19 – 21 lutego, 2014 – Ushuaia

Dzień Pierwszy (19)

Widoki poranne z poziomu naszej piwnicy niezbyt optymistyczne.

1

Ale po wejściu na wyższe kondygnacje, jakaż różnica!

2

Przy śniadaniu spotkałem wczorajszego, zawianego osobnika i przyciąłem mu tak kąśliwie, że nasza gospodyni, Ana Bermudez, szybko zarządziła między nami rozejm. Podaliśmy sobie ręce i się przedstawiliśmy: Ian – Christopher. Anglik Ian jest właścicielem jednego ze statków pływających do Antarktydy. Powiedział, że dokonałem właściwego wyboru. Statek “Ushuaia” jest bardzo dobry i ma świetnego kapitana.

Z jadalni, mieszczącej się na drugim piętrze, widok na góry, częściowo ośnieżone pod szczytami.

3

4

Dom, bo swą atmosferą nie przypomina hotelu, posadzony na kamieniu i drewnie, z wygodnymi meblami, wieloma roślinami, włącznie z rysunkami dziewięciu najbardziej popularnych rosnących dziko na wyspie

5

i malarstwem na ścianach i korytarzach. Niektóre obrazy, całkiem ciekawe, namalował syn gospodyni. Wielki portret Picassa namalowała jej przyjaciółka.

6

Ana była profesorem na uniwersytecie w Buenos Aires. Albo przeszła na wcześniejszą emeryturę, albo rzuciła wszystko i sprowadziła się do Ushuaia. Mimo ciekawości i reporterskiej dociekliwości czasem nie wypada drążyć dalej. Tym bardziej, gdy ludzie nie kontynuują zaczętego wątku.

Po śniadaniu, gdy się wreszcie Seweryn z domu wynurzył,

7

wyruszyliśmy na miasto, które od razu mnie zachwyciło. Co za położenie! Rozłożone tarasowo na wzgórzach,

8

w krajobrazie przypominającym przeplatankę Norwegi z Brytyjską Kolumbią w Kanadzie. Tym bardziej, że w porcie stoi wielki wycieczkowiec,

9

a nabrzeże zawalone kontenerami ze świata.

10

Lecz tu jeszcze większa zmienność i kapryśność pogody. Luksusowe hotele, kasyno, eleganckie sklepy pełne zachodnich marek

11

12

13

obok przeciętnych hoteli (tzw. hosterie i hospedaje), podniszczonych domów, popękanych i nierównych chodników. I jak wszędzie w Ameryce Płd. dzielnice ubogie (barrios). Głównie w dwóch rejonach; na niektórych wzgórzach, z pięknym widokiem na port i kanał Beagle – tylko czy to wynagradza biedę? – i na obrzeżach miasta. Także niezwykła plątanina przewodów, czasem ze zwisającymi beztrosko nad chodnikiem drutami. Wrażenie jakby człowiek był pod jakimś uzwojeniem. Bardzo psuje to krajobraz a czasem uniemożliwia robienie zdjęć.

Poszliśmy na długi spacer bulwarem nad zatoką,

14

obserwując miasto pnące się po stokach. Za nimi góry, z małymi polami lodowcowymi i szczytami o piramidalnych kształtach.

15

16

Góry i ocean, fiordy, długi przesmyk zwany kanałem Beagle.

17

18

Na przeciwległym brzegu nierealna droga, wychodząca jakby wprost z wody.

19

Zaglądnęliśmy do portu, skąd za trzy dni mieliśmy wypłynąć na Antarktydę.

20

21

22

23

W głębi port wojenny marynarki argentyńskiej.

24

Przy brzegu wrak statku „Święty Krzysztof”, który ma za sobą niezwykłe dzieje losu.

