18 lutego, 2014 – Rio Gallegos – Ushuaia

W nocy deszcz chlastał po ścianach i dachu hotelu. Rano dalej lało i spadła temperatura. Patagonia pokazała swe wredne oblicze. A w hotelu “Comercio” sitko prysznica jest wielkości talerza.

W mieście dużo angielskich napisów, wprost odwrotnie do znajomości tegoż języka. Wczorajsza kolacja na przykład, w restauracji “Britanica”, gdzie obsługiwał nas nieco lizusowaty kelner. Niby znał angielski, ale ciągle były jakieś nieporozumienia. Siedząca obok starsza pani, bardzo gadatliwa, zaoferowała nam resztę swej porcji, wprost z talerza, bo już nie dawała rady. Jednym słowem lokalne klimaty, które okrasiłem świetnym winem z Mendozy typu Malbec.

Powoli wskakują na język hiszpańskie słowa ułatwiające kontakt. Lecz gdy o coś zapytasz po hiszpańsku, otrzymujesz kwiecistą odpowiedź. Najpierw jest konkret, potem wiele dodatkowych ozdobników i jesteś po chwili zagubiony.

Przy śniadaniu dwie pierwsze wiadomości w TV: Ukraina – Majadan dalej się kotłuje i Wenezuela – rozruchy. Korzystając z tego, że Seweryn się grzebał wyszedłem na krótki spacer po przemokniętych ulicach.

1

2

Wyjechaliśmy przed jedenastą w lekko padającym deszczu. Lecz za chwilę się rozjaśniło,

3

minęliśmy na rogatkach ładny herb prowincji Santa Cruz,

4

za którym, po prawej stronie drogi, rozciągało się istne cmentarzysko poległych kierowców. To już reguła – przy drogach dojazdowych do miast zwiększa się ilość grobów.

5

Potem znów rozwarła się patagońska przestrzeń naznaczona płatnościami. W naszym przypadku 110 pesos.

6-oplata

Naszła mnie refleksja, że poruszanie się na wielkich przestrzeniach, z dwoma małymi walizkami i dwoma plecakami plus komputer udowadnia, iż wleczemy przez życie, i to w trybie osiadłym, nadmiar gratów.

Za miastem nikt nie przestrzega szybkości, nawet przy zalecanej 110 na otwartej przestrzeni. Gnają 140 do 180 km na godzinę. Oznakowanie przy drogach dobre, w mieście słabe i skomplikowana siatka zmiennych kierunków ulic. Mijamy słupek na Ruta 3 z oznaczeniem odległości od Buenos Aires – 2634 kilometry.

7

Wjazd w nieustanne podmuchy szarpiące czasem autem. Przy drodze specjalny znak ostrzegający przed wiatrem – wygięte drzewo.

8  

Około południa mijamy drogowskaz z napisem Ushuaia – tylko 566 kilometrów jazdy.

9

Pierwszy raz od wyjazdu z Trelew, widzimy przy szosie wóz policyjny kontrolujący szybkość. Seweryn próbował zrobić im zdjęcie, dzięki czemu odkrył, iż nie ma w aparacie karty foto. Zapomniał ją włożyć. Pod wzgórzami przycupnięte domy rozległych farm.

10

Potem, ku memu zdumieniu, wał wulkanicznego żużlu z polem lawowym.

11

Granica argentyńska, przejście Integracion Austral.

12

Koniec prowincji Santa Cruz, za nią kawałek terytorium chilijskiego i po przeszło 200 kilometrach natrafimy na ostatnią prowincję Argentyny na południu – Tierra del Fuego (pełna nazwa: Provincia de Tierra del Fuego, Antártida e Islas del Atlántico Sur).

12a

Mapka z Internetu

Spory graniczne w cieśninie Magellana, a szczególnie wzdłuż kanału Beagle, toczyły się przez wiek XIX i XX, aby szczytowe napięcie osiągnąć w latach 80-tych, gdy po obu stronach rządzili uparci i bezwzględni generałowie. Sytuację ułagodził Jan Paweł II, który podjął się roli mediatora pomiędzy Chile i Argentyną. W 1985 roku oba państwa ratyfikowały Traktat o Pokoju i Przyjaźni. Chile otrzymało sporne wyspy w kanale Beagle, Argentyna nabyła pełne prawa morskie i uzgodniono przebieg granicy w cieśninie Magellana.

