2 marca, 2014 – wyspa Deception, odwrót

Pobudka o 6.30 i wyjście na mostek. Wchodzimy w kalderę wulkanu tworzącą wyspę Deception.

1

Mapka z Internetu

Dochodzimy od kręgu zewnętrznego,

2

3

4

5

następnie wolno wpływamy poprzez wąskie przejście. Wraz z paroma pasażerami jestem na mostku i w kompletnej ciszy mijamy skalną ścianę.

6

Przyspieszamy na szerszej przestrzeni.

7

Wyspa należy do archipelagu Południowych Szetlandów.

8

Mapka z Internetu

Posiada aktywny wulkan, którego erupcje dokonały sporych zniszczeń na stacjach polarnych w roku 1967 i 1969. Uprzednio były tu stacje wielorybnicze, teraz są dwie stacje polarne: argentyńska i hiszpańska. Wyspa, po latach sporów terytorialnych, jest administrowana obecnie na zasadach Traktatu Antarktycznego.

Od wczesnych lat wieku XIX kaldera służyła jako spokojna przystań przed sztormami i lodowymi górami. Jednakże panują tu swoiste warunki pogodowe, o czym wspomnę później. Próby wybudowania stałego osiedla nie powiodły się – wulkan niszczył okresowo zabudowania i od roku 2000 ostały się jeno wspomniane stacje, działające w okresie letnim: hiszpańska – Gabriel de Castilla Spanish Antarctic Station i argentyńska – Deception Station.

W roku 1906, wielorybnicza spółka norwesko-chilijska używała wyspy jako bazy dla swoich statków, wytwórni oleju wielorybiego. W 1914 postawiono na lądzie wielkie zbiorniki, w których gotowano cielska wielorybów, by uzyskać z nich dodatkowy olej. Olej wielorybi był wykorzystywany jako bardzo cenny i skuteczny smar do maszyn, paliwo dla lamp ulicznych, a także do produkcji kredek, świec i maści leczniczych. Szerokie zastosowanie znalazł fiszbin w produkcji gorsetów, szczotek i parasoli. Z zębów kaszalotów produkowano klawisze do instrumentów i guziki. Spermacet występujący w stanie półpłynnym, w głowie wieloryba, był używany do smarowania maszyn w wieku XX, m.in. do smarowania wyrzutni torped na okrętach podwodnych.

Po Wielkiej Depresji, w latach 30-tych, zbiorniki i towarzyszące im zabudowania porzucono. Na lokalnym cmentarzu pozostały ciała 45 zmarłych tu ludzi, w tym dziesięciu, którzy najprawdopodobniej utonęli. Erupcja wulkanu w 1969 roku pogrzebała cmentarz pod warstwami popiołów.

Deception wiąże się znów z operacją Tabarin. Dziś wiemy, że Brytyjczycy obawiali się nie tylko niemieckich U-bootów. Podejrzewali, iż Japończycy zechcą zająć Falklandy i przekazać je stronie argentyńskiej, która, co gorsze, w pewien sposób sympatyzowała z hitlerowskimi Niemcami. Dlatego, w 1941 roku, marynarze jednego ze statków angielskich zniszczyli pozostałe urządzenia dawnej stacji wielorybniczej, a w dwa lata później usunęli z Deception argentyńską flagę. Zastanawiające jest kontynuowanie tego trendu po wojnie wraz z przytaczaniem przedziwnego argumentu – Brytyjczycy obawiali się wzrostu znaczenia w tym regionie Stanów Zjednoczonych, ich najbliższego przecież sojusznika w czasie II wojny. Na chybcika budowali stacje w Antarktyce, głównie wzdłuż zachodniego wybrzeża półwyspu Antarktydy. Ich zawłaszczenia terytorialne zostały podkreślone poprzez wydanie serii znaczków z brytyjską Antarktyką. Amerykańskim sojusznikom wytłumaczono, że wszystkie zabiegi i przejmowania terenu, miały na celu uniemożliwienie posiadania owych terytoriów przez Argentynę i Chile.