25

Zbudowany w USA, jako holownik ratowniczy dla marynarki wojennej, pod nazwą „Justice”, w ramach programu pomocy Lend-Lease przekazany został Wlk. Brytanii, gdzie służył w Królewskiej Marynarce i brał udział w inwazji na Normandię w 1944 roku. Po dwóch latach zwrócony USA, został sprzedany armatorowi z Buenos Aires i pod flagą Kostaryki i nową nazwą „Św. Krzysztof”, został wyczarterowany w 1953 roku do operacji ratowniczej w kanale Beagle, gdzie zatonął wycieczkowiec kompanii Hamburg -Ameryka Południowa i parę mniejszych jednostek argentyńskich. W rok później, uszkodzony ster i kłopoty z turbiną silnika, doprowadziły do porzucenia statku, który ostatecznie w 1957 roku osiadł na mieliźnie. Dopiero w 2004 roku usunięto resztki paliwa i od 2013 stał się pomnikiem upamiętniającym wszystkie wraki z regionu kanału Beagle i innych nader skomplikowanych przejść i przesmyków Tierra del Fuego. Od wieku XVIII zdarzyło się tutaj sporo morskich katastrof. Dziś wrak opanowali nowi lokatorzy.

26

27

Port jest pięknie położony, dostępny dla dużych i małych jednostek.

28

29

Wzdłuż brzegu, gdzie brodziły czajki,

30

zawróciliśmy ku miastu. Od strony kanału,

31

na tle ośnieżonych i „dymiących” gór,

32

miasto wyglądało jeszcze piękniej.

33

34

Niedaleko portu natrafiliśmy na informacje turystyczną, gdzie przyjęła nas bardzo miła pani i zasugerowała odwiedzenie dwóch miejsc – parku narodowego oraz instytutu badawczego. Wróciliśmy znów w stronę kanału, mijając ciekawie usytuowany dom

35

i doszliśmy na drugą stronę zatoki,

36

skąd zobaczyliśmy panoramę innej części miasta.

37

W pewnym miejscu ukazało się poletko nadzwyczaj kolorowych łubinów

38

i za nim rzeźbiona głowa, upamiętniającą tutejszych Indian Onas lub Yamana.

39

Ekspresja w twarzy rzeźby wyraża wszystko, jeśli sobie uzmysłowimy, że Yamana – już tylko jako Metysi – pozostało około dwóch tysięcy. Znamy imię ostatniej, autentycznej Yamana: Cristina Calderon, na której szczep się zakończy w “czystej” postaci.

Po paru minutach dopadł nas straszliwy smród miejskich ścieków. W tle piękna panorama,

40

której nie dało się oglądać z racji fetoru. Czyżby nie było tutaj oczyszczalni? Takie podejście dokładnie pasuje do beztroskiego zaśmiecania Patagonii, po której hasają, poniesione porywistym wiatrem, plastykowe butelki, torby i opakowania, a na poboczach poniewierają się szklane butelki, puszki, strzępy opon lub w całości. Papier na szczęście szybko się rozkłada. Podobnie jak zabite zwierzęta, które służą za pokarm drapieżnikom, w tym głównie skrzydlatym.

Wdrapaliśmy się na górkę, gdzie jest usytuowany instytut CADIC – Naukowe Badawcze Centrum Południowe (Centro Austral De Investigaciones Cientificas).

41

42

Stąd kolejne spojrzenie na Ushuaię.

43

44

45

Świeżo wyrąbana polana na stoku pod nowe, raczej ubogie domy.

46

Po prawej przecinka wyglądająca na stok narciarski.

47

Na froncie instytutu

48

i wokół niego kolorowe łubiny.

49

50

Byłem ciekaw czym się zajmują w swoich badaniach, ale portier nie mógł się z nami porozumieć. Nieco zrezygnowani wyszliśmy na zewnątrz. Akurat podjechało auto, skąd dobywały się dźwięki Led Zeppelin. Wysiadł młody człowiek i gdy go zagadnęliśmy, swobodnie porozumiał się z nami po angielsku. Inżynier Pablo Eduardo Lerzo, koordynator administracyjny instytutu, przepraszał, że nie może nam zbytnio pomóc, bowiem wszyscy są albo w terenie, albo bardzo zajęci na miejscu. Jednakże poprosił abyśmy chwilę zaczekali. Powrócił po paru minutach oznajmiając, że mamy niezwykłe szczęście. Naczelny dyrektor instytutu jest akurat wolny i chętnie nas przyjmie.

Doktor Jorge Rabassa, prowadzący instytut od 28 lat, powitał nas w swoim gabinecie i opowiedział o pracach instytutu. Zatrudnia stu pracowników i trzy główne pola badawcze to geologia, biologia i archeologia regionu Ziemi Ognistej. Największym problemem są bobry, sprowadzone przez rząd argentyński, w roku 1946, z Kanady. Ktoś pomyślał o handlu cennym futrem tych zwierząt, ale zapomniał, iż nie mają tu żadnych naturalnych wrogów. W Kanadzie populacja bobrów jest regulowana przez polujące na nie wilki i niedźwiedzie. Na Ziemi Ognistej, ilość bobrów wzrosła z 50 sztuk do przeszło 200 tysięcy. Handel futrami bobrzymi w ogóle się nie przyjął. Ścinając drzewa i zalewając wielkie obszary lasu bobry niszczą środowisko. Teraz, za wszelką cenę, chce się je wyeliminować.

Zdumiałem się, gdy na moje pytanie o możliwości współpracy z naukowcami z Chile, dyrektor żachnął się i machnął tylko ręką, “Niemożliwe – wypalił – odkąd tu jestem nie pamiętam takiego momentu”. I po chwili dodał “Polityka, proszę pana”. Z korzyścią dla bobrów, bo wytępienie ich po stronie argentyńskiej, bez współpracy z Chile, nie przyniesie żadnego efektu. Bobry, po paru miesiącach, przejdą spowrotem z terytorium chilijskiego. Podziękowaliśmy za informacje i czas nam poświęcony i wróciliśmy do miasta. Za parkingiem instytutu ukwiecone drzewa,

51

przy podjeździe do głównej ulicy ozdobny budynek, pięknie nawiązujący kształtem do szczytów gór.

52

Ludzie są tu bardzo uczynni. Miałem kłopot z aparatem Olympus, przestało działać ładowanie baterii. Trafiłem na sklep foto, gdzie właściciel tak długo próbował różnych sposobów, aż wreszcie znalazł rozwiązanie, za które w dodatku niewiele zapłaciłem. Nawet kupno zwykłych, czarnych nici w małym sklepiku, okazało się sympatycznym ceremoniałem.

Wróciliśmy do miasta, gdzie na głównej ulicy

53

54

natrafiliśmy na specjalny znak przypominający nam gdzie jesteśmy – Patagonia i położenie Ushuaia: 54 stopień szerokości geograficznej południowej. Najdalej ulokowane na południu miasto na Ziemi.

55

Poszliśmy na kawę i lody. W kawiarni tłum Europejczyków, głównie Niemców i Francuzów. Pod sufitem telewizor z którego lała się, jak wszędzie na świecie, głupota. Mydlane opery zastępujące życie wymarzone i reklamy pełne kretyńsko uśmiechniętych szczęśliwców, bo akurat coś nabyli lub uzyskali pożyczkę z banku. Dokąd zmierzamy???

Postanowiliśmy wrócić na tę samą trasę, którą pokonywaliśmy ostatniej nocy, aby zobaczyć wszystko w świetle dnia. Wspięliśmy się na górny, najwyższy taras ulic miasta. Potężny hotel

56

i za nim to co widzieliśmy wczoraj jako morze migających świateł.

57

58

59

Rogatki miejskie,

60

a potem już tylko wijąca się droga w górach.

61

62

63

Mniejszy hotel za miastem, wprost na skale.

64

I otwierająca się panorama gór wypełniona różnorodnymi kolorami.

65

66

67

68

69

Za parę minut trafiliśmy do wspaniałego miejsca, na dobitkę z wyczerpującymi objaśnieniami. Mały parking pod skałą i wspinam się na podest, gdzie opis gór ze zdjęciami i geologiczną terminologią.