Wysiadamy z auta i wiatr prawie zwala nas z nóg. W szparach drzwi i okien nieustanny wizg. W budynku dwie urzędniczki imigracyjne koło siebie, jedna z Argentyny, druga z Chile. W obu państwach prezydentami są też kobiety. Może się wreszcie dogadają i opanują nadmiar męskich ambicji, szczególnie wśród polityków i wojskowych. Będzie to także z pożytkiem dla turystów, którzy unikną biurokratycznych kontroli i dodatkowych płatności, np. za przekraczanie granicy chilijsko-argentyńskiej (pozwolenie kosztuje 300 dolarów amerykańskich na 30 dni). Gdy porównuje sytuację sprzed trzech lat widzę, iż podobnie jak w Peru i Boliwii, wreszcie się ceni dochód z turystyki, która umożliwia kolejne inwestycje w infrastrukturę dróg i noclegów. Z pożytkiem dla “lokalesów” (locales – miejscowi). Pozostanie kwestia utrzymania równowagi, by pięknej i nadal jeszcze dziewiczej Patagonii, turyści nie zadeptali swą arogancją i ignorancją.

Wypełniliśmy formularze celne. Dwa stemple w paszporcie, sprawdzanie dokumentów auta i pozwolenia wjechania do Chile z kompanii Hertz, bo Rolecik wynajęty w Argentynie (czy aby nie kradziony??). Kolejne dwa stemple. Pomaga nam młody urzędnik nieźle władający angielskim. Zna także niemiecki, bo przez rok siedział w Niemczech. Zachwalamy zjednoczoną Europę, bez tych wszystkich formalności granicznych. W sumie ostemplowali nas dziewięć razy. Seweryn tak rozbawił panienki z imigracji, że jedna z nich wbiła mu w paszport serduszko.

Teraz tylko chilijska kontrola – oddanie kopii imigracyjnego papierka, bagaż przepuszczony przez maszynę prześwietlającą, bo nie wolno wwozić żadnej żywności oraz oczywiście sprawdzają czy nie ma narkotyków.

13

Droga dalej porządna, nazwana tak jak nasze noclegowisko w Ushuaia, Fin del Mundo – Koniec Świata.

14

Wjechaliśmy w najdalszy południowy rejon Chile – region XII.

15

Płowe pola z suchymi pagórami, druciane płoty.

16

Nagle pojawiają się guanako, za i przed płotem.

17

Zatrzymujemy się przed młodym osobnikiem, który przygląda nam się z niemym zdumieniem.

18

Droga ozdobiona napisami, które w polskim języku brzmią dwuznacznie – curva peligrosa. W roku 2011 – niech mi czytelnicy wybaczą – nazwałem je k….i pełnymi grozy. Oznaczają bardzo niebezpieczne zakręty.

19

Droga krajobrazowo upodabnia się do tej z okolic Sarmiento.

20

Z jedną, zasadniczą różnicą – jest porządnie wyasfaltowana. Z daleka pokazuje się kawałek cieśniny Magellana.

21

Na wzgórzu naftowy „dziobak”.

22

Mijamy rowerzystów

23

i motocyklistów.

24

Podróżować dwuśladami po Patagonii jest przedsięwzięciem bardzo odważnym. W niektórych miejscach względnie łatwo, np. w głębi Patagonii chilijskiej, pomiędzy pasmami Andów. Jednakże otwarta pampa oraz podnóża Andów po obu stronach są smagane wiatrem. I przeklęte ripio – kamienie i obłoki kurzu tańcujące w postaci wirów lub kłębiące się za mijającymi autami i ciężarówkami.

Do San Sebastian 165 kilometrów. Za Punta Delgada

25

skręcamy na lewo, do Punta Espora i o 14.05 docieramy do cieśniny Magellana.

26

Co za przeżycie! Wyskakuje z auta. Na wprost czeka już prom z otwartą klapą wjazdową.

27

28

Z lewej, mocny wiatr od wschodu, z Atlantyku.

29

Naprzeciwko pasma wzgórz Tierra del Fuego – Ziemi Ognistej.

30

Na prawo urwiska Atlantyku.

31

32

Magellanowi zabrało 28 dni by pokonać tę cieśninę, nazwaną potem jego imieniem. Chodziłem po plaży, wśród szczątków muszli, kawałków szlamowatych wodorostów z wielkimi torebkami zarodników i różnorodnego żwiru, który grzechotał z każdą cofającą się falą. Ukucnąłem i zanurzyłem ręce w zielonkawej wodzie. Zwyczajem Hrabalowskim twarz obmyłem, czując słony smak obu oceanów. Podniosłem kamyk i muszelkę. Schowałem do kieszeni. Poczułem się jak Mały Książe.

Nie – do – u – wie – rzenia… Czułem ogromne poruszenie w sobie. Dotarłem tutaj po tylu latach. Po wielogodzinnych młodzieńczych wędrówkach, na mapach i w książkach. Wyobrażałem sobie wysokie, poszarpane skalne urwiska i bardzo wąską cieśninę. Tymczasem to jedyne przewężenie, bo dalej cieśnina jest coraz szersza, kręta i bardzo długa. Krajobraz raczej łagodny acz przewiany na przestrzał.

Prom “Patagonia” obsługiwany jest przez lokalne przedsiębiorstwo Austral Broom, założone w roku 1968. Zbudowano dla nich specjalne promy (mają ich obecnie cztery), otwierane z obu stron, by uniknąć manewrów na niebezpiecznym akwenie. Poza wiatrem przeszkodą są lokalne, silne prądy. Wokół trochę łazików – motocykliści, jeden nadzwyczaj kolorowy samochód.

33

Na drutach siedzą wróble i wyglądają jak muzyczne znaki na zaplątanej sztormami pięciolinii.

34

Wjeżdżamy na prom,

35

ustawiamy Rolecika i wchodzimy na górny pokład.

36

Płyniemy i nieźle kołysze, a czasem wysoko wpadają rozbryzgi grzbietu fal niesione wiatrem. Robię zdjęcie Sewerynowi,

37

za którym majaczy na horyzoncie Ziemia Ognista. Następnie daleką perspektywę Atlantyku.

38

Seweryn w rewanżu robi mi zdjęcie, podczas przekraczania cieśniny.

39

Do kontynentu podchodzi następny prom.

40

Oddalamy się odeń coraz bardziej…

41

Nad Atlantykiem bezszelestnie płyną chmury wieczności.

42

Na wodzie zostawiamy za sobą spieniony i szeroki ślad naszej obecności. Teraz. Tutaj.

43

Po kilkudziesięciu minutach dobijamy do Primera Angostura na Ziemi Ognistej.

44

Obróciłem się, by zobaczyć zanikający na horyzoncie kontynent Ameryki Południowej…

45

Po zjeździe z promu dobra droga skończyła się w Cerro Sombrero i zaczęła się żwirówka. Kamienisty ugór z poprzecznymi bruzdami, które przezwaliśmy pralką. Trafniej i dokładniej – tarką. Wojskowy obsesjonat, Pinochet, kazał w latach 70-tych zaminować pustawe obszary na granicach z Boliwią, Peru i Argentyną. Wojsko zapędził do budowy strategicznej drogi na południe Chile (wielu rekrutów zginęło podczas tej budowy, niektóre źródła podają liczbę 300 osób) mając na uwadze plany militarne. Ta droga, zwana Carratera Austral, zakończyła odcięcie od świata miejscowości położonych w chilijskiej Patagonii. Wielu ludzi jest dziś wdzięcznych Pinochetowi za jej budowę. Inne drogi przygraniczne zostawiono zaniedbane, a ile zakopano min przeciwpiechotnych i przeciw czołgowych, nikt dokładnie nie wie. Szacuje się że od 600 tysięcy do miliona. W wielu rejonach, w dalszym ciągu nie wolno wysiadać na pobocze szosy.

A tu takie, wręcz sielskie, krajobrazy. Na rozległych polach konie,

46

czarne

47

i białe owce.

48

Zatrzymaliśmy się na moment przy skraju drogi, gdyż na łące zalegały patagońskie gęsi.

49

50

Nagle, z boku pokazał się biegnący truchtem rudawo-szary lis i błyskawicznie przepadł w krzakach. Gdy ruszyliśmy dalej drogę przeciął nam spory guanako.

51

Następne minuty to jakby zgromadzony w jednym miejscu pokaz patagońskich symboli – pompa do ropy z pasącymi się obok owcami,

52

pierwszy chilijski gaucho, w charakterystycznym, baskijskim bereciku – z pomponem lub antenką

53

i na łące siano opakowane do fermentacji.

54

Dojechaliśmy do kolejnej granicy, za małą osadą zwaną San Sebastian.

55

Wytrzęsieni i niemiłosiernie zakurzeni. Tu, na przejściu granicznym wiatr był nawet silniejszy. Parominutowe formalności, zdanie papierka granicznego i wciąż ripio pośród przyglądających nam się krów.

56

57

Znajomy znak argentyńskiej prowincji na betonowym słupie.

