22 lutego, 2014 – Ushuaia – kanał Beagle – Przejście Drake’a

szetlandy    A N T A R K T Y D A

◊ 22 lutego – 5 marca 2014

Od rana przepakowywałem rzeczy na Antarktydę. Mała walizka, dwa plecaki i komputer. Ocieplacze – kominiarka, rękawiczki, długie kalesony, wełniane skarpetki, specjalne podkoszulki ze sztucznego materiału ułatwiające usuwanie potu i blokujące dopływ chłodu. System ubierania na cebulkę. I najważniejsze – zabezpieczenie przeciwko przemoczeniu (wodoszczelna kurtka z kapturem i spodnie), włącznie z ocieplającą parką. Półwysep Antarktyczny o tej porze roku nie ma zbyt niskich temperatur. Minimalnie około minus cztery do pięciu. W tym samym czasie, w głębi kontynentu, od 30 do 45 stopni poniżej zera. Ale od wody zawsze ciągnie, dodatkowo zdarza się śnieg i deszcz z zacinającym wiatrem.

Zabezpieczenie i ochrona aparatów – mam dużego Nikona i dwie małe cyfrówki – Canona i Olympusa. Canon robi coraz bardziej nieszczelne korpusy aparatu, co powoduje wnikanie pyłków lub/i kurzu do jego wnętrza i osadzenie na obiektywie od wewnątrz. Jestem zmuszony, średnio co dwa lata, kupować nowy – pewnie o to im właśnie chodzi – a co roku go czyścic. Ostatni nabytek, Olympus, ma fatalne rozwiązanie – ładowanie baterii bezpośrednio przez aparat. Po parunastu razach zepsuło się wejście na wtyk i problem rozwiązał wspomniany fotograf w Ushuaia, dobierając ładowarkę.

Kolejnym, niezmiernie ważnym krokiem jest uchronienie aparatów przed zmianami temperatury i wilgotności (powroty z zimnego lądu do kabiny). Ta zasada działa w górach i na pustyniach, we wszystkich miejscach gdzie jest wielka różnica temperatur, lecz także w tropikach. Najprostszym rozwiązaniem są małe ręczniki w które aparaty się zawija i pozostawia na pewien czas w kabinie, by doszły do siebie. A także pianka i zwykłe woreczki śniadaniowe plus wodoodporna torba na czas wypraw na ląd, płynięcia w dinghy (zwanego zodiac, spolszczone – zodiak) lub na pokładzie, podczas sztormu.

Dlaczego mam aż trzy aparaty? Doświadczenie pokazało, że niezbędne są co najmniej dwa, a nieocenione porady łazików na internecie, skłoniły mnie także do kupienia zapasowych baterii, co okazało się świetnym zabezpieczeniem.

Żadnych emocji, ten skok na kolejny kontynent (piąty w mym życiu) był poza wyobraźnią. Kiedyś z zapałem czytywałem książki o polarnikach, alpinistach, speleologach i oczywiście marzyłem być jednym z nich. W ogóle marzeń miałem bez liku. Teoretycznie wyniuchałem wiele rzeczy, włącznie z ćwiczeniami na odporność w sopockich latach – spanie na podłodze koło łóżka, penetrowanie lasu, nocne wyprawy, kąpiele w chłodnym Bałtyku. Utrudnieniem był lęk moich rodziców przed skręceniem przeze mnie karku (jestem jedynakiem), bowiem znali moją skłonność do karkołomnych nieraz wyczynów. A i tak zaledwie dowiedzieli się o połowie z nich. Brakowało mi dwóch rzeczy – siły, bo byłem chudy szparag, lecz głównie wytrwałości i samozaparcia, by pójść dalej. Pojawiły się one po latach, w miarę wzrastania i radzenia sobie samemu. I przydały się na stare lata, które spędzam nie przed telewizorem, oglądając filmy o przyrodzie, zwierzętach, itp, itd, ale smakując owe rzeczy bezpośrednio. Używając wszystkich, naostrzonych zmysłów, naraz.

Odebrałem uprane rzeczy, resztę gratów pozostawiłem w Fin del Mundo, bo tu wracamy po powrocie z Antarktydy. Po wczorajszym, wielkim wietrze ani śladu. Koło południa pogoda się wyraźnie poprawiła

1

i czekoladowy labrador Any, uwalił się na nasłonecznionym tapczanie.