Skutek był odwrotny. Chilijczycy szybko zorganizowali swoją pierwszą ekspedycje antarktyczną (1947/48) i utworzyli stację. Argentyna weszła w konflikt z Wlk. Brytanią i trzy państwa zaczęły spór o wyspę Deception i otaczający ją region. Dodatkowo, wtrąciły się później USA i Rosja, rezerwując sobie prawo do terytorialnych żądań. By umożliwić badania naukowe, odłożono sprawę spornych terytoriów na później i stan zawieszenia trwa do dziś. Lecz zaczęły się swoiste demonstracje – Chile założyło w 1955 nową bazę, wyspę osobiście zwizytował w roku 1961 prezydent Argentyny, Frondizi, brytyjska stacja działała dalej. Wszystkich załatwił wulkan, który zniszczył stację chilijską i brytyjską.

W 2006 roku, rosyjski wycieczkowiec “Lyubow Orlowa” osiadł we wnętrzu kaldery na mieliźnie i został odholowany przez hiszpański statek. Co było dalej z rosyjskim statkiem warto poczytać, bo na pewien czas stał się nawet nowym statkiem-widmem. Proszę zaglądnąć tutaj: http://en.wikipedia.org/wiki/MV_Lyubov_Orlova

Wyspa, dziś w kształcie rogala, ma średnicę 12 km, z leżącą w centrum wielką kalderą, powstałą po potężnej erupcji wulkanu, która doprowadziła do wdarcia się wody oceanicznej do środka, tworząc okrągławą zatokę, rozległą sześć na dziewięć kilometrów.

9

Wewnętrzne stoki tworzą rysunek linii tzw. maars – typowe, raczej niegłębokie kratery, powstałe po gwałtownym wybuchu i zalane wodą.

10

11

Aktywność wulkaniczna wytworzyła na wyspie szczególne mikroklimaty – w niektórych miejscach temperatura wody osiąga 70 stopni Celsjusza a powietrze do 40 stopni. Z tego powodu Deception posiada na swych stokach unikalną florę, dla której utworzono 11 obszarów specjalnie chronionych (ASPA – Antarctic Specially Protected Area), Są to głównie mchy, porosty, prymitywne rośliny z rodziny wątrobowców (liverwort), algi. W rejonie przybrzeżnym utworzono dwie strefy chronione tzw. bentosu oraz strefę ochrony ptaków – głównie pingwina maskowego (około sto tysięcy par), petreli i wydrzyków. Wylegują się tu także foki i lwy morskie.

Obszar ten stał się atrakcją dla turystów, nie tylko z powodów widokowych i pewnego dreszczyku emocji, gdy wpływa się do kaldery – wejście ma zaledwie 230 metrów szerokości i jest zwane Miechami Neptuna.

12

Na środku wejścia, dwa i pół metra pod powierzchnią wody, tkwi przeszkoda zwana Żarłoczną Skałą. Przy dobrych warunkach pogodowych, w pewnym miejscu na plaży, można się zagrzebać w wulkanicznym piasku, zażywając dodatkowo ciepłej kąpieli.

Deception-Tourists in warm volcanic bath

Zdjęcie z Internetu

Ale nam nie było to dane, ba, nawet nie mogliśmy spuścić na wodę zodiaków, bo wystąpiła główna przeszkoda w postaci tzw. wiatru adiabatycznego. Wiatr, wieje od zewnątrz wyspy, a gdy przekracza jej wzniesienia ( najwyższy szczyt po wschodniej stronie sięga 542 metrów wysokości), na skutek różnicy temperatur (ponad połowa wyspy jest zajęta przez lodowiec) spada gwałtownie w dół nabierając wielkiej szybkości i mocy. Jest czymś w rodzaju halnego, przeto wyprawa zodiakami byłaby zbyt niebezpieczna. Zresztą uprzedzono nas o tym, na wczorajszej, wieczornej odprawie.

