24 lutego, 2014 – Przejście Drake’a i Szetlandy Południowe

Noc rozkołysana, lecz przeżyłem ją spokojnie. Wykańcza mnie zapach mazutu. Jeden z mechaników pocieszył mnie, że niedługo nie będzie tak intensywny. Nadto się przyzwyczaję. Nie mogłem niestety przyzwyczaić się do miejsca w jadalni i postanowiłem zjeść śniadanie w salonie, na rufie. Pomysł okazał się fortunny.

Po śniadaniu w pogodnym nastroju wyszedłem na pokład i zrobiłem parę zdjęć oceanu. Zdumiała mnie niezwykła szybkość zmian koloru wody, zależna od sytuacji na niebie. Oto owe zmiany w obiektywie Olympusa, zdjęte w przeciągu ośmiu minut!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Obszedłem pokład,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

dochodząc od dziobu

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

do rufy, gdzie zgrupowano zodiaki

8

i wróciłem do środka. Na korytarzu, prowadzącym do salki bibliotecznej, znalazłem informacje o naszych przewodnikach umieszczone, wraz z ich zdjęciem, za szkłem w ramce.

Szef przewodników – naukowców naszej ekspedycji, Sebastian Arrebola, ukończył studia turystyczne w Buenos Aires, po których przez rok trenował wspinaczkę w argentyńskich Andach. Potem osiadł w Ushuaia, gdzie stał się przewodnikiem (wolnym strzelcem) po Tierra del Fuego, pracując dla różnych organizacji turystycznych. Odbył szereg morskich rejsów zajmując się obserwacjami kolonii zwierząt na krańcach Ameryki Południowej, a także żeglował w wielu miejscach świata, między innymi opływając przylądek Horn i penetrując Morze Śródziemne. Od roku 2002 spędził dwa lata w Anglii na treningach przygotowujących go do przetrwania na morzu, włącznie z kursem radiooperatora i pierwszej pomocy. Ostatecznie wyspecjalizował się w turystyce polarnej i zagadnieniach ekologicznych. Poza rejsami na wodach Antarktydy odbył rejsy w kanadyjskiej Arktyce, gdzie przepłynął słynne Przejście Północno-Zachodnie. Jest ponadto wykładowcą w dziedzinie geografii, biologii i historii Antarktydy oraz operatorem zodiaka. Wydał książkę o Antarktydzie. Od 2005 jest asystentem szefa lub szefem ekspedycji na „Ushuai”.

Biolożka, Maria Constanza Marchesi, zwana Katą, pochodzi z Mar del Plata i od najmłodszych lat była zafascynowana morzem, za sprawą książek i opowieści Jacques Cousteau. W 2002 roku rozpoczęła studia biologiczne i w pięć lat później specjalizowała się w dziedzinie ssaków morskich. Obecnie mieszka w Ushuai, gdzie jest nauczycielką specjalnego programu dla dzieci (od kwietnia do listopada), kontynuując swoje studia biologiczne i przygotowując doktorat na temat zachowań orek antarktycznych. Od 2012 roku jest członkinią ekspedycji na „Ushuai”.

Alejandro Fazzio Welf, zwany Alexem, dzieli swój czas pomiędzy dwa miejsca – Ushuaię i Barcelonę. Ukończył studia turystyczne i ma przeszło 20 lat doświadczeń w różnych dziedzinach turystyki. W latach 1990-1997 był przewodnikiem w różnych miejscach Argentyny, a także Brazylii, Chile, Paragwaju i Urugwaju. Od 1999 roku pracuje dorywczo, jako przewodnik w Narodowym Parku Tierra del Fuego. Jego pasja do natury zawiodła go aż do Południowej Afryki, gdzie prowadził grupy safari w parkach narodowych, od 2004 do 2009 roku. Po tych doświadczeniach kolejną pasją stało się fotografowanie natury. Alejandro intensywnie podróżował po Europie, gdzie pracował m.in. w krajach Bałtyckich. W 2010 odbył samotną podróż dookoła świata, w rok później dołączył do grupy przewodników na „Ushuai”. Dodatkowe pasje, tego zaiste wszędobylskiego człowieka, to podróże, trekking w górach, snowboarding i stałe uzupełnianie swojej wiedzy na temat historii danego kraju, oraz flory i fauny.