2 

Powiadomiłem rodzinę i przyjaciół o dwunastodniowej przerwie w łączności. Za maile na statku się płaci – zarówno za wysyłane, jak i odebrane ( 4 dolary za minutę).

Przeczytałem ostatnie wiadomości z Ukrainy, po krwawych wydarzeniach na Majdanie. Sadzę, że Janukowycz to rosyjska podstawka w sowieckim stylu i watażka uwielbiający władzę. Sytuacja jest o tyle niebezpieczna, że przy tak skrajnych emocjach wyłażą na wierzch elementy szowinistyczne i tępi ekstremiści. Manipulacja może zacząć się na całego, głównie ze strony byłego aparatu kagebowskiego, który Putin dopuścił do wszystkich szczebli władzy i biznesu. Wolność Ukrainy jest dla nich zadrą ambicjonalną i nieustannym przypomnieniem o upadku Imperium. Także ze względu na swą wielkość (terytorialnie i ludnościowo) i wielowiekowe, poddańcze powiązanie. Na Ukrainie wciąż brakuje instynktu państwowego w niższych, a przecież rozległych warstwach ludności, do tego bardzo mocno zsowietyzowanej.

Po raz ostatni przejrzałem niezbędne dokumenty i znów się zdumiałem opłatami dla Kanadyjczyków i Amerykanów za wjazd do Argentyny, obojętnie jakim środkiem lokomocji. Są zapewne rewanżem za drogie wizy dla Latynosów odwiedzających USA lub Kanadę. Lecz Amerykanie, płacąc 160 dolarów, mają ważność owej opłaty na dziesięć lat, z wielokrotnym przekraczaniem granicy. Natomiast Kanadyjczycy płacą za każde, jednorazowe przejście granicy, 75 dolarów US i muszą uiścić opłatę najpóźniej na trzy miesiące przed podróżą. Ciekawe jakiż to numer wyciął rząd kanadyjski, że są tak niemiłe przepisy. My, jako Polacy i członkowie Unii Europejskiej, nie ponosimy żadnych opłat, za jedno- i wielokrotne przekraczanie granicy. Tylko w przypadku wynajmu auta i poruszania się pomiędzy Chile a Argentyną, płaci się za specjalne pozwolenie wielokrotnego przekraczania granicy (ważne na 30 dni) – 300 dolarów US.

O 15.30 taksówką do portu, przemarsz przez pobieżną kontrolę i piechotą nabrzeżem do statku. Po drodze natykamy się na wycieczkowce „potwory”, zgrupowane razem przy nabrzeżu.

3

4

W głębi jednostki floty wojennej Argentyny, na tle miasta i gór.

5

“Ushuaia” przycumowana była po prawej stronie pirsu.

6

7

Zanim dotarłem na pokład, zrobiłem parę zdjęć miasta w taki sposób, aby były widoczne dzioby statków.

8

9

Odebrali nam bagaż, pakując go bezpośrednio na statek przy pomocy małego dźwigu. Wszedłem po trapie, z dwoma plecakami i komputerem, następnie udałem się za stewardem dźwigającym moją walizkę, który poprowadził mnie do naszej kabiny nr 420. Okazała się całkiem pojemną, z piętrowymi kojami (ja na górze), szafą i umywalką. Toaletę i prysznic dzieliliśmy z dwoma innymi osobami z przeciwnej strony – Niemcem i Argentyńczykiem, obaj w początkowym wieku średnim. Z Andreasem z Frankfurtu szybko się zaprzyjaźniłem, z Argentyńczykiem trwał uprzejmy dystans i to taki, że nawet nie znam jego imienia. Najbliższe pół godziny zajęło nam urządzanie nowego domu, tym razem pływającego i z jednym oknem (bulajem), na następne dni jedenaście.

10

Nagła poprawa pogody,

11

którą wykorzystałem na obejście “Ushuai”, wstępnie orientując się w przejściach pomiędzy poszczególnymi pokładami i burtami.

12

 Niedaleko nas stał francuski wycieczkowiec z kominami przypominającymi wyrzutnie rakietowe.

