2 lutego, 2014 – Toronto – Nowy Jork…

W ramach wdrażania programu dżender, jak mówi i pisze wielu mych rodaków, oraz by oko zbielało ks. Oko, donoszę że jestem spakowana. Za piętnaście minut wyruszam na lotnisko. Dystans z Toronto do Buenos Aires – 8980 kilometrów.

Przejazd na lotnisko w Toronto.

1

Odprawa poprzez wydzielony i zamknięty sektor amerykański, bo najpierw lecimy do Nowego Jorku (około dwóch godzin). Sektor amerykański jak państwo w państwie. Sztywno, nieprzyjemnie, niemal po sowiecku. Odpowiadać tylko na pytania, żadnych poufałości czy żartów.

W Nowym Jorku na lotnisku J.F. Kennedy prawie dwie godziny przerwy, wędrówka przez hole wielkiego dworca, kolejna odprawa i następny samolot, amerykańskich linii American Airlines. Nocny lot do Buenos.

W samolocie rozmowa z Walerią, Argentynką, która leciała z dwójką swych chłopczyków, nadzwyczaj grzecznych. Mieszka na stałe w Nowym Jorku, gdzie jej mąż, Walijczyk z pochodzenia, pracuje przy ONZ. Waleria przez pięć lat uczyła w szkole geografii. Stale doucza dzieci w domu, bo inaczej – twierdzi – ich wiedza o świecie będzie wyrywkowa i pobieżna. W tym tygodniu będzie ślub jej młodszej siostry z Amerykaninem holenderskiego pochodzenia. „Z takim prawdziwym Amerykaninem – mówi Waleria – nie ma co się związywać. Liczą się tylko Europejczycy”. Nie zapytałem jak wygląda taki prawdziwy Amerykanin.

Potem rozmawiamy o Argentynie, o kraju z przetrąconym kręgosłupem. Skorumpowanym, z warstwą egoistycznych bogaczy. Klasa średnia systematycznie spada do obszaru biedy. Opowiadała, że w przeszłości sprzedawano za dolara 1000 hektarów ziemi. Jej dziadek miał milion hektarów. W rozsypce lat 90-tych, która trwa do dzisiaj, pojawili się desperaci. Jej babcię porwano z ulicy i zażądano sześć tysięcy dolarów okupu. „To się zrobił wariacki kraj” – dodaje. „Mogę go tylko odwiedzać, żyć się tam nie da. Boję się sama wychodzić z domu po zmroku, a nawet już w ciągu dnia”.

Zastanawiam się, czy atmosfera społecznego lęku w kryzysie, destabilizacja i gwałtowne przemiany nie prowadzą do wyolbrzymiania problemów. Przypomniała mi się moja pierwsza wizyta w Polsce, w 1994 roku, gdy sporo osób z rodziny ostrzegało mnie bym nie chodził po zmroku, nie mówił skąd jestem, itp., itd. A jak jest w Buenos Aires?

Za pierwszym razem, gdy byłem tam w 2011 roku, mieszkając w centrum, w całkiem przyzwoitym hotelu, spotkałem się z dużą życzliwością młodej obsługi. Musiałem wcześniej wymóc zmianę pokoju, bo był nieco obskurny i w zamian zaofiarowano mi dwupokojowy apartament i to w tej samej cenie. Ostatniego dnia pobytu zostałem nawet zaproszony na pożegnanie jednej dziewczyny, studentki, która kończyła swą pracę w recepcji. Był tort, wino, żartobliwe rozmowy.

Do hotelu dojechałem taksówką z dworca autobusowego Retiro, gdzie dotarłem dalekobieżnym autobusem z Mendozy. Do Mendozy dojechałem innym autobusem, z Santiago de Chile, dzięki czemu po raz drugi (pierwszy raz autem) przejechałem wspomnianą drogę w górach, zwaną Caracoles.

2

Zdjęcie z 2011 roku

Dworzec autobusowy Retiro to było połączenie małego horroru z niezwykłym szczęściem. Horrorem była próba wyciągnięcia z automatu bankowego pieniędzy. Pomógł mi młody urzędnik bankowy, jednocześnie doradzając, abym jak najszybciej wyszedł z tego dworca i pojechał taksówką do hotelu.”Tu kręcą się liczne złodziejaszki i lepiej pilnować swoich rzeczy”. A ja, pół godziny wcześniej, jakoś dogadałem się z kelnerką w rozległej restauracji, żeby pod jej opieką zostawić walizkę i komputer przy stoliku. Gdy tam wróciłem zamarłem. Przy pustym stoliku, na samym widoku tkwiły moje rzeczy, a kelnerka była daleko w drugim kącie sali. Moje rzeczy mogłyby, w obliczu zawodowego złodzieja, zniknąć w paręnaście sekund. Nie miałem nawet siły ofuknąć kelnerki za złamanie przyrzeczenia i dziękowałem losowi, iż niczego nie straciłem.

Po mieście włóczyłem się moim starym sposobem – wyznaczałem sobie jakąś stację metra (Subterraneo) w danej dzielnicy i stamtąd próbowałem wracać do hotelu na piechotę. To metro jest najstarsze nie tylko w Buenos i Argentynie, ale w obu Amerykach (pierwsza linia z 1913 roku).

I tylko, jak już wspomniałem, raz usiłowano mnie okraść na ulicy pod pozorem pomocy i wytarcia ochlapanej czymś mej kurtki. Kobieta nawet namawiała mnie do pójścia z nią do łazienki. Tam czekał zapewne jej partner, by mi przyłożyć nóż do gardła lub dać w łeb. Skąd wiem? Bo gdy ofuknąłem kobietę i to po hiszpańsku – przypomniał mi się tytuł powieści chilijskiej „ El obsceno pájaro de la noche” (Plugawy ptak nocy) i tak ją nazwałem – z piskiem opon zatrzymał się przy nas samochód i jakiś facet wściekłym głosem przywołał ją do środka i natychmiast odjechali.