70

Pod każdym tekstem zdjęcie wprost z krajobrazu rozciągającego się przed nami. Zrobię inaczej – najpierw umieszczę zdjęcie, a pod nim objaśnienie.

71

Wąska grań z ostrą krawędzią wyrzeźbioną przez zamarzającą wodę.

72

Szczyt piramidalny wygładzony podczas zlodowacenia

73

Rozległa dolina z urwistymi ścianami, stworzona przez erozję na czole lodowca, który wciąż jest obecny
74
Zawieszona dolina U-kształtna ponad doliną główną

75

Obcięta ostroga czyli trójkątny klif utworzony przez lodowiec, który wyciął ostrogę zalegającą dawniej poprzez całą dolinę.

76

Wielkie torfowisko na dnie doliny. Rosną tam wodne rośliny (głównie mchy) w płytkiej i spokojnej wodzie w zimnym i deszczowym klimacie. Torfowisko jest bardzo ważne bowiem reguluje odpływ wody i jest siedliskiem wielu różnorodnych gatunków. To torfowisko jest zarazem zapisem historii od 8 000 lat.

Na laminowanym zdjęciu, gdzie lokalny patriota doczepił karteczkę z hiszpańską nazwą „geologia”, są podane wysokości okolicznych szczytów.

77

W całym krajobrazie wyraźne piętno erozyjnej działalności lodowców – w dolinach i na tysiąc metrowych szczytach, na górskich morenach i w zawieszonych dolinach, poprzez przebieg jezior i krętych rzek, w rozległych bagnach punktowanych suchymi pniami drzew.

78

Można sobie wyobrazić jak to wyglądało miliony lat temu, owa dolina Carbajal, na kolejnym rysunku-schemacie.

79

I od razu porównać ze stanem dzisiejszym.

80

Skały z formacji Le Maire przemienione i zakrzepłe 200 milionów lat temu. Andy Fuegiańskie w pełnej krasie, sięgające miejscami 1500 metrów nad poziomem morza, biegnące na kierunku wschód-zachód. Zadziałał nacisk trzech płyt tektonicznych– południowo-amerykańskiej, skotiańskiej i antarktycznej,

81

które przełamały ustalony kierunek pasm górskich, owego gigantycznego kręgosłupa Ameryki Południowej – Andów, usytuowanych na kierunku północ- południe.

Korzystając z ładnej pogody pojechaliśmy jeszcze dalej drogą wijącą się pomiędzy górami.

82

83

84

Las na stokach zrobił się gęstszy,

85

86

minęliśmy kawalkadę motocykli z naprzeciwka,

87

a potem pojawił się tunel w przebudowie, z wiszącym nad nim wyciągiem krzesełkowym.

88

W zachodzącym słońcu dojechaliśmy do przełęczy Garibaldiego, gdzie się zatrzymaliśmy.

89

Podszedłem kawałek piechotą i skusiłem się na nieco karkołomną wspinaczkę po pochyłej ścianie. Czepiając się gałęzi drzew i wykorzystując skalne załomy, wdrapałem się na wysokość paru metrów nad poziomem drogi i oparty plecami o skałę robiłem zdjęcia. W dole dwa jeziora: małe Escondido i w głębi, za nim, olbrzymie Fagnano, które rozciąga się niemal 100 km, leżąc w tektonicznej depresji.

90

Gdy zszedłem ze skały i odpoczywałem w punkcie widokowym

91

pojawiły się dwa, ubarwione ptaki.

92

93

Postanowiliśmy pojechać jeszcze dalej i przyjrzeć się wielkiemu jezioru. Po zjeździe z przełęczy znów nadzwyczaj kolorowe skały,

94

95

potem bardziej płaski odcinek

96

ze zwiększonym ruchem

97

98

i wyłoniło się Fagnano.

99-fagnano-lake

100

101

102

Stanęliśmy przy wysokiej skarpie,

103

za którą odsłonił się widok na długą groblę i pierwszą zabudowę miejscowości Tolhuin.

104-tolhuin

Po lewej, do jeziora schodziła żwirowa droga dochodząca do sporej hosterii, z małymi domkami wokół.