Valeria Otero Faus z Buenos Aires była turystyczną przewodniczką. W roku 2007 wylądowała w El Calafate (byłem tam w roku 2011 i zamierzam być tam ponownie w tym roku), gdzie połączyła pasję turystyczną z ochroną środowiska. Dodatkowo zainteresowała się podróżami rowerowymi i po powrocie do Buenos Aires była przewodniczką rowerową po mieście. W 2009 przygnało ją do Ushuai, gdzie stała się przewodniczką morskich ekspedycji poprzez kanał Beagle. Te ostatnie doświadczenia, wzbudziły w niej jeszcze większe zainteresowanie zagadnieniami ochrony środowiska i skłoniły ją z kolei do penetracji Antarktyki. W 2012 dołączyła do ekspedycji na „Ushuai”. Jej inne pasje to fotografia, muzyka i taniec, głównie tango milonga.

Pablo Petracci studiował zoologię w La Plata, specjalizując się w ekologii morza i wód lądowych oraz ochronie migracji ptaków. W 2003 roku był głównym koordynatorem specjalnego programu ochrony migracji ptaków w argentyńskim oddziale WWF (Światowego Funduszu Dzikiej Przyrody). Jest obecnie konsultantem w argentyńskim Sekretariacie Ochrony Środowiska. W latach 2002 i 2004 pracował na Alasce dla Urzędu Geologicznego i Biura Parków Narodowych w USA. W tamtym czasie dokonywał dodatkowych studiów nad migracją ptaków w Arktyce, dla potrzeb kanadyjskiego Królewskiego Ontaryjskiego Muzeum w Toronto.

Przez 10 lat był asystentem zoologii na uczelni w La Plata i koordynował krajowe projekty nad migracją ptaków i ochroną zagrożonych gatunków. Od 2011 jest przewodnikiem ornitologicznym i historii naturalnej dla grup w Boliwii, Brazylii, Chile i argentyńskiej Patagonii. Opublikował przeszło 40 artykułów naukowych w czasopismach specjalistycznych, krajowych i międzynarodowych oraz wydał pięć książek. Brał udział w wielu kursach i konferencjach naukowych. Pasje: fotografowanie natury, żeglarstwo i kajakarstwo (spenetrował kajakiem wiele patagońskich jezior i rzek). Od roku 2007 udziela się w antarktycznych ekspedycjach „Ushuai”.

Ostatnią w galerii jest Niemka, Natasha Mier, nauczycielka matematyki i biologii w Bremie. Studia ukończyła na uniwersytecie w Hamburgu, w roku 2011. Od najmłodszych lat żeglowała po Bałtyku, lecz już jako studentka biologii była zafascynowana rejonami antarktycznymi i marzyła o dotarciu na siódmy kontynent. Marzenie ziściło się po raz pierwszy w roku 2011 i uczestnictwo w grupie przewodników na „Ushuai”, jest bodajże jej drugą podróżą na Antarktydę.

Poszedłem na herbatę do salonu i tam odbyłem dość długą konwersację z Andreasem. Rozmowę przerwał nam okrzyk “Orki! Orki!”, więc porwaliśmy aparaty i na pokład. Orki, podobnie jak pływające foki i pingwiny, przemieszczały się z niezwykłą szybkością. Wymęczony morską chorobą nie miałem nadto dobrego refleksu. Wynik – zero dobrych ujęć, zdjęcia skasowałem. Gdy zbliżaliśmy się do Szetlandów Południowych zauważyliśmy w oddali pierwsze wieloryby.

Lunch zjadłem ponownie w salonie i poczułem się o wiele lepiej. Po nim godzinna sjesta i po niej udałem się na pokład, tym razem z Canonem. Nikon i Olympus pozostały w kabinie. Ocean zszarzał. Przechyły trwały dalej i nagle zauważyłem pierwszy płat lodu.

9

Potem błyskawicznie, z wystawioną nad wodę płetwą grzbietową, przemknęła orka.

10

Ocean zamglił się znacznie i niewyraźnie ukazała się spora góra lodowa.

11

Za chwilę następne, znacznie lepiej widoczne.

12

13

Koło burty przemknęła wielka mewa zwiastująca bliskość lądu.

