17 lutego, 2014 – Santa Cruz – Rio Gallegos

Wyraźne ochłodzenie. Śniadanie tym razem szykowaliśmy sobie sami. Taką formę śniadania spotkałem po raz pierwszy – przygotowane wiktuały i przyrządza się wszystko samemu. Gospodyni przybytku – seniora Susana, angielski szczątkowy, ale jakoś się dogadywaliśmy. Pół po hiszpańsku, pół po angielsku. Jej mąż, Horacio, z lepszym angielskim, posiada okazałą kolekcję grotów pradawnych Indian patagońskich.

1

Zbierał je po okolicach przez lat trzynaście. Bardzo miły i ciepły człowiek. Mimo kłopotów, które tutaj zewsząd wyzierają, od Argentyńczyków wieje serdecznością.

Po wyjściu z domu

2

wizyta w banku, gdzie nam wyjaśniono, że niestety nasze karty nie mogą być honorowane. I to te ze znakiem Plus, które honoruje zdecydowana większość bankomatów w różnych krajach świata. Poprosiliśmy uprzejmą urzędniczkę, młodą i władającą angielskim, aby przekazała dyrekcji banku nasze uwagi i uświadomiła szefom, że tym sposobem zniechęcają turystów do przyjazdu i pozostawienia gotówki, o paradoksie!, w okresie kryzysu finansowego.

Poszliśmy na długi spacer nadrzecznym bulwarem.

3

4

5

W pewnym miejscu leżał na brzegu na wpół zatopiony kuter rybacki, a niedaleko z wody sterczał maszt innego.

6

Klify piaskowca z osypiskami tkwiły na obu brzegach rzeki schodząc do samej wody.

7

Przy końcu bulwaru, gdzie parunastu ludzi spacerowało i ćwiczyło poranne przebieżki, znaleźliśmy ładną restaurację, zamkniętą i wybebeszoną z repertuaru. Tylko stoliki i krzesła i smętny widok pustych półek barowych.

8

Okazało się, że w zasadzie jedyną restauracją jest ta, w której jedliśmy ostatniego wieczoru. Hm, wypadałoby przyznać, iż znów w nocy, bo jedliśmy koło 23.00

Na przylegającym do bulwaru placyku stoi mauzoleum pierwszego gubernatora terytorium Santa Cruz – Carlosa Moyano.

9

Z boku, na murze, ktoś wypisał wielkimi, czerwonymi literami „Jak ja kocham życie! Ale takiego, to nienawidzę!”.

10

Może dlatego, że wokół pustka i z niektórych dzielnic miasta wychodzi się wprost na piaskowe wzgórza.

11

Ujście rzeki niby daje oddech, ale monotonia brzegów i rozłożystość nieba nad nimi paradoksalnie stwarzają poczucie uwięzienia.

12

Tuś się urodził i tu umrzesz. Chyba, że będzie stać cię na wyrwanie się. Na północ…

Miasto liczy 3 500 mieszkańców, położone na nizinnym, południowym brzegu ujścia rzeki Santa Cruz, częściowo jest otoczone płaskowyżem, który chroni przed silnymi wiatrami. Tę sytuację wykorzystują kolonie ssaków morskich i ptaków. Ujście rzeki tworzy naturalny port i dlatego był odwiedzany przez liczne ekspedycje. Pierwszy odkrywca, kapitan Serrano, członek wyprawy Magellana, zawitał tu 2 maja 1520 roku. Nazwał to miejsce Świętym Krzyżem, bowiem tego dnia przypadał religijny festiwal w Hiszpanii. W 1832 roku pojawił się w Puerto Santa Cruz kapitan Fitz Roy na statku „Beagle”, gdzie pomiędzy innymi członkami ekspedycji był Karol Darwin.

Obecnie w mieście i otaczających go osiedlach zwanych Społecznością Wiejską, co roku odbywa się w pierwszej połowie marca, wielki targ połączony z aukcją owiec. Ostatnią atrakcją są gorące źródła termalne z głębokości 400 metrów o temperaturze 24° C, wykorzystywane w lecznictwie.

Zapłaciliśmy za pokój i udaliśmy się dalej na południe. Po paru minutach spłoszyliśmy przy drodze spore stado guanako. Spanikowane zwierzęta pognały na boki, wzdłuż płotu,

13

a jeden wielki samiec bez namysłu płot przesadził.