Wschodzące słońce, w oprawie ciemnych chmur, podbarwiało brzegi i wodę na dziwne, niepokojące kolory.

13

14

Flaga biura turystycznego trzepotała na wietrze.

15

Kiedy przechodziłem koło pokładowego kompasu,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

zauważyłem na brzegu stado fok.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Kompas jest wspaniałym wynalazkiem i większość historyków jest zgodnych, że wynaleźli go Chińczycy, najprawdopodobniej w I wieku naszej ery, używając w podróżach od wieku II. Zaczął się jako tzw. kamień przewodni, bo tak nazywano pewien rodzaj magnetytu, który wykazywał się specyficznymi właściwościami, przede wszystkim namagnesowaniem. Zawieszano go swobodnie, aby mógł się obracać i wskazywać kierunek. Nie każdy magnetyt – właściwie ich zdecydowana większość – posiada zdolności przyciągania metali i przeto wskazywania kierunku. Ten typ magnetytu ma nader tajemnicze właściwości. Pole magnetyczne Ziemi jest za słabe aby go namagnesować. Podejrzewa się, że namagnesowanie powodowane jest silnym polem magnetycznym wytwarzanym podczas uderzenia piorunów. Takie rodzaje magnetytu znajdowane są zazwyczaj blisko powierzchni ziemi.

W dzieciństwie natrafialiśmy na sopockiej plaży na żółtobrązowe, krótkie rurki o szklistej strukturze, na które mówiliśmy „pioruny”. Panowało wtedy powszechne przekonanie, nawet wśród dorosłych, że jest to piasek, stopiony i wrzecionowato uformowany, na skutek uderzeniu pioruna w plażę przy krawędzi wody. Tymczasem są to skamieniałości, szczątki korpusu belemnitów. Nic dziwnego, że do dzisiaj pomiędzy ludźmi krążą dziwne, nawiedzone opowieści, będące nieraz stekiem bzdur. Zbiorowe złudzenia mają nadzwyczaj długi żywot. Podobnie jak eksplodujące co pewien czas sensacje. Sam byłem do niedawna przekonany o historii kradzieży kompasu Chińczykom przez Portugalczyków. Sprawy mają się jednakże zupełnie inaczej.

Kompas przeszedł od Chińczyków najpierw do Arabów, którzy poznali go przez handlowe kontakty z Indiami. Przed końcem wieku X używali kompas do żeglugi po Morzu Czerwonym i Oceanie Indyjskim. Ich róża wiatrów już posiadała 32 wskazujące punkty. Z rąk arabskich żeglarzy dostał się do Europy.

Magnetyt znany był w starożytnej Grecji (od VI wieku p.n.e.) i stąd najprawdopodobniej wywodzi się jego nazwa – od miejscowości Magnesia w Anatolii. Z kolei pierwsze, chińskie wzmianki o właściwościach magnetycznych, są z IV wieku p.n.e. Natomiast pisemne przekazy o użyciu igły magnetycznej, która unosiła się w naczyniu z wodą, odnaleziono w chińskiej książce z roku 1117. A jeden z opisów prymitywnego kompasu jest nawet datowany na rok 1088.

W Europie opisano kompas pierwszy raz w roku 1190. Niektórzy twierdzą, że przywiózł go z Chin Marco Polo. Może to być taka prawda, jak uparcie rozpowszechniana wieść, iż przywiózł z Chin makaron, który znany był już w starożytnym Rzymie, a także w niektórych regionach Italii, na paręset lat przed urodzeniem Polo. Włoskim marynarzom zawdzięczamy obie nazwy: kompas i busola. Busola była pierwsza – drewniane pudełko na igłę magnetyczną, zamiast naczynia z wodą. Zrobione z bukszpanu zwanego po łacinie buxus i stąd busola. W Chinach zastosowano ją dopiero w XVI wieku. Później na dnie pudełka, pod igłą, znalazła się wyrysowana podziałka (po włosku – compaso) i stąd nazwa kompas.

Także Włosi wprowadzili w Średniowieczu nazwy głównych wiatrów, które funkcjonują do dzisiaj, jak na przykład Sirocco z południowego-wschodu czy Mistral od północnego-zachodu. Zaczęła się słynna róża wiatrów, którą Portugalscy kartografowie wrysowali, w postaci kolorowych linii, na mapy zwane portolanami (portolano – pilot). Linie czarne dla 8 głównych kierunków wiatru, zielone dla następnych 8, tzw. pół wiatrów i czerwone dla 16 ćwierć wiatrów – tym sposobem mamy podział na 32 rumby, do dziś używane w żeglarstwie.

W drugiej połowie lat 70-tych XX wieku, odnaleziono w Meksyku sztabę magnetyczną i amerykański astronom Carlson postawił tezę, że używali ją Olmekowie w astrologii, włącznie z zasadami ukierunkowywania swoich świątyń. Cywilizacja Olmeków zaczęła się w XX wieku p.n.e. i zakończyła około V wieku p.n.e. Mieliby więc oni absolutne pierwszeństwo w odkryciu właściwości tajemniczego kamienia. A namagnesowana igła pokazuje do dziś magnetyczny biegun, który aktualnie znajduje się w kanadyjskiej Arktyce i wciąż zmienia położenie (przesuwa się w kierunku Syberii), ostatnio coraz szybciej.

Wpłynęliśmy do środka rzucając kotwicę, w oczekiwaniu na ustanie wiatru i w nadziei na ostatnią wizytę na lądzie. Znosiło nas powoli ku brzegom zasłanym czarnym wulkanicznym piaskiem, a na stokach i grzbietach wzniesień królował olśniewająco biały śnieg.

18

19

W niektórych miejscach popiół pomieszany był ze śniegiem.

20

21

22

Za nami wśliznął się do kaldery “Corinthian”.

23

W oddali dostrzegłem zabudowania stacji hiszpańskiej

24-spain

25

i argentyńskiej.

„Corinthian” przybliżył się

27

i usadowił niedaleko nas, bliżej brzegów krateru.

28

Mostek opustoszał, wszyscy, łącznie z kapitanem i oficerami, wylegli na pokład. Został tylko młody oficer dyżurny. Po prawej czarny piach Zatoki Wielorybników,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

gdzie mieliśmy lądować zodiakami. Po lewej niesamowite desenie ośnieżonych stoków,

30

31

32

z spływającymi strumieniami roztopionego lodu z lodowca.

33

Obracaliśmy się w kółko, dzięki czemu wnętrze kaldery pokazywało nam się z różnych stron. Krajobraz był teraz powleczony mglistą zawiesiną, poprzetykaną płatami słońca.

34

35

36

W pewnym miejscu zauważyliśmy na brzegu wielkie zbiorniki, pozostałość po wytwórni wielorybiego oleju.

37

Po lunchu ostatecznie zrezygnowano z lądowania na wyspie. W parę minut później, kierownik naukowy wyprawy, Sebastian, nagle zwołał wszystkich do salonu. Z poważną miną ogłosił, iż ma bardzo ważny komunikat, lecz najpierw prosi o zdanie zodiakowych kamizelek ratunkowych i butów, bowiem już wracamy.

Wielu z nas w tym momencie jakby się ocknęło. To już, tak szybko minęło siedem dni pośród lodów, ośnieżonych szczytów, wysp, zmiennych kolorów wody i nieba… Zaraz, zaraz, przecież miało być osiem dni w Antarktyce. Wtedy Sebastian poinformował nas, że nadchodzi wielki sztorm i na dowód pokazał i objaśnił na ekranie mapę pogody z prognozą na jutro.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ciemno-niebieska strefa, to sztorm idący od południowego zachodu. Nad nią Szetlandy, gdzie się aktualnie znajdujemy. Niebieskie linie to rozkład ciśnienia a owe, jakby powyłamywane grzebyki, to siła wiatru. Jedna kreseczka – dwójka w skali Beauforta. Ma dojść do siódemki i lepiej jej uniknąć. Trzeba jak najszybciej wracać do Ushuaia. Jutro, koło 18-tej, musimy znaleźć się w miejscu oznaczonym na mapie czerwonym kółkiem.