13

14

Znalazłem kapitański mostek, gdzie mogliśmy swobodnie wchodzić, pod warunkiem zachowania kompletnej ciszy. Na rufie zauważyłem spiętrzone zodiaki,

15

przygotowane do naszych lądowań na wyspach i półwyspie Antarktycznym – w zależności od pogody miało ich być sześć lub siedem. Znalazłem także coś, co mnie rozbawiło. Napis na łodzi ratunkowej brzmiał “Moroni”, a “moron” w języku angielskim oznacza kogoś, kto jest kretynem.

16

Ładna historia! Był statek szaleńców, teraz łódź kretynów, do tego ratunkowa. W jakie towarzystwo trafiłem?? Na koniec obchodu stanąłem na pokładzie i obserwowałem port z miastem

17

18

19

i inne wielkie statki wycieczkowe.

Parę minut po piątej zaczęło się odcumowywanie

20

i powoli wychodziliśmy z portu

21

22

wpływając do kanału Beagle.

23

24

Z dziobu statku

25

ujęcie oddalającej się Ushuai.

26

W pół godziny później, w tzw. salonie, imienia słynnego polarnika Ernesta Shackletona,

27

rozpoczęło się pierwsze zebranie ogólne, na którym przedstawiono nam załogę – kapitana i oficerów, marynarzy opiekujących się zodiakami i lekarza pokładowego, młodą kobietę z Kapsztadu, z Afryki Południowej; obsługę hotelową i wyżywienia, włącznie z szefową baru. Oraz przewodników, członków naukowych naszej ekspedycji (w sumie sześć osób), którzy przygotowali program podróży i mieli prowadzić codzienne odprawy – poranną i wieczorną – zapoznające nas z programem dnia, plus wykłady z różnych dziedzin i pokazy filmów. Wszystko w dwóch wersjach językowych – hiszpańskiej i angielskiej. Powiadomiono nas o obowiązkowym zdeponowaniu paszportów i możliwym pieniędzy, bowiem drzwi kabin nie są zamykane. Także o otwarciu konta w barze (tylko w amerykańskich dolarach lub euro), które będzie rozliczone ostatniego dnia rejsu. W materiałach przysłanych nam wcześniej, przez agencje turystyczną z USA, sugerowano na koniec podróży po 150 dolarów napiwków w kopercie, którymi załoga się dzieli. Mieliśmy otrzymywać trzy główne posiłki dziennie – śniadanie, lunch i trzydaniowy obiad; przez cały dzień była dostępna w barze, za darmo, kawa i herbata. Wodę pitną uzyskiwano poprzez odparowanie i kondensację wody morskiej i jej smak był bez zarzutu. Na statku nie było pralni, co ogromnie zafrasowało Seweryna, który wozi ze sobą dziesiątki majtek. Zmienia je codziennie a nawet, jak mi raz z dumą oświadczył, dwa razy dziennie. Taki z niego czyścioszek. A tu klops…

Wyprawy antarktyczne są biznesem nieco skomplikowanym – właścicielami statków, z reguły zarejestrowanymi pod tanimi banderami, są ludzie różnej narodowości (właścicielką “Ushuai” jest Niemka), podróże przygotowują współpracujące z nimi biura podróży w Ameryce Płn. i Europie, zatrudniona załoga składa się w większości z Argentyńczyków. Podróże turystyczne na siódmy kontynent, na większą skale, zaczęły się w 1969 roku. Początkowo kilkaset osób rocznie a obecnie, każdego roku, przeszło 30 tysięcy.

W 1991 roku siedem agencji turystycznych utworzyło wspólną organizację – International Association of Antarctica Tour Operators (IAATO) i zmonopolizowało podróże na Antarktydę, pod szczytnymi hasłami współpracy z członkami Traktatu Antarktycznego i ze środowiskiem naukowym oraz przestrzegania zasad ochrony środowiska w ramach ekoturystyki. I rzeczywiście wypełnia się sumiennie owe zobowiązania, jednocześnie zarabiając na turystach, którzy mają nieco ograniczone pole manewru finansowego. Istnieje opcja zapisania się na jakąś wyprawę w ostatnim momencie, ale raczej tylko dla ludzi dysponujących zarówno pieniędzmi, jak i wolnym czasem, bez zbytnich zobowiązań. Główna siedziba organizacji mieści się w USA (Providence, Rhode Island) z dwoma oddziałami – w Edynburgu (Szkocja) i Johannesburgu (Płd. Afryka). W sumie, rocznie organizuje się 200 podróży statkami do Antarktyki, w okresie od listopada do końca marca.