105

Podjechaliśmy Trójką do rzeki Turbio (ta nazwa powtarza się w przypadku różnych rzek w Argentynie i Chile)

106

i podziwialiśmy krajobraz okolicy w zachodzącym słońcu.

107

108

109

Gdy zapadały już ciemności zawróciliśmy do miasta.

110

Wjechaliśmy na główną ulicę,

111

by sprawdzić gdzie lokuje się biuro wynajmu aut Hertz. Pojutrze bowiem mieliśmy oddać Rolecika. Zdążając do naszej kwatery innymi ulicami, natrafiliśmy na poruszający pomnik strażaka z dzieckiem na rękach.

112

Dzień Drugi (20)

Czas nad dopadł i trzyma za gardło. Zewsząd dostaję sygnały, iż ludzie nie mogą sobie dać rady z czasem. Elektronika obiecywała czas skrócić a okazało się, że wydłużyła i stworzyła nowy rodzaj uzależnień. Czasu ludzie nie mają, czując że jednocześnie ich pożera. Już nawet młodzi narzekają na skracające się życie. Chyba daliśmy się wrobić, opętać przez pośpiech. Myślę, że wielu osobnikom jest to na rękę – im większa nerwacja i zagonienie tym lepiej, bo więcej można z ludzi wydusić, nie ma czasu na zastanowienie, a jeszcze mniej na refleksję.

Dlatego spokojnie sobie ściubię kolejny odcinek peregrynacji moich nie przejmując się, że już się odbyły. Jakie to ma znaczenie. Widoki i przeżycia nie uciekną, ani nie zblakną w najbliższych latach. Ba, nawet lepiej, bo soczystości nabiorą, nieco lepszego spojrzenia z dystansu. I mój duch opiekuńczy ze “Zwierciadła”, pani Monika S., też mnie nie popędza. Jednym słowem – luksus.

Rankiem Sewerynowym, czyli koło jedenastej, po mych burczeniach i popędzaniach na które Seweryn ma zawsze argumenty – pogoda klaruje się dopiero po dwunastej, niezdrowo jest się spieszyć, wystarczy pięć godzin snu (Seweryn pisze swój blog w pocie czoła po nocach, czasem do świtu niemal plus śle obfite, upoetycznione maile) – pojechaliśmy do parku Tierra del Fuego; przy pięknej pogodzie z nieco dokuczliwym, niezwykle wysokim tutaj ultrafioletem. Przemknęliśmy przez miasto, ze zbierającymi się na ulicy psami,

1

minęliśmy port z dwoma sporymi wycieczkowcami

2

i dopadliśmy przedmieść, tym razem od przeciwnej strony Ushuaia.

3

Granica parku zaczyna się niedaleko miasta,

4

zaraz za nią turystyczna atrakcja – Pociąg na Końcu Świata (El Tren del Fin del Mundo).

5

6

Mieliśmy do wyboru dojazd na kraniec Ruta Tres, przy coraz bardziej klarującej się pogodzie, lub zabranie się pociągiem. Obu rzeczy nie dało się pogodzić, tym bardziej, że chcieliśmy pospacerować po parku i ewentualnie zobaczyć bobry, które gdzieś się zaszyły i tylko widać było ślady ich gospodarowania. Bóbr jest jedyną istotą, obok człowieka, która zmienia oblicze powierzchni Ziemi poprzez swoje roboty inżynieryjne – tamy i zalewy. Ostatni pociąg odjeżdżał za niepełną godzinę i po powrocie zostałoby nam tylko pół godziny do zamknięcia parku. Przeto wybraliśmy park i ruszyliśmy dalej przejeżdżając nad typowo górską, rwącą rzeczką o wdzięcznej nazwie Pipo.

7

Wpada ona z kolei do dużej rzeki, leniwie płynącej w szerokiej dolinie.

8

9

Brama do parku,

10

drobna opłata i na koniec świata prowadzi żwirowa droga przez las.