Nikt nie zaprotestował, ale wszystkim zrobiło się niewyraźnie. Nagle przylazła rzeczywistość. Rzeczywistość tamtego świata, który zostawiliśmy za sobą. Nie wiedzieliśmy co się tam dzieje. Z drugiej strony nie tęskniliśmy za tym zbytnio, za – jak to pięknie określił niegdyś, w czasach komuny, mój przyjaciel Andzia – codzienną dawką niepokoju. Często nie wiedzieliśmy jaki jest dzień tygodnia lub data. Przypominała o tym mapa przedstawiana na odprawach.

39

Kółka krajowe się utrzymały, ale także częściowo zintegrowały z innymi na bazie obustronnej sympatii. Zaprzyjaźniłem się z Andreasem; bardzo pożyteczne i miłe było przebywanie z dr Mullerem i nauczycielem Ricardo. Pogaduszki z dużo podróżującym, pogodnym i sympatycznym, małżeństwem angielskim. Dyskusje z amerykańską nauczycielką, rozsierdzoną nieco – według jej słów – na dalej niewłaściwe traktowanie Indian w Ameryce. Wywołała huragan śmiechu, gdy okazało się, iż będąc na zodiaku, ogromnie przejęta widokiem foki, zakrzyknęła squirrel !(wiewiórka), zamiast seal.

Nie brakowało osób nieco ekscentrycznych, np. młoda para z Manchesteru. On cały czas chodzący w klapkach i szortach. Zakuwał się szczelnie jedynie na wyprawy zodiakiem. I jak to w ludzkim środowisku bywa, trafiła się osoba odstręczająca, nadęta i wzdęta, starsza kobieta z problemami wypisanymi na twarzy. W jej braku uśmiechu, ponurym spojrzeniu, zaciśniętych ustach. Wyróżniała się izolowaniem, a nawet agresją, którą akurat skupiła na Sewerynie. Baba ofukała go parę razy, przy czym Seweryn zaklinał się, że zbeształa go po niemiecku (była z Argentyny), raz używając określenia Polnische schwine. Czyżbyśmy trafili na potomkinię hitlerowskiego zbiega? Czyżby szaman Chatwin wywołał złe duchy patagońskie, które opisał w swej książce?

Kapitan nakazał podnieść kotwicę i zaczęliśmy zmierzać ku Miechom Neptuna. Na pożegnanie naszej wyprawy wyraźnie poprawiła się pogoda. Bliżej skalnego wejścia dało się zauważyć zwiększone falowanie oceanu.

40

41

Nad naszym bezpieczeństwem czuwały wszelakie urządzenia tkwiące nad kapitańskim mostkiem.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

Powoli wypłynęliśmy z wnętrzności kaldery.

Wiatr nie ustawał, przeciwnie – wzmógł się do 30 węzłów. Musieliśmy uważać na zdradliwe słońce, przede wszystkim na promieniowanie ultrafioletowe, bo to przecież tutaj, w końcu lat 80-tych uprzedniego wieku, odkryto wielką dziurę ozonową. Akurat pierwszy raport napłynął z brytyjskiej stacji Faraday’a, przekazanej potem Ukrainie, czyli Akademik Wernadski.

42a

Dziura ozonowa nad Antarktydą. Zdjęcie NASA – z Internetu

Na zewnętrznym pasie wybrzeża przesuwaliśmy się wzdłuż wulkaniczno-lodowych wydm,

43

skalnych urwisk

44

45

46

i odsłoniętych fragmentów ścian wulkanu rozerwanych eksplozją.