58

Ospowaty krajobraz z powodu erozji stoków.

59

Długi zakręt pod górę

60

i za parę kilometrów posterunek argentyński,

61

gdzie urzędniczki podziwiały serduszko w paszporcie Seweryna. Ku naszej uldze zaczęła się porządna droga. Dojechaliśmy nią nad brzeg zatoki św. Sebastiana,

62

z boku miasteczko argentyńskie o tej samej nazwie – San Sebastian. Jest tu przeto czterech świętych Sebastianów – w nazwie dwóch miasteczek, zatoki morskiej i przejścia granicznego.

Pojawiły się znów urządzenia naftowe,

63

po parunastu kilometrach pas transmisyjny z umieszczoną, zdumiewająco blisko brzegu, końcową rurą spustową.

64

Droga numer 3 (Ruta Tres) rozwidla się – na prawo do Ushuai (tylko 220 km), na lewo do Rio Grande,

65

przemysłowego centrum argentyńskiej Patagonii. Od razu na przedmieściach wpadliśmy w śmierdzącą zawiesinę, snującą się w dolinie i w poprzek szosy.

66

Po lewej, z niebiesko-sinych oparów, wyłaniały się dachy domów. Jak tu ludzie mogą żyć? Droga wcina się we wzgórza,

67

chmury imitują górskie pasma.

68

Po następnych stu kilometrach obraz uległ zupełnej odmianie. Pokazały się zalesione wzgórza

69

70

z majaczącymi na horyzoncie górami.

71

To Andy Ziemi Ognistej, które leżą w poprzek długiego łańcucha Andów kontynentalnych (sześć tysięcy kilometrów długości). Jechaliśmy w zachodzącym słońcu, wśród lasów drzew lenga,

72

poprzecinanych dolinami licznych rzek.

73

Odległe wzgórza układały się jak na najlepszych obrazach słynnych malarzy romantycznych.

74

Droga zaczęła piąć się w górę przepięknymi serpentynami,

75

76

77

ukazując odległe jezioro Ziemi Ognistej – Fagnano.

78

79

Następne obszary leśne

80

ze zwieszającymi się girlandami mchów na gałęziach.

81

Mijamy kolejne oznakowanie odległości – 2943 kilometry od Buenos.

82

Za paręnaście minut znaleźliśmy się nad brzegami Jeziora Fagnano.

83

84

85

Chmury zgęstniały

86

i w zapadającym zmroku pokonaliśmy przełęcz Garibaldiego,

87

skąd widok na jezioro Escondido.

88

Potem w kompletnych ciemnościach zjeżdżaliśmy w dół, ku Ushuaia. Kolejny zakręt i nagle wyłoniły się paciorki świateł miasta.

89

W tym momencie spadł rzęsisty deszcz. Zaczęliśmy dzień w deszczu i deszczem zakończyliśmy.

Sam nie wiem jak to się stało, ale w ciemnościach trafiłem bezbłędnie do naszego hotelu – Posada Fin del Mundo. Zapukałem, pojawił się jakiś osobnik z papierosem w ustach, z którym trudno było się dogadać. Sprawiał wrażenie lekko zawianego. Oświadczył, że to nie jest to miejsce, potem dodał, że on tu tylko pracuje. Następnie obrócił się i wszedł do środka. Nie dałem za wygraną i tym razem nacisnąłem na dzwonek. Przez domofon odezwał się młody chłopak, potwierdził nasz nocleg i zszedł na dół, zapraszając nas do pokoju. Kamienna posadzka, niestety poniżej poziomu ziemi, zapowiadała noc nieco wilgotną i zimnawą. Ratowało pokój wyłożenie drewnem i gazowe ogrzewanie. Temperatura wyraźnie spadła, zresztą spadała stopniowo od Rio Grande – 17, 10 i ostatecznie 6 stopni.

Po dziesiątej, znaleźliśmy przy głównej ulicy, restaurację hotelową “Marco Polo”. Obsługiwała nas miła dziewczyna studiująca w Buenos (wciąż trwały wakacje), nieźle władająca angielskim, mieszkanka Ushuai. Pierś kurczaka z opiekanymi warzywami była znakomita. Gawędziliśmy z Marią i okazało się, iż podejście mieszkańców stolicy do prowincji jest chyba jednakie na całym świecie. W Buenos pytano ją czy po ulicach Ushuaia chodzą pingwiny. Maria ochoczo potwierdziła, dodając, że jednego trzyma nawet w lodówce.