11

12

Jechaliśmy około dwóch godzin, las miejscami rzedniał i otwierały się wielkie, rozległe doliny wypełnione jeziorami.

13

14

15

I dobiliśmy do końca ruty 3, prowadzącej z Buenos Aires do mostu nad rzeką Lapataia, przed którą właśnie sobie staliśmy.

16

17

Ruta Nacional 3, zaczyna się w stolicy ulicą Avenida General Paz i prowadzi poprzez pięć prowincji.

17a-ruta-3argent

Mapka z Internetu

Najdłuższy odcinek jest w prowincji Buenos Aires (949 km)i ponosi się tam opłaty drogowe. Od 1990 do 2003 roku, reperacje i administrowanie tym odcinkiem było w posiadaniu prywatnych kompanii. Obecnie jest tylko jeden, państwowy zarządca. Opłaty nas ominęły bowiem kończą się przy Bahia Blanca a my wystartowaliśmy z Trelew. Na 3079 kilometrów drogi przejechaliśmy nią 1606 km, czyli trochę więcej niż 50% całości.

Oczy mi się zaświeciły, gdy na spodzie zobaczyłem informację – Alaska 17 848 kilometrów. Niespełnione marzenie, by przejechać obie Ameryki wzdłuż Pacyfiku. Są tacy, którzy próbują przebyć tę trasę piechotą. Jedyna przerwa na Trójce to cieśnina Magellana, około pięciu kilometrów szerokości w miejscu przeprawy promowej. Za Bahia Blanca, od 719 do 2674 km, decyzją z sierpnia 1983 roku, nazwano drogę imieniem komendanta Luisa Piedrabuena. Piedrabuena (1833- 1883) był jednym z najsłynniejszych żeglarzy argentyńskich i jego wyprawy na południe, do niemal niezamieszkałego, niczyjego obszaru, skonsolidowały suwerenność narodową nowego państwa. Jest uznawany za jednego z najważniejszych bohaterów Patagonii.

Przeszliśmy przez most i poszliśmy jeszcze dalej,

18

docierając do zatoki Lapatia,

19

na krawędź kanału Beagle, za którym widzieliśmy w oddali góry na wyspie Navarino,

20

21-2

a za nią już ostatni etap do przebycia, tylko wodą, poprzez kolejne przesmyki i kanały, by móc dopłynąć do archipelagu chilijskiego Wollaston, stanowiącego Park Narodowy Cabo de Hornos, gdzie na ostatniej, skrajnie południowej wysepce, jest mityczny przylądek Horn. W wodach zatoki taplały się różne ptaki wodne,

22

23

po ścieżkach przemieszczało się nawet sporo ludzi.

24

Do nas dotarło trzech, barczystych łazików, zachłannie kurzących cygarety. Okazali się Serbami i po paru minutach rozmowy zgodnie stwierdziliśmy, że tego dnia koniec świata opanowali Słowianie.

Wokół pyszniła się wczesna jesień

25

26

i na drzewach bujnie rozwinęło się coś podobnego jemiole,

27

półpasożyt zwany farolito (zwą go też chińskim lampionem). Żyje z reguły na drzewach z rodziny Nothofagus (lenga, coihue), czerpiąc z nich soki. Kwitnie, w postaci małych żółtych kwiatków, dopiero przy końcu zimy.

28

Niedaleko rzeki Ovando,

29

wreszcie natrafiliśmy na ślady działalności bobrów.

30

31

Potem cała kolonia, tym razem ciemnozielonych farolitów

32

33

i znów żółte, które obsiadły uschłe drzewo.

34

Z parku wyjechaliśmy w ostatnim momencie i wtedy dokładnie zwiedziliśmy wspomnianą stację kolei.