14

Potem zapozował do portretu.

15

Paręnaście kilometrów za miastem skręcamy do biura parku narodowego Monte Leon (Wzgórze Lwa).

15a

Mapka z Internetu

Młoda strażniczka, z nienagannym angielskim, udzieliła nam wyjaśnień obdarzając broszurkami i uśmiechem. Mamy jechać następne parę kilometrów, zobaczyć po lewej bramę, otworzyć ją, zamknąć za sobą i pojechać ostrożnie krętą ripio aż nad brzeg oceanu, gdzie ma być wielka kolonia lwów morskich.

Park Narodowy Monte Leone oficjalnie zatwierdzono w październiku 2004 roku, aby zachować typową roślinność stepową i bogatą faunę patagońskiego wybrzeża oceanicznego (na długości 32 kilometrów), wraz z paroma, bardzo cennymi stanowiskami paleontologicznymi. W końcu XIX wieku założył tu osadę słynny Luis Piedrabuena, jeden z najbardziej znanych eksploratorów Patagonii. Potem zaczęto eksploatować pokłady guana (do roku 1930), mimo napiętej sytuacji pomiędzy Argentyną i Chile, w którą nawet częściowo wplątano Francję i USA, aresztując ich statki. W XX wieku powstała wielka estancja Owiec Południowej Patagonii, którą w roku 1920 zakupiła rodzina Braun i utrzymywała do 2006.

W 1996 roku postanowiono włączyć Monte Leon do narodowych parków Argentyny i ówczesny dyrektor parków zlecił sporządzenie odpowiedniego projektu amerykańskiemu milionerowi Douglasowi Tompkinsowi, słynnemu ekologowi i protektorowi zachowania środowiska patagońskiej ziemi, w Chile i Argentynie. W 2000 roku fundacja Conservación Patagonica, kierowana przez żonę Tompkinsa, Kristine, dokończyła cały proces tworzenia parku otwartego w dwa lata później. Po następnych dwóch latach objęto go państwową ochroną prawną i tym sposobem powstał pierwszy, kontynentalny park nadmorski w Argentynie. Jedna z gałęzi rodziny Braun, najbogatszej i najbardziej znanej w Patagonii, otrzymała prawo życia w parku i dzierżawy swojej ziemi tak długo jak będą prowadzili hotel dla turystów.

W dawnych czasach, na terytorium obecnego parku, żyli Indianie specjalizujący się w polowaniach i rybołówstwie. Zbierali także jagody calafate (żuli owoce utrzymując tym sposobem higienę jamy ustnej i dobry poziom zdrowia) i dziki tymianek, służący im za przyprawę. Szereg ziół miało również medyczne zastosowanie i w czasie ostrych zim robiono z nich napar przeciw zaziębieniu. Klimat – suchy i pół-suchy – jest raczej chłodny, z roczną, średnią temperaturą około 7° Celsjusza.

Gdy zamknąłem bramę i ruszyliśmy wąską drogą pomiędzy gęstymi zaroślami, pojawiło się nandu

16

i młode guanako.

17

18

Minęliśmy garb wzgórza i droga zaczęła zakolami prowadzić w dół,

19

koło wielkich i suchych wąwozów, ku jasnoniebieskiej wodzie Atlantyku, widniejącej daleko na horyzoncie.

20

Ukazały się piramidalne wzgórza piaskowca

21

z kolorowymi pasmami warstw

22

i zza kolejnego zakrętu wyłoniła się skała w kształcie leżącego lwa.

23

24

Dojechaliśmy do parkingu i stamtąd poszliśmy piechotą. Najpierw na prawo, gdzie natrafiliśmy na malownicze widoki zatok

25

z łukami wymytych bram i wyspami,

26

27

wysokie klify

28

ze śladami przypływu, oznakowanego pasem zieleni glonów

29

i przedziwnie wyrzeźbione skały.

30

Gdy poszliśmy w lewo, zrazu, na spękanej ziemi, pojawiła się para ptaków.

31

Maszerowaliśmy dalej drewnianym pomostem ku cielsku „lwa”,

32

lecz gdy dowiedzieliśmy się od ludzi, ile czasu zajmuje wdrapanie się na jego łeb, zrezygnowaliśmy z takowego pomysłu. Tym bardziej, że Seweryn nie był w formie i lekko utykał.