Jakie są owe zobowiązania? Na przykład IAATO wyznacza limit ilości pasażerów mogących wysiadać na ląd (tylko statki mające do stu pasażerów), zasady poruszania się po lądzie (absolutnie nie wolno podnieść z ziemi nawet małego piórka, kamyczka czy innych memorabiliów), nie zakłócania życia zwierząt, wyznaczanie punktów lądowań, opracowywanie sposobów ewakuacji pasażerów i wiele innych zasad. Dla mnie najbardziej bolesnym był zakaz zabrania czegokolwiek, bowiem kolekcjonuje różne drobne rzeczy, głównie kawałki skał, z każdego miejsca pobytu. Tym razem postanowiłem się całkowicie podporządkować.

Na zakończenie pierwszego zebrania wjechały zakąski i kanapki oraz lampki szampana. Towarzystwo rzuciło się na jedzenie tak, jakby nic od tygodnia nie jadło. Trzeba było forsować sobie drogę do stołu. Rozbawiłem barmankę oświadczając, że proszę o drugi kieliszek szampana, w celu utrzymania równowagi. Kiedy kończyłem z nią konwersację, wzrok mój padł na coś zdumiewającego. Na kontuarze baru stała spora taca z napisem “Żywiec. Jednym słowem piwo”.

28

Nikt nie był w stanie mi wytłumaczyć, jak i kiedy owa taca znalazła się na statku. Była chwalona za przydatność i nikt nie rozumiał co jest na niej napisane. Oto dowód jak znacząca jest praktyczna strona życia…

Odbyliśmy rutynowy alarm, w połączeniu z ewakuacją w kamizelkach ratunkowych. Mimo stanowczych komend i poważnych twarzy załogi, ludzie po drinkach byli nieźle rozbawieni i z zapałem robili sobie zdjęcia. Potem pobraliśmy gumowe buty z magazynu, które będą nam służyły przy każdym zejściu na ląd, czasem odbywającym się po kostki w wodzie.

Wyszedłem wieczorem na pokład obserwując górzystą wyspę Navarino

29

i ośnieżone góry na wielkiej wyspie Ziemi Ognistej.

30

Archipelag jest mozaiką wysp i wysepek, wąskich przejść, przesmyków i kanałów oraz głęboko wciętych w ląd fiordów. Do niektórych z nich spływają lodowce, wyraźnie widoczne na mapie satelitarnej NASA.

31

Z Internetu

W roku 2011 obserwowałem ów krajobraz z okna samolotu lecącego z Punta Arenas do Balcameda w Chile. Akurat była dobra pogoda i miałem wrażenie, że przelatuje nad inną planetą, nad pobrużdżonymi krajobrazami Marsa. Tak będziemy kiedyś w przyszłości obserwować inne planety przelatując nad nimi i odgadując miejsca lądowania. O ile nie pochłonie nas wcześniej nasza fałszywa ambicja i arogancja wobec Ziemi i Wszechświata.

Mijały nas kontenerowce i kutry rybackie.

32

Ponownie się chmurzyło

33

i w zapadającym zmroku zmieniliśmy kurs na południowy, zmierzając w kierunku owianego złą sławą Przejścia Drake’a (Drake Passage).

34

Z Internetu

Zaiste, tylko tak odważny rozbójnik i pirat JKM, jak Francis Drake, mógł się porwać na zuchwałe przedsięwzięcie – opłynąć Fuegos od południa, umykając uwadze Hiszpanów i zaatakować z zaskoczenia ich kolonie od strony Pacyfiku.

W nocy obudziło mnie dość mocne, zmienne kołysanie statku (góra-dół i na boki) wraz z szumem rozbryzgiwanych fal. Zza drzwi, z korytarza prowadzącego na pokład, dobiegał mocny swąd palonego mazutu.