23 lutego, 2014 – Przejście Drake’a

Dzień przed naszym wypłynięciem przyszedł sztorm. Płyniemy w jego końcowych porywach. Teraz wiem co to jest strefa sześćdziesiątek, najgroźniejszy, obok ryczących czterdziestek, akwen oceanu światowego. Najpierw była poranna ekwilibrystyka, aby zleźć z górnej koi i nie polecieć do tyłu na stolik, a potem nie runąć do przodu i wyrżnąć w nią czołem.

1

Na stoliku spokojnie leżał komputer, na fenomenalnej podkładce z jakiegoś materiału, który wszystko trzymał w miejscu, przy największych przechyłach. Włącznie z butelką whisky zakupioną głównie jako lekarstwo – na przechyły i przemarznięcia. Za bulajem pastwił się nad nami rozbełtany ocean, zwany przez niektórych Południowym.

2

Zastosowałem starą, marynarską zasadę szeroko rozstawionych nóg, ogoliłem się i umyłem zęby, trzymając się jedną ręką wieszaka na ręczniki. Wzięcie prysznica też balansowało na granicy nieustannego łapania równowagi, dopóki nie wyuczyłem się odpowiednich chwytów i zaparć. Z użyciem wspólnego prysznica i toalety, wiązał się każdorazowy ceremoniał zamykania na zatrzask drzwi do kabiny sąsiadów i swoich drzwi na haczyk, następnie otworzenia drzwi sąsiadów, aby ich nie odciąć od cennego źródła ulg różnego rodzaju i zamknięcia naszych od zewnątrz.

Na pokładzie znalazłem się koło siódmej rano, aby jak najdalej od naszej lokalizacji, bowiem odrzucał mnie smród mazutu. Temperatura plus jeden, szybko płyniemy – 12 węzłów. Dwa silniki o mocy 1600 KM każdy, poruszały niemal trzema tysiącami ton statku, o długości 85 metrów i 16 szerokości. Załoga 38 osób, mamy komplet pasażerów – 84 osoby. “Ushuaia”, pod tanią banderą Komorów, ma pięć pokładów z panoramicznym pokładem obserwacyjnym, jadalnię i salon z barem, pokój wykładowy, bibliotekę z książkami, głównie o tematyce polarnej, mały sklepik z pamiątkami, przebieralnię i siedem zodiaków (każdy na 12 osób). Statek był budowany dla National Geographic, następnie odkupiony i przebudowany dla potrzeb turystycznych. Jako ciekawostkę podano nam, iż pod dziobem znajdowała się podwodna, szklana kabina obserwacyjna, obecnie obudowana i wzmocniona przeciw lodom. Wybrałem “Ushuaia” z dwóch względów – przekroczenia koła polarnego i charakteru ekspedycji, Nie wycieczkowiec–kombajn na paręset osób, gdzie się nieraz pije, tańcuje i romansuje mając przyrodę jeno za tło.

Pierwszy spektakl wody i nieba był całkiem udany.

3

4

Czasami pokazywał się niebieski prześwit w rozpiętej szarości nieba, nad stalowym kolorem wody upstrzonym białymi grzywami fal.

5

Poszedłem do jadalni, łapiąc równowagę na stromym podejściu schodów. Wszędzie wzdłuż ścian biegły poręcze, nie tylko na schodach. W drzwiach przywitał mnie sympatyczny, młody chłopak – Sebastian, a potem, w głębi długiego pomieszczenia przedzielonego na dwie części, z przyśrubowanymi stołami i obrotowymi krzesłami, powitała mnie uśmiechnięta dziewczyna – Weronika. Przypadło mi miejsce w części jadalni położonej bliżej dziobu i to okazało się tego dnia nieszczęściem, bowiem na dziobie zawsze mocniej odczuwa się skutki kołysania.