47

48

I znaleźliśmy się stosunkowo blisko grupy skał, zwanej Igłami Maszyny do Szycia (Sewing-machine Needles), które mimo swej odmienności, skojarzyły mi się z opisami wędrówki Odyseusza, przedzierającego się pomiędzy zdradliwymi zwężeniami Scylli i Charybdy,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

50

51

lub blisko miejsca dawnej walki gigantów, ciskających skalnymi blokami.

52

53

Udałem się ponownie na górny pokład,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

zajrzałem na opustoszały mostek kapitański, gdzie czuwał teraz jeden z młodszych oficerów

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

i zszedłem na niższy pokład. Ocean mienił się posrebrzaną stalą;

56

przy burcie „Ushuai” był intensywnie niebieski, pokryty coraz częstszymi, krótkimi szkwałami.

57

Po obiedzie całą mocą maszyn pruliśmy przez cieśninę Bransfielda, wzdłuż archipelagu Szetlandów Południowych. Mijaliśmy południowe wybrzeża dużej, górzystej wyspy Livingston.

58

59

60

Część alpinistów i badaczy twierdzi, iż jest to najgorsze miejsce na świece pod względem warunków pogodowych. Nie ma tak niskich temperatur (z reguły pomiędzy plus 3 do minus 11), lecz są częste i raptowne zmiany pogody. Duża wilgotność, wiatry przechodzące często w silne sztormy i burze śnieżne ((blizzards). I bardzo rzadko bywają słoneczne dni. A tymczasem my, szczęściarze, dalej upajaliśmy się piękną pogodą.

W głębi cieśniny Bransfielda ukazały się dwie, wielkie góry lodowe,

61

a potem w pełnym słońcu, na Livingston pokazało się pasmo gór Tangra z nadbrzeżnym lodowcem Macy.

62-tangra-mts-z-lodowcem-macy

Lodowce nieprzerwanie ciągnęły się dalej wzdłuż brzegu.

63

Gdy znaleźliśmy się na wysokości półwyspu zwanego Punktem Reinera, szerokim łukiem opłynęliśmy grupę wysepek – dwie malutkie i jedną większą – zwanych Rugged Rocks (Poszarpane Skały) i skręciliśmy wprost na północny-zachód, wpływając w wąską cieśninę McFarlane. W rozległej zatoce wyspy Livingstona – Księżycowej, pokazał się w oddali kolejny lodowiec nasadzony na górzyste pasmo. Ku memu zdumieniu i zaskoczeniu odnalazłem później jego nazwę na mapie – Sopot Ice Piedmont czyli Sopockie Przedgórze Lodowe.

64

Nadali ją bułgarscy polarnicy (wyraz sopot oznacza, w języku starobułgarskim, strumień lub źródło), którzy prowadzili tu latami badania i nanieśli sporo własnych nazw. Co za nadzwyczajny zbieg okoliczności lubo kolejny znak szamański…

Z prawej widniały brzegi mniejszej wyspy Greenwich,

65

66

67

na której ulokowane są dwie stacje polarne: chilijska i ekwadorska. Na lewo, przy wejściu do zatoki, przycupnęła wyspa Półksiężyca.

68-half-moon-is

69

Potem pokazała się, nieco oddalona od brzegu i zamykająca północną krawędź zatoki Księżycowej, samotna skała z wyraźnymi kolumnami bazaltu. Nazywają ją Edinburgh Hill (Edynburskie Wzgórze ).

70-edinburgh-rock

Paręset metrów dalej góry, kończące się przylądkiem Inott,

71

za nim kolejny lodowiec (Rose Valley Glacier),

72

spopod którego wynurzają się czubki skał – Ostry Szczyt (Sharp Peak – 500 metrów wysokości)

73

i kawałek skały – Rakovski Nunatak.

74

Nazwa nunatak pochodzi z języka eskimoskiego (innuickiego) i oznacza skałę sterczącą spod lądolodu lub lodowca. Był i jest ważnym znakiem orientacyjnym w rozległych pustkowiach kanadyjskiej Arktyki.