35

Linia kolejowa powstała dlatego, że Ziemia Ognista w końcu XIX wieku była karną kolonią. Aby ułatwić transport materiałów budowlanych zbudowano drewniane tory (szerokości 60 cm) po których wagony ciągnęły woły. Od 1909 roku tory przebudowano (szerokości 58 cm) i wagony ciągnął parowóz. Linię, w miarę wycinania drzew, wydłużano w głąb lasu poprzez parowy i doliny i na stokach wzgórz. Więźniowie zaopatrywali Ushuaię w drewno i stanowili tanią siłę roboczą. Doprowadziło to do rozwoju miasta, ale także do powiększenia ilości baraków więziennych, a co za tym idzie, liczby więźniów. Więzienie zamknięto ostatecznie w roku 1947. Potem silne trzęsienie ziemi zniszczyło linię kolejową. Rząd postanowił kolej odbudować, lecz była nierentowna i zamknięto ją w 1952 roku.

W 1994 roku linię ponownie przebudowano (szerokość torów 50 cm),

36

utrzymując w starym stylu XIX-wiecznym – nowy, stylizowany parowóz zakupiono w Anglii, inny wyprodukowano w Argentynie. Park parowozowy obejmuje też trzy dieslowskie lokomotywy i każda z nich ma swoje imię.

37

38

Na przykład, ta z Anglii, nazywa się…hm…Camila.

39

Stacja początkowa zwie się “Koniec Świata”, z niej

40

41

przejeżdża się malowniczymi terenami doliny Pico, do stacji zwanej Cascada de la Macarena, gdzie w czasie przerwy można wspiąć się na wzgórze i posłuchać opowieści o szczepie Yamana. Następnie pociąg wjeżdża na teren parku narodowego, kończąc bieg na stacji El Parque.

Stacje są małe;

42

43

początkowa z wkomponowanymi w podłogę dworca starymi torami,

44

ozdobnym peronem

45

i flagami różnych państw w budynku służącym za warsztat, restaurację i poczekalnie zarazem.

46

Zbiegiem okoliczności, na czołowej ścianie znalazłem zdjęcie lokomotywy argentyńskiej o tym samym imieniu jakie posiada, zamieszkała w Sopocie, moja argentyńska kuzynka, lektorka języka hiszpańskiego na Uniwersytecie Gdańskim – Nora. A co pod spodem? Polska flaga.

47

Nie czułem się najlepiej z żołądkiem i w bufecie stacyjnym wypiłem kieliszek chilijskiej wódki pisco. Od razu zrobiło mi się lepiej…..

Przejazd pociągiem w tę i spowrotem kosztuje 290 peso (około 40 dol. US lub 109 zł).

48

Dla bogatych klasa pierwsza z szampanem i jadłem za tysiąc peso.

49

Dla nich powinny być jeszcze inscenizowane napady – dawać zegarki, biżuterie i pieniądze!!! – a po powrocie, na końcowej stacji, wszystko grzecznie zwracane, z tym, że pieniądze już z procentem.

Pożegnalne zdjęcie stacji

50

i okolicy

51

i wracamy do Ushuai, która pokazuje się na tle chmurnego nieba.

52

Ostatni odcinek drogi przedziwny. Rozmiękły i z gliniastym jęzorem.

53

Przemykamy koło przystani marynarki wojennej

54

i jedziemy do wypożyczalni, skąd wziąłem parkę na antarktyczną wyprawę (depozyt plus opłata za wynajęcie). Na ulicach luz wśród młodych, dalej ciepło.

55

Wewnątrz przedsionka kawiarni zoczyłem szczególnego turystę.

56

Kolacja w barze – rewelacyjne casserole z krabów z dodatkiem roqueforta i białe wino. Kręcimy się jeszcze trochę po mieście

57

i wjeżdżamy na górną terasę prowadzącą do naszej hosterii. Nagle zmiana pogody. Zaczęły nadciągać chmury.

58

W naszym pokoju znów było chłodno i wilgotno. Obaj w nocy nie znosimy przegrzanego pokoju, ale byliśmy zmuszeni uruchomić na dwie godziny gazowe ogrzewanie.

Dzień Trzeci (21)

Od rana łaziłem po domu i fotografowałem.

1

Poszczególne pomieszczenia i obrazy na ścianach, które mnie się podobały.