Tutaj wszyscy uczyli się poruszać z talerzami i szklankami w rękach, w pochyleniu kontrującym przechył tak, aby po mniejszych czy większych zygzakach, dotrzeć do swego stolika na osób sześć. Po drodze wspomagały nas czasem pomocne dłonie już siedzących szczęśliwców, którzy jednocześnie przyglądali się nam uważnie i czynili generalny przegląd naszej osoby, niekiedy obdarzając nas uśmiechem. Tak zawsze wyglądają pierwsze godziny i dni nowej gromady ludzkiej, całkowicie sobie obcej. I w zależności od charakteru narodowego (oj, istnieje taki, istnieje), indywidualnej pogodności ducha i przebiegu dni kolejnych, zaczynają się tworzyć sympatie i mini zbiorowiska, które w sposób oczywisty wykazują skłonności narodowościowe – Argentyńczycy razem, Niemcy razem, Amerykanie razem, itd., by po paru dniach rozpocząć wzajemne przenikanie, w poprzek podziałów narodowych czy nawet językowych (z głównym użyciem lingua anglica i w mniejszym zakresie, lingua espanola). A także wytwarzają się starannie kamuflowane antypatie, bo jednak każdy chce zachować raczej miłe wspomnienia z rejsu.

Moje rozmyślania w jadalni, przy spożywaniu miski owoców, na temat ludzkich zachowań, przerwał nagły bunt żołądka i w sposób raczej gwałtowny udałem się do wyjścia, poczem biegiem do mej kabiny i toalety. Zapadłem na morską chorobę spotęgowaną zapachem przeklętego mazutu, akurat koło naszej kabiny. Ległem znów na koi i przespałem się parę godzin. Przed lunchem wyległem na pokład. Była piękna pogoda, przespacerowałem parę minut po pokładzie,

6

zajrzałem do salonu,

7

gdzie znalazłem wyrysowany plan naszej podróży na jutro

8

i zszedłem na lunch. Tym razem wystarczył mi zapach dobiegający w połowie schodów do jadalni. W tył zwrot i znów biegiem do toalety. Okazało się potem, iż nie stawiła się także połowa pasażerów. Zaaplikowałem sobie głodówkę, a wytrawny szczur lądowy, Seweryn, który pierwszy raz w życiu był na morskim statku (znał jeno dłubankę na Dunajcu i być może jakiś kajak na jeziorze), pochłaniał z zadowoleniem wielkie ilości jedzenia i rozglądał się po kobietach.

Po południu w salonie robiłem notatki w dzienniku podróży. Salon po obu stronach miał rząd słupów, które pomagały w poruszaniu się podczas największych przechyłów. Czasem człowiek posuwał się zygzakiem i skokami od jednego słupa do drugiego. Gdy potem wyszedłem na pokład, natrafiłem na wspaniałego albatrosa, który prawym skrzydłem muskał wierzchołki fal, szybując w dolinach rozkołysanej wody. Nie miałem ze sobą aparatu, bowiem tego dnia byłem głównie skupiony na przetrwaniu.

Ocean Południowy. Styk trzech olbrzymów: Pacyfiku, Atlantyku i Indyjskiego.

9

Żadnych znaków, wydeptanych tropów, jak na lądzie. Na wodzie zostaje tylko ślad za ruchem statku i znika. Podobnie jak plama ropy czy szczątki po katastrofie. Tam, w głębi, panuje wielka cisza, w której zastyga się na iluzoryczną wieczność. Iluzoryczną, bo w geologii czy oceanografii wie się, iż w tej ciszy odbywa się nieustanna dynamika dziania się, zmian, przekształceń. Także biologiczny dramat walki o żer lub przetrwanie.

Przez te wody płynął kapitan Cook w XVIII wieku. W jego ekspedycji dookoła świat dwóch Gdańszczan – Forsterowie, ojciec i syn. Życie i działalność syna, Jerzego Forstera, była tematem mojej pracy magisterskiej z geografii. Książka Jerzego, o wyprawie z Cookiem dookoła świata, stała się bestsellerem w ówczesnej Europie.

Dopiero teraz mogłem pojąć odwagę żeglarzy opływających przylądek Horn.