14

I rzeczywiście, za parę minut z mglistej zawiesiny wychynęły kontury wysp należących do archipelagu Południowych Szetlandów.

15

16

Archipelag zawiera 11 większych wysp (największe Króla Jerzego i Livingston) i kilka mniejszych. Mają w sumie przeszło 3 600 km² powierzchni i prawie 90% z nich pokrytych jest stałymi lodowcami. Rozciągają się równolegle do Półwyspu Antarktycznego, na przestrzeni 450 kilometrów. Na krańcach północno-wschodnich lokują się dwie wyspy: Elephant (Słoniowa – z racji gatunku fok słoniowatych) i Clarence, na której wznosi się najwyższy szczyt Szetlandów Góra Irvinga (2300 m n.p.m.). Kraniec południowo-zachodni tworzą także dwie wyspy: Smith’a i Low (Dolna).

Ocean się znów rozhulał i rozkołysał statek na wodzie.

17

18

Jakieś majaki wysepek w oddali,

19

20

lecz wiatr niekiedy rozwiewał mgłę i odsłaniał mini archipelag Aitcho, nazywany czasem grupą Aitcho.

21

22

23

24

Zawiera osiem małych wysp i podwodne skały. Leżą na wprost cieśniny Angielskiej i są wolne od lodu. Dlatego, tak jak na wielu innych wyspach Szetlandów Południowych, krzewi się tutaj roślinność tundrowa: mchy, porosty i algi.

Stanęliśmy na wprost wyspy Barrientos.

25

Od wody ciągnął zimny i wilgotny chłód. Podano komunikat o odprawie przed pierwszym lądowaniem. Przebieranie się w kabinie, założenie gumowców i kamizelki ratunkowej, zapakowanie do plecaka aparatów, plecak do plastykowej torby z zamkiem błyskawicznym i na pokład. Z rekonesansu powraca jeden z marynarzy

26

i za chwilę pierwsze zodiaki już są na wodzie.

27

Schodzimy po trapie w dół do naszego i pędzimy do brzegu Barrientos.

28

Zodiak jest bardzo sprawny, łatwy w manewrach i prowadzony pewną ręką marynarza. Za chwilę lądowanie i po raz pierwszy postawiłem stopę w Antarktyce. Piąty kontynent w mym życiu. Do „zdobycia” pozostała Azja i Australia.

Na brzegu wylegiwała się foka słoniowa (elephant seal),

29

na stoku tkwiło stado pingwinów białobrewych (gentoo).

30

W oddali widziałem pasażerów wspinających się ku innej kolonii pingwinów.

31

Przy zodiakach stała Kata Marchesi i robiła zdjęcia.

32

Pingwiny dreptały pospiesznie we wszystkie strony.

33

34

 Bez obaw przechodziły blisko nas, tym bardziej, że to my mieliśmy im zawsze schodzić z drogi. W pewnej chwili natknąłem się na ich kamienne gniazdo.

35

Znoszą kamienie z okolicy trzymając je w dziobie i układają w spory krąg. Potem pokazały się pingwiny maskowe (stripe).

36

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Setki pingwinów stały na wielkich stokach, miejscami pokrytych zielonkawym mchem.

38

39

Przysiadłem na kamieniu i przyglądałem się niecodziennym widokom. A było na co patrzeć… Niektóre osobniki podchodziły całkiem blisko.

40

Para białobrewych miała takie miny jakby wymieniała uwagi na temat turystów.

41

Odbywały się gonitwy, gwałtowne dialogi połączone z domaganiem się jedzenia

42

i karmieniem

43

44

45

46

i ponowną prośbą o karmienie.

47

48

Co chwila rozbrzmiewały pokrzykiwania i trwały dostojne wędrówki, poprzez zabłocone i cuchnące odchodami terytorium wielkiej kolonii. Czasem można było natrafić na spokojną młodzież

49

lub młodziana, który się akurat pierzył, czyli zmieniał pokrywę piór, wchodząc w dorosłe życie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Podchodziliśmy na wysoki i śliski stok w przenikliwym wietrze i temperaturze jednego stopnia. Z góry, dobrze widoczne były setki pingwinów na innym brzegu wyspy,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

nasz statek z dobijającymi doń zodiakami

52

i inny zodiak, płynący akurat po naszą grupę.

53

Pierwsza myśl – jak ludzie tu wytrzymywali w XIX wieku, ba, zimowali lub wędrowali po utracie statku? Jaki musieli mieć hart ducha i determinację. Pustka wody, skał i nieba, wszystko smagane wiatrem i falami, kraina przedziwnych zwierząt, bezdrzewna, bez roślin, jeno mchy i porosty. I śnieg pod różnymi postaciami. Z deszczem – najbardziej nieprzyjemny, gęsty, wręcz o zawiesistych płatkach. Zmrożony, kłujący igiełkami lodu. W formie brył lodu i nacieków na skałach. Wielkie bariery lodowe, lodowce spływające z gór i cielące się lodowe góry. Szalony taniec wiatrów, jakże często wiejących niemal nieustannie wokół Antarktydy, bo oceany w tej strefie nie napotykają przez setki kilometrów żadnych barier – lądów, a przede wszystkim gór.

Wracając, przeszedłem koło tej samej foki słoniowej – dalej wypoczywała.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Z zodiaka ostatnie zdjęcie Barrientos, ze stojącymi na skałach mieszkańcami tej wyspy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zerwał się wiatr i gdy wracaliśmy poczułem, iż za lekko się ubrałem od góry. Przemarzłem.

Na pokładzie rozgrzałem się gorącą czekoladą, wziąłem także ciepły prysznic. Wycieczka jednak dobrze na mnie podziałała. Obiad zjadłem wreszcie w jadalni, dzieląc stół, między innymi z dwoma Argentyńczykami.

Doktor Norberto Muller z Buenos Aires, emerytowany naukowiec, błyskotliwy i o wielkiej wiedzy, dobry gawędziarz, pracował także w agendzie ONZ. Z jej ramienia przebywał parę tygodni w Polsce i parę miesięcy w Rosji, w czasach komuny. Jego przyjaciel w średnim wieku, Ricardo, z dużym poczuciem humoru i latynoskim temperamentem, jest nauczycielem biologii w liceum. Łamanym angielskim zgadał się ze mną na temat blasków i cieni zawodu nauczyciela w liceum, wśród tzw. hormonków. Lecz podobnie jak ja, widzi więcej blasków tego zawodu niż cieni. Ja szczególnie, bo uczę w liceum tylko dla dziewcząt, które nazywam wdzieczątkami. Większość ma niestety fatalne dziury w wykształceniu geograficznym, włącznie z nieumiejętnością rozróżniania kierunków świata, co tym bardziej żałosne, bo Toronto na kierunku południowym ma niezmiennie jezioro Ontario. Señor Ricardo jest nadto świetnym biologiem i już w czasie pierwszego lądowania wykrył pod kamieniem jakiegoś robaka. Życie ma niesamowitą zdolność do…. życia.

Gdy przepłynęliśmy wąski, Angielski kanał, pomiędzy szetlandzkimi wyspami Robert i Greenwich i wpłynęliśmy na wody cieśniny Bransfield’a, kołysanie wyraźnie zmalało. Cieśnina jest znana także pod nazwą podmorskiej rynny Bransfield i ma około 400 km długości. Powstał tu tzw. ryft, utworzony na skutek procesów tektonicznych około 4 milionów lat temu. Jest dalej aktywny i dlatego występują trzęsienia ziemi i wulkanizm oraz powulkaniczne, podwodne morskie góry, często pojedyncze. Nie tylko one są niebezpieczne dla żeglugi, lecz głównie góry lodowe. W listopadzie 2007 roku wycieczkowiec m/s „Explorer” zderzył się z górą lodową i zatonął. Na szczęście nikt nie odniósł obrażeń i zdołano uratować wszystkich, 154 pasażerów.

Ryft ma do dwóch kilometrów głębokości. Przy wyspie Low rozciąga się wielka powierzchniowo mielizna (1021 km²) i cały ten akwen stał się Specjalnym Obszarem Chronionym Antarktyki (Antarctic Specially Protected Area – ASPA 152), gdzie żyją unikalne gatunki ryb (czarny dorsz skalny i czarno-płetwa ryba lodowa) i odbywa się tarło wielu innych gatunków.