2

3

4

5

6

7

8

9

10

Gwałtownie zmieniła się pogoda.

11

12

Porywisty, bardzo zimny wiatr. Przed dziesiątą równie nagłe uspokojenie. Zjechaliśmy w dół, do miasta, gdzie pożegnaliśmy się z dzielnym Rolecikiem. Z Trelew do Ushuaia, plus wypady w okolice, zrobiliśmy nim w sumie 3458 kilometrów. Potem godzinny spacer w poprawiającej się pogodzie.

13

14

W porcie wielki wycieczkowiec o fikuśnej nazwie – „Golden Princess” (Złota Księżniczka).

15

Księżniczka gigant – dziewięć pokładów, baseny, restauracje, sale gimnastyczne. Pewnie z dwa tysiące pasażerów i tysiąc osób obsługi. Kołchoz. Kombinat.

16

Poszliśmy dalej górną terasą miasta,

17

18

19

potem zeszliśmy na dolną, minęliśmy port

20

i zawitaliśmy na późny lunch w “Marcopolo”, gdzie przekomarzaliśmy się nieco z Marią. Seweryn prawił jej komplementy. Ach, my, starsi panowie…

Znów łażenie po mieście, włóczęga po różnych zakamarkach.

21

22

23

Pod wieczór lądujemy w kawiarni. Długie posiedzenie. Wyczytuje z wydruku wiadomości o Traktacie Antarktycznym. W latach 1957-58 był Międzynarodowy Rok Geofizyczny. Pamiętam jak mówiliśmy o tym w szkole podstawowej. W grudniu 1959, w Waszyngtonie, 12 państw biorących udział w Roku Geofizycznym, podpisuje Traktat Antarktyczny, stanowiący o kooperacji państw we wspólnym zagospodarowywaniu Antarktydy – bez przemysłu i kopalnictwa, ze swobodą naukowych badań, bez jakiejkolwiek militarnej aktywności. Strefa pokojowa i pod kompletną ochroną. Kontynent – park. Spory terytorialne zawieszone lub odłożone ad acta. Było to pierwsze pokojowe porozumienie w sprawach wojskowych w czasie Zimnej Wojny. Współpraca uczonych i załóg z odmiennych systemów politycznych – Wschodu i Zachodu. W 2014 w Traktacie partycypują 53 państwa, współpraca przebiega bez zakłóceń i główny sekretariat Traktatu umieszczono w Buenos Aires. Strefa na południe od 60 stopnia szerokości pozostaje totalna strefą pokojową. Szkoda, że nie może być przykładem dla innych, podobnych działań, tym bardziej teraz, gdy padł totalitarny system komunistyczny.

Spojrzałem za okno. Na jednej ze ścian obskurnego domu zgrafizowane zdjęcia Nerudy, Jary i Mercedes Sosy, słynnej argentyńskiej śpiewaczki zwanej La Negra.

24

Obok zdjęcia tytuł jej pierwszego albumu – La Voz de la Zafra, z 1959 roku.

25

Na drugiej, długiej ścianie, dzieci Yamana. Młode pokolenia, uśmiechnięte, może bardziej szczęśliwe, może z lepszymi perspektywami.

26

Sięgnąłem po kartkę….

wspierani obrazem zbiorowości

Ushuaia kawiarnia Andino

oszklony róg Cabo de Hornos

dla samotnych żeglarzy

Ushuaia dwudziesty pierwszy luty

dom naprzeciwko z twarzami

latynoskich artystów

U – szu – aja

odmęty dwóch oceanów

rozrywanych zachodnim wiatrem

żagle podarte kompas roztrzaskany

załoga przepadła chmury

nieustannie w jednym kierunku

gwiazdy wyciszone potęgą słońca

nigdzie już nie da się uciec

od tłumu do cichej

samotności

lubię jedno i drugie

tu w Ushuaia

gdzie można osmotycznie przeniknąć

na obie strony

Wracając natrafiliśmy na dostojną rezydencję.

27

Lecz nasze siedlisko, wydało się nam obu o wiele bardziej przytulne.

28