10-cape-horn

Z Internetu

Horn, kolejne moje marzenie – zobaczyć z bliska, może i nawet dobić do wyspy na której się mieści. Nic z tego, argentyński statek nie podpłynie do przylądka, który jest w posiadaniu Chile. Opłynięcie Horn, szczególnie pod żaglami, to był i jest wyczyn. W nieustannym wietrze, w niskiej temperaturze, w błyskawicznie zmiennej pogodzie. Na zwariowanej karuzeli fal. Niektórzy dokonali tego samotnie.

Tym, którzy tu zginęli, poświęcony jest wiersz chilijskiej poetki (tłumaczenie własne z angielskiego) Sary Vial, napisany w 1992 roku.

Albatros

Jestem albatrosem oczekującym cię

na krańcu świata.

Jestem zapomnianymi duszami zmarłych marynarzy

którzy opłynęli przylądek Horn,

zdążając tu z każdego oceanu.

Lecz przecież nie zginęli

w tych burzliwych falach.

Żeglują dziś na moich skrzydłach

ku wieczności,

w ostatnim gwałtownym porywie

Antarktycznych wiatrów.

Ponieważ Antarktyda jest gdzieś tam schowana pod brzuchem Ziemi, nie zaprząta zbytnio naszej uwagi. Lecz w miarę poznawania powoli zaczynał kształtować się obraz jej ważności dla, na przykład, całego klimatu Ziemi – ruchu prądów morskich, wiatrów, ośrodków ciśnienia. Nad lodowym polem zawsze zalega wyż. Wokół Antarktydy, na oceanie, tworzą się ośrodki niżowe. Wiatr z reguły wieje od wyżu do niżu i dlatego wokół siódmego kontynentu panują nieustanne wiatry. Panują to źle powiedziane – szaleją jest w tym przypadku słowem właściwszym. Bo owe wiatry nie napotykają po drodze żadnych przeszkód lądowych a wirowanie Ziemi odchyla je w kierunku obrotu. Dlatego jakby nakładają się na siebie i niemal cały rok gnają opętańczo wokół wybrzeży kontynentu.

Antarktyda jest gigantycznym rezerwuarem lodu (90% światowego lodu) i wody słodkiej (70% ziemskich zasobów). Mimo, że rejon antarktyczny od roku 1970 stracił około 19 tysięcy km² lodu, nie da się porównać tego ze stratą w Arktyce – około 54 tysięcy km². To pokazuje skalę zmian na północnych rubieżach Ziemi, również kształtujących, poprzez prądy morskie, wiatry i układy ciśnienia, światowy klimat.

Jednakże obszar oceanu wokół lądolodu Antarktydy rozszerza się i w roku 2014 osiągnął niemal 18 mln km². Zmniejsza się ilość lodu na Półwyspie Antarktycznym i niektórych obszarach w części zachodniej, lecz za to przybywa w części wschodniej i centrum zachodnim. Gdyby pokrywa lodowa stopniała, poziom oceanu podniósłby się przeciętnie o 60metrów i na Antarktydzie, ponad wodą by sterczały tylko wierzchołki najwyższych gór. Notowany od parunastu lat przyrost poziomu morza (zmniejszył już obszar niektórych wysp na Pacyfiku), powodowany jest głównie topnieniem lodu w Arktyce oraz, być może, zanikaniem lodowców w rejonach górskich, na całym świecie. Tylko niektóre andyjskie lodowce Patagonii się powiększają.

Przed nadchodzącymi pokoleniami okres wielkich zmian, które oczywiście potem staną się ich codziennością. Aż do kolejnej zmiany, bo wszystko tutaj, na Ziemi, jak i w kosmosie, opiera się na cyklicznych zmianach, na swoistym rytmie Wszechświata. Mamy także skłonność do zapominania, iż kosmos nieustannie na nas wpływa, także w tej chwili, gdy piszę te słowa a ktoś je czyta. Przez moje ciało przenika kosmiczne promieniowanie, nieszkodliwe fale. Przed innymi, które mogłyby mnie unicestwić, bronią mnie ochronne powłoki Ziemi – atmosfera, warstwa ozonowa, magnetosfera i częściowo pasy Van Allena.

