy znów główne ulice, zrobiłem zdjęcie Grand Hotelu i paru innych miejsc.

110p

Wiele sklepów z czekoladowymi łakociami, bo Bariloche uznawane jest z argentyńską stolicę czekolady.

110r

Jeden nosi przedziwną nazwę – Mamuschka. Wyjaśniono mi, że sieć takich sklepów założyli Argentyńczycy niemieckiego pochodzenia, w lipcu 1989 roku. Nazwa jest zniekształconym rosyjskim słowem Matrioszka, czyli znana lalka w lalce.

110s

Firma reklamuje się, że poprzez słodycze dostarcza dwa uczucia, schowane jedno w drugim – miłość i przyjaźń. Czekoladowy najazd zaczął się w latach 40-tych XX wieku, wraz z przybyciem europejskich emigrantów. Jedna z dwóch głównych, reprezentacyjnych ulic – Mitre, to tor z pokusami, bo w wielu miejscach ofiarują darmowe próbki słodyczy. Zalegliśmy na niemal godzinę przy kawie i serniku, w jednej z narożnych kawiarni.

Pod koniec spaceru udaliśmy się na miejski plac, zwany El Centro Civico, który jest rynkiem w alpejskim stylu.

110t

Plac i budynki wokół – drewno i kamień – są iluminowane i wzbudziły we mnie mieszane uczucia.

110u

Jakoś mi to nie pasowało do Andów i ogólnie czułem się tu dziwnie i nieswojo. Szarpiące mnie zaziębienie dodatkowo psuło nastrój.

110w

Na prawej stronie placu odkryłem wymalowane białe chusty, obok imiona i daty. Nazwiska osób, które zginęły lub zniknęły z Bariloche, za czasów junty generała Videli, zmarłego w więzieniu rok temu. Seweryn przypomniał sobie, że takim symbolem – białą chustą – posługuje się organizacja Matek Zaginionych.

110x

Był wstrząśnięty, nie mieściło mu się w głowie, że tutaj, w sercu Patagonii, w tak pięknym krajobrazie, mogło dochodzić do tak wielkich nieprawości, do politycznie usankcjonowanych morderstw.

Gdy dojeżdżaliśmy do hosterii zrobiło się bardzo chłodno i wietrznie.

110y

W jadalni znalazłem wielki pojemnik z rosą mosquetą. Martin powiedział mi żebym brał ile chcę i robił napar, co mi na pewno pomoże. Wszedłem na Internet i szukałem stron o Bariloche. Najpierw zajrzałem co się dzieje na Ukrainie i od razu natknąłem się na wypowiedź antypatycznego cynika – Ławrowa, który oświadczył, iż Ukraina musi dokonać rzeczywistej reformy konstytucji. No tak, dyktowanie niepodległemu państwu co i jak ma robić. Nie, co musi robić. To się szybko nie zakończy, zawsze znajdą jakieś preteksty.

Wróciłem do Bariloche i znalazłem innego rodzaju „rodzynek”. Miasto i jego okolice były po 1946 roku schronieniem dla nazistów, którzy bez przeszkód miękko się wpasowali w tutejsze środowisko argentyńskich Niemców. Jeden z nich, SS Hauptsturmführer Erich Priebke, przez wiele lat był dyrektorem znanej, miejscowej niemieckiej szkoły i wiceprezydentem Niemiecko-Argentyńskiego Stowarzyszenia Kulturalnego, a także później prezydentem Związku Niemieckiego. W 1995 roku został zdemaskowany i deportowany do Italii, gdzie otrzymał wyrok dożywocia, za masakrę w 1944 roku 335 cywilów, w jaskiniach Ardeatine. Zmarł w więzieniu w Rzymie, w październiku 2013 roku. Gdy się dalej zagłębiłem w materiały, znalazłem znane światu nazwiska zbrodniarzy. Przebywał tu krótko doktór Mengele, gdy uciekł z Buenos Aires, po porwaniu Eichmana przez agentów Mossadu. Chodziły słuchy, że ukrywał się tutaj, w hacjendzie pod miastem, do końca lat 60-tych, Hitler z Ewą Braun i ten fakt stał za intensywnym rozwojem budowy domków letniskowych w okolicy. W 2004 roku argentyński autor Abel Basti twierdził, że Hitler zainscenizował swoje samobójstwo i zwiał z Braun do Argentyny, żyjąc niedaleko Bariloche. Potem, z podobną teorią wystąpili brytyjscy autorzy, Dunstan i Williams. Większość historyków umieszcza te rewelacje po stronie spiskowych teorii i legend. Natomiast faktem jest, iż przez wiele lat, prawdopodobnie do chwili obecnej, pewna część środowiska niemieckiego w Bariloche, obchodzi uroczyście, w dniu 20 kwietnia, urodziny Hitlera (podobno taka feta odbywa się też w Buenos Aires). Do momentu zdemaskowania Priebke’go, zbytnio się z tym nie krępowano i uroczystość obchodzono w jednej z hotelowych restauracji, w centrum miasta. Teraz odbywa się gdzieś w ukryciu, na estancji i wiedzą o tym tylko wtajemniczeni.

Kolejnym faktem jest organizowanie wycieczek śladami posiadłości nazistów w Bariloche, czyli hitlerowcy stali się swoistą atrakcją turystyczną. Ponoć część ludzi twierdzi, że Priebke swoją pracą na rzecz społeczności lokalnej odpokutował stare winy. Inni mówią, że już dawno naziści wymarli, że to historia, że trzeba skupiać się na dzisiejszych problemach. Słusznie, czy jednak nie należy w tym samym czasie rozliczyć się z obciążeniami przeszłości, tym bardziej, gdy jest wciąż ukradkiem celebrowana? W mieście nigdy nie zorganizowano konferencji na ten temat, zamieciono wszystko pod dywan. Takie postępowanie i podejście do spraw zbrodni nie panuje tylko w Argentynie. Mamy liczne przykłady bezkarności, uniknięcia odpowiedzialności, bezczelnego wybielania, zasłaniania się z  racji czy to wojskowych rozkazów, czy wszechwładnych praw państwowych lub narodowych potrzeb.

Nieszczęściem współczesności jest niezorganizowanie, chociaż symbolicznego, procesu norymberskiego dla zbrodni komunizmu. A oni bezczelnie wzięli udział w pracach alianckiej komisji w Norymberdze, obarczając nazistów zbrodnią katyńską. Co się z nami stało i co się z nami dzieje? Jaki sygnał pozostawiamy dla następnych pokoleń? Może to podejście jest przyczyną cichej zgody na dzisiejszą destabilizację Ukrainy, Syrii, Iraku i wielu innych miejsc. Zastanawiałem się także, czy moje początkowe uprzedzenie było podyktowane intuicją, czy też zostało teraz wzmocnione, po odkryciu przeszłości, rzucającej wciąż ponury cień na atmosferę miasta.