Po około pół godzinie dopłynęliśmy do północnego, najwęższego wylotu cieśniny McFarlane. Po obu stronach poszarpane góry, lecz zdecydowanie ciekawsze kształty znajdują się na wybrzeżach Livingstone.

75

Zda się, że kolejną zatoczkę pilnują kamienni strażnicy.

76

77

78

Przed wejściem na rozległe Przejścia Drake’a, ostatnie i jakże gęste przeszkody. Przestrzeń dosłownie usiana archipelagiem mniejszych i większych wysp, a także sterczących z wody skał.

79

Mapka z Internetu

80

81

Już któryś raz z kolei, z podziwem myślałem o pierwszych żeglarzach na antarktycznych akwenach. Zdani na wiatry i prądy oceaniczne mogli polegać jedynie na swym doświadczeniu, intuicji i łucie szczęścia. Jakże odważni i śmiali ludzie! Lawirowaliśmy pomiędzy wyspami obserwując lodowce na Livingston

82

i przedziwny układ skał na Greenwich. Jakby ktoś starannie poukładał na brzegu wysoką ścianę, składającą się z różnej wielkości okrągławych kamieni.

83

Minęliśmy Zverino, jedną z większych podwójnych wysp Meade, dodatkowo otoczonych mniejszymi skałami sterczącymi na powierzchni.

84

Za chwilę zrobiłem pożegnalne zdjęcie lądu Antarktyki- ośnieżony Nunatak Sayer na półwyspie Warna przy Smoczej Zatoczce (Dragon Cove).

85

Z trudnością trzymałem aparat, bo od zimnych podmuchów wiatru zgrabiały mi palce. Porywy wiatru podrywały z powierzchni stoku zmarznięty śnieg, wysoko wzbijając go w powietrze. Góra przybrała się w śnieżny pióropusz.

86

Po godzinie czwartej znaleźliśmy się na otwartym oceanie i od razu uderzył w nas wiatr. Przed nami rozciągał się bezmiar wód Przejścia Drake’a. Pogoda była wciąż wyśmienita, lecz następowały gwałtowne zmiany barw nieba i wody. Pod szarymi i ciemnymi chmurami ocean nabierał groźnego wyglądu, mimo powleczenia spatynowaną srebrzystością.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Po minucie wpadał w ultramarynę,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

by za chwilę pokryć niebo mleczną zawiesiną, oślepiającą rozjarzonym słońcem.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 Nagle szybko przemknął albatros, ponoć zwiastun nadchodzącej burzy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wieczorem na krótko zapanował spokój. Lecz niebo znów nabrało przedziwnych odcieni i zrobiło się nawet duszno.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W salonie wdałem się w długą konwersację z dr Mullerem na temat Ameryki Południowej. Gnębiło mnie zaśmiecanie środowiska przez tutejszych ludzi. Doktor ze smutkiem przyznał, iż rzeczywiście jest to problem, wynikający głównie z zaniedbania w edukacji. W szkołach brakuje systematycznej akcji uświadamiającej.

Nasze rozważania przerwał kapitan, który parunastu osobom, będącym w salonie, radził udać się na spoczynek, bowiem ocean zaczyna szaleć i lepiej przespać jego wybryki. Rzeczywiście, w tym momencie, przyszła zdradliwa, łamliwa fala i wspólnie z doktorem wykonaliśmy niezłe piruety zanim opuściliśmy salon.

W następnym pomieszczeniu, zastałem samotnego Seweryna, który uparcie pracował na komputerze, uprawiając dziennikarstwo, bowiem tak się tu wszystkim przedstawiał. I Seweryn był zły, wręcz wściekły, bowiem marzył o tym, aby przeżyć jakieś epokowe wydarzenie, nadzwyczajny moment w jestestwie Natury – burzę, sztorm, trzęsienie ziemi, wybuch wulkanu, powódź.

A tymczasem chyżo umykaliśmy przed sztormem.