11

Z Internetu

Z tymi pasami wiąże się niezwykle ciekawe odkrycie dokonane w niedawnych latach. Nad południowym Atlantykiem wykryto anomalię (SAA – South Atlantic Anomaly), na obszarze której wewnętrzny pas Van Allena jest najbliżej Ziemi. Powoduje to zwiększenie strumienia wysokoenergetycznych cząstek. Centrum anomalii, znajdujące się u wybrzeża Brazylii, jest od 200 do 500 km nad powierzchnią Ziemi i wraz z wysokością wzrasta powierzchniowo.

12-anomalia-poludniowo-atlantycka-z-satelity-jpg

Z Internetu

Badania wykazały, iż przesuwa się ku zachodowi, z prędkością poniżej jednego stopnia. Ta prędkość jest zbliżona do różnicy występującej w szybkości obrotu jądra Ziemi wobec jej powierzchni. Jądro obraca się szybciej niż reszta planety. Jego część wewnętrzna jest metalowym ciałem stałym, zawieszonym w części zewnętrznej o konsystencji ciekłego metalu.

Anomalia jest również dowodem na zamieniające się pozycjami bieguny, o czym wiemy od lat parunastu, lecz póki co nie przypuszcza się, że doprowadzi to do katastrof. Proces zamiany biegunów potrwa setki lub tysiące lat. Zwiększy się na pewno ilość zórz polarnych, co już od trzech lat jest widoczne w Polsce. Natomiast Anomalia Południowo-atlantycka ma duży wpływ na sztuczne satelity, na stację kosmiczną (posiada dodatkowe osłony przed promieniowaniem) i pracę teleskopu Hubble’a. Bezpośrednio wpływa, a w związku z powiększaniem się wpłynie jeszcze bardziej, na trasy lotów samolotowych. Podejrzewa się, iż tajemnicza katastrofa francuskiego Airbusa A330, lecącego w 2009 roku z Rio do Paryża, była nie tylko błędem pilotów, ale zakłóceniem w działaniu przyrządów pokładowych. Samolot zniknął z radarów dokładnie na obrzeżu anomalii.

Zaczyna się ona powyżej 200 km nad powierzchnią Ziemi. Samoloty latają na wysokości około 11 kilometrów. Jednakże przypuszcza się, że niebezpieczne promieniowanie może docierać do niższych warstw atmosfery. Na południowym Atlantyku inaczej zachowują się wskazania kompasu. W związku z nasilaniem się i poszerzaniem obszaru anomalii, promieniowanie będzie prawdopodobnie docierać bliżej powierzchni ziemi, włącznie ze wzrostem promieniowania ultrafioletowego, co stanie się niebezpieczne dla wszystkich form życia na obszarze Anomalii. Nie będzie to już dotyczyć psów husky, które po raz pierwszy użył na Antarktydzie polarnik Carsten Borchgrevink w latach 1898 – 1900. Gdy w latach 80-tych postanowiono całkowicie chronić lokalne gatunki antarktyczne, nakazano usunięcie husky. Ostatnie zostały wywiezione z Antarktydy 22 lutego 1994 roku.

Ten kontynent jest zarazem najzimniejszym miejscem na naszej planecie. Najniższą temperaturę zanotowano 21 lipca 1983 roku, na rosyjskiej stacji Wostok – minus 89.2º Celsjusza. Stacja leży w głębi Antarktydy Wschodniej, na lądolodzie o grubości 3700 metrów i na wysokości 3488 m n.p.m.

Wieczorem zebrałem się w sobie i przestudiowałem naszą trasę na półwysep Antarktyczny, włącznie z dotarciem do koła polarnego południowego, czego oczekiwałem z ciekawością i emocją, wiedząc, że mam już za sobą podwójne przekroczenie koła polarnego północnego – w Norwegii i Szwecji, w roku 2006. Tutaj szykowała się podobna sprawa – podwójne przekroczenie, w tę i z powrotem, niewidzialnej granicy na wodzie. Pośród gór lodowych, kier i lodowego paku, w towarzystwie fok, pingwinów i mew. Już jutro będzie nasze pierwsze lądowanie w Antarktyce.