Dobrnęliśmy do miejsca skąd roztaczał się fascynujący widok na podnóże „lwa”. Daleko widniała zatoka z szarym jęzorem plaży, którą widzieliśmy niedawno od prawej strony.

33

Na pierwszym planie urwiska klifu,

34

za nimi cypel który obsiadły kormorany,

35

mewy i pojedyncze lwy morskie.

36

37

38

Byliśmy nieco rozczarowani znikomością ich kolonii, że o pingwinach Magellana nie wspomnę, których – według przewodnika – było tu 60 tysięcy. Nie było żadnego. Widocznie obozowały w innej części parku. Pojawiają się tu szare lisy i pumy, a w wodzie południowe wieloryby. Co najważniejsze, po latach eksploatacji, wielkie połacie dawnej farmy znów zapełniły się gęstą trawą stepową. Od końca wieku XVII do połowy XX dokonano tak straszliwej rzezi lwów morskich (dla tłuszczu i skór), że niemal zniknęły. W oficjalnych statystykach można na przykład znaleźć dane dotyczące roku 1940 – upolowano ich wtedy siedem tysięcy. W połowie lat 70-tych objęto je wreszcie ochroną i populacja powoli się odnawia.

Wspaniała panorama atlantyckiego litoralu.

39

40

41

Kipiel wodna na czubku cypla.

42

Pasy znaczonego przypływu

43

i na zielonkawoniebieskiej wodzie

45

kołyszą się brunatne kłęby wielgachnych wodorostów.

44

Przyleciał jakiś mały, bardzo wścibski ptaszek i krążył wokół nas. Siedliśmy na ławce nad urwiskiem i syciliśmy oczy.

46

Powrót do auta poprzez płaty spękanej ziemi,

47

ponowny przejazd doliną

49

z kolorowymi warstwami piaskowca,

48

ceremonia z bramą, wyjazd na dobrą szosę, gdzie Seweryn od razu dodaje gazu.

50

Nagle, z naprzeciwka, pojawia się duży, drapieżny ptak. Nadlatuje nisko nad przednią szybę auta, tak nisko, że instynktownie się schyliłem i na metr przed nią podrywa się w górę. Czyżby i tutaj znajome znaki? Dlaczego? Za chwilę, przy szybkości 120 km/godz., gwałtownie przebiega nam przed maską guanako. Seweryn nawet by nie zdążył zahamować. Więc jednak znak ku ocaleniu…

Krajobraz z płaskiego przechodzi w pofalowany.

51

Po bokach drogi pola dzikich rumianków.

52

Zaczyna zaniebieszczać się niebo…

53

Za godzinę pojawia się długa aleja lamp ulicznych, aleja prowadząca do Rio Gallegos.

54

Przejechaliśmy zaledwie 260 kilometrów, wreszcie nie wjeżdżamy do miasta o zmroku. Gallegos jest największym miastem i stolicą prowincji Santa Cruz, z międzynarodowym lotniskiem

55

i dużą bazą wojskową. Ma jedne z najwyższych atlantyckich przypływów w Ameryce Południowej, sięgające 18 metrów (w Santa Cruz do 14 metrów; najwyższe są w kanadyjskiej zatoce Fundy – czasem do 20 metrów).

To tutaj, przez wiele lat, burmistrzem był przyszły prezydent Argentyny – Nestor Kirchner, zmarły mąż obecnej prezydentowej. Argentyna ma tendencję do utrzymywania władzy w obrębie dynastii rodzinnych. Informacja z roku 2011, od barmanki z El Calafate, dotyczyła funkcji gubernatora prowincji, pełnionej przez Kirchnera przed wyborem na prezydenta.

Hotel “Comercio”, w którym się zatrzymaliśmy, jest przy ulicy Kirchnera. Zamieniliśmy pokoje, bowiem pierwotnie dano nam od podwórka, gdzie monotonnie buczał system klimatyzacyjny. Porządkowanie notatek, przerzucanie zdjęć i późnym wieczorem udajemy się na poszukiwanie restauracji. Spodobało mi się wnętrze jednej z nich i tam zalegliśmy.

Wieczorem rozpadało się i lało beznadziejnie do rana.