17 kwietnia 2014 Puerto Montt – Valdivia – Villarica

Puerto Montt – Valdivia

Z Puerto Montt wyjechaliśmy o 10.30, bo do Valdivia via Osorno mieliśmy 215 kilometrów i to elegancką Panamericaną. Poranny chłód wciskał się do Nissanka. Było tylko plus sześć. Już po pół godzinie, gdy temperatura się podwoiła, wpadliśmy w gęstą mgłę nadchodzącą znad pobliskiego oceanu. Wdzierała się i łączyła z parującymi lasami i całość wpełzała na szosę ograniczając widoczność do paru metrów.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Stojące z boku pojedyncze drzewa stały się tajemniczymi widmami.

147m

Gdy się nieco przejaśniło ujrzeliśmy dziesiątki stłoczonych domków jakiejś osady.

147n

Dalej coś, co mi się w Chile podobało – specjalne podcięcie drzew nad szosą

147o

i znów pasma snującej się mgły.

147p

Nagle przedarło się słońce i tysiące kropel zalśniło na liściach.

147q

147r

A potem ujawnił się wyblakły błękit przechodząc ponad lasem w odcień fioletu.

147s

Od tych ciągłych mgieł, niezwykle realistycznie wymalowane ostrzeżenie przed bykami, pokryło się plamami rdzy.

147t

Po trzech godzinach krajobraz strząsnął z siebie mgłę i szosa zbliżyła się do rozlewisk rzeki Angachilla, która tworzy istny labirynt setek wysp i wysepek, dziś obramowanych jesiennymi barwami.

147u rio Angachilla

Znaleźliśmy się na tzw. Drodze Rzek – Ruta de Los Rios i przebyliśmy siedemnaście mostów. Zaparkowaliśmy auto i poszliśmy nad Angachillę. Na wodzie płynęła dostojnie para łabędzi z dwoma młodymi.

147w

W zakolach rzeka zabawiała się w zwierciadło.

147x

Mostek pod płaczącą wierzbą do złudzenia przypominał jakiś kącik Kaszubskiego pojezierza z okolic Raduni.

147y

Wracając do auta natknąłem się na przedziwne, niewysokie drzewo. Miało wąskie, delikatne i gęsto nasadzone listki które, pomimo braku wiatru, co pewien czas drżały, jakby przez drzewko przechodziły fale dreszczy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Valdivia – węzeł rzeczny

Około drugiej pokazały się przedmieścia Valdivii, gdzie na 43 km² mieszka 128 tysięcy ludzi.

W okresie Trzeciorzędu, powstał tu system wielkich i głębokich dolin z torfowiskami, które teraz stanowią podstawę dorzecza rzeki Valdivia. Około 23 miliony lat temu intensywne zjawiska tektoniczne spowodowały erupcje wulkanów, przyspieszone przez tworzenie się rowu Peruwiańsko- Chilijskiego. To z kolei doprowadziło do wyniesienia całego obszaru i ponownej erozji, która niemal przywróciła okolicy poprzedni wygląd, tworząc skomplikowany system rzek z głębokimi zatokami, przypływowymi nizinami, deltami i piaszczystymi plażami. Znów powstały spore obszary bagien i moczarów. Spotykają się tutaj trzy rzeki – od zachodu krótka Cau Cau, od północy rzeka Cruces, pełna szerokich rozlewisk i od wschodu kręta rzeka Callecalle otaczająca miasto zakolem – uchodząca do głównej: Valdivii, kończącej swój bieg w zatoce Corral nad Pacyfikiem. Ten układ rzek wpłynął na charakter miasta.

valdivia map

Z Internetu

Po pierwsze, już w czasach prehiszpańskich był centralnym szlakiem handlowym lokalnych Indian. Najbardziej interesujące jest stanowisko archeologiczne Monte Verde (200 km na południe od miasta), datowane na 12-11 tysięcy lat przed naszą erą, co postawiło pod znakiem zapytania teorie przyjścia ludzi na kontynent amerykański wprost z Azji (tzw. Pierwszy Clovis), bowiem Monte Verde jest starsze o co najmniej tysiąc lat od stanowisk w Północnej Ameryce. Część uczonych uważa, iż pierwsi imigranci dotarli w okolice Chile na łodziach, być może z wysp Polinezji. W ostatnich latach znajduje się coraz więcej dowodów na to, iż Polinezyjczycy byli świetnymi żeglarzami i traktowali Pacyfik jak wodny kontynent, swobodnie przemieszczając się pomiędzy archipelagami wysp i prawdopodobnie okresowo wizytując Amerykę Południową.

W późniejszych czasach ów szlak wodny był wykorzystywany przez kulturę Chan-Chan, a gdy osiedlili się tutaj Mapuche i Huilliche, w miejscu dzisiejszego centrum miasta zbudowali sporą wioskę, przypominającą swym systemem kanałów i wysepek, rodzaj małej Wenecji. Szlak handlowy z wioski, poprzez rzeki, prowadził do portu nad oceanem. Handlowano głównie rybami i skorupiakami i dzisiaj symbolem tego dawnego handlu, ulokowanym nad brzegiem rzeki Valdivia, jest tzw.Targ Nadrzeczny (Feria Fluvial)

Po drugie, do handlu owocami morza doszły płody rolne, bowiem urodzajne niziny w okolicy miasta pozwoliły na intensywny rozwój rolnictwa (ziemniaki, kukurydza, quinoa i rośliny strączkowe). Znaczenie lokalnego rolnictwa wzrosło w czasie hiszpańskiej kolonizacji. Potem rozpoczęto transport złota z Villarica i Osorno, które podsyłano w takiej ilości, iż w Chile zaczęto nazywać je „złotem z Valdivii”. Spowodowało to napływ kupców, a także wielki rozwój budowy statków, największej w Królestwie Chile. Kontynuacją przemysłu stoczniowego – budowa i remont statków – jest zlokalizowana tutaj stocznia Asenav, jedna z najważniejszych współczesnych stoczni chilijskich.

Po trzecie, system rzek wpłynął na rozwój turystyki w postaci statków spacerowych. Istnieje także prom, który dociera do wspomnianej zatoki Corral. Parę lat temu powstał prywatny projekt firmy sprzyjającej środowisku – „Los Solares”. Posiada ona trzy taksówki wodne, zasilane bateriami słonecznymi oraz małą, pływającą przystań, składająca się z mola, kawiarni i biura firmy.

Po czwarte, bardzo wzrosła świadomość ekologiczna wśród lokalnych władz i mieszkańców dbających o utrzymanie systemu rzek, zalewisk i moczarów w czystości. Valdivia ma własną elektrownię, ujęcie wodne i oczyszczalnię ścieków. Założono także organizację mieszkańców, zwaną Accion por los Cisnes (Akcja na rzecz Łabędzi), która wystąpiła przeciwko zakładom celulozy „Celco” zatruwających rzekę Cruces. Akcja została odnotowana w najważniejszych mediach chilijskich i doprowadziła do wyroku sądowego nakazującego czasowe zamknięcie zakładów. Czasowe, bo miasto i cały region wokół, rozwija swoją ekonomię głównie w oparciu o przemysł leśny, produkcję celulozy i papieru w wielkich zakładach, w tym międzynarodowych, jak Louisiana-Pacific. Drewno uzyskiwane jest z plantacji eukaliptusów i jodeł Douglasa.

Eukaliptusy były po raz pierwszy sprowadzone do Chile z Australii około roku 1865 i sadzone w rzędach przy rolniczych farmach. Chętnie sadzono je także w Urugwaju i Peru, gdzie całkiem dobrze się przyjęły. Wydawało się, że jest to jedna z nielicznych akcji człowieka ingerującego w środowisko naturalne, nie powodująca negatywnych zmian. Ostatnie lata pokazały jednak, iż straty ponosi zarówno środowisko, jak i ludzie. Co ciekawsze, w roku 2011 odkryto w prowincji Chubut, w Argentynie, najstarsze skamieniałości eukaliptusa, liczące sobie prawie 52 miliony lat. Eukaliptus w Ameryce Południowej wyginął a zachował się w Australii i Nowej Zelandii, by za sprawą ludzi powrócić na jedno ze swych pierwotnych terytoriów. Plantacje drzew w Chile zajmują 1.8 miliona hektarów, z czego 17% stanowią eukaliptusy. Przewiduje się, że Ameryka Południowa pod koniec drugiej dekady wieku XXI, dostarczy 55% światowej produkcji drewna z eukaliptusów.

W mieście można dodatkowo napotkać „egzotyczne” drzewa sprowadzone z północnej półkuli – kasztany, brzozy i topole, a czasem także drzewa palmowe. Jednakże typowym lasem jest Valdivijski, umiarkowany las deszczowy, podlegający wpływom klimatu oceanicznego.

Valdivia – rys historyczny

Od strony oceanu dotarł tutaj w roku 1544 genueński kapitan, Juan Bautista Pastene, który w imieniu hiszpańskiego króla Karola V zagarnął wioskę i jej okolice. Rzekę nazwał Valdivia, na cześć pierwszego gubernatora Chile. Warto w tym miejscu paręnaście zdań poświęcić postaci konkwistadora Pedro Gutierrez de Valdivia (1497 – 1553).

Wysłano go do Ameryki Południowej w 1534 roku i służył pod Francisco Pizzaro w Peru. Za uczestnictwo w kampaniach zdobywania terenów dzisiejszej Boliwii, został nagrodzony kopalnią srebra na własność i stał się zamożnym człowiekiem. Ale rozpierała go żądza czynów i poprosił Pizzara o zgodę na dokonanie podboju terytorium dzisiejszego Chile. Przygotowania do ekspedycji były tak kosztowne że Valdivia sprzedał kopalnię. Niespodziewanie z Hiszpanii przybył inny człowiek, Pedro de Hoz, z królewską nominacją na podbój Chile. Pizzaro pouczył obu konkurentów aby zjednoczyli swe siły i wspólnie ruszyli na podbój nowych terytoriów. Wyruszyli z Cuzco, w sile paru Hiszpanów i około tysiąca Indian, w styczniu 1540 roku. Po drodze dołaczyło więcej Hiszpanów (około 150) zwabionych dobrą opinią o Valdivii, jako zdolnym i odważnym dowódcy, zaprawionym w licznych bojach w Europie i Ameryce Południowej. Valdivia poprowadził ekspedycję poprzez pustynie Atacama unikając cięższej drogi przez Andy. W drodze jego partner, de Hoz próbował go zgładzić, lecz został ujęty i przebaczono mu, pod warunkiem totalnego podporządkowania się Valdivii. Nastepnym sukcesem było przekonanie do siebie lokalnych Indian i po pięciu miesiącach osiągnięto dzisiejszą dolinę Copiapo. Cała ziemia została uroczyście przejęta w posiadanie hiszpańskiego króla.

Od grudnia 1540 kontynuowano dalszą drogę na południe docierając do rozległej i żyznej doliny rzeki Mapocho, gdzie na wzgórzach, w lutym 1541 roku, założono stolicę całego regionu, którą Valdivia nazwał Santiago de la Nueva Extremadura, czyli dzisiejsze Santiago. Początkowe, dobre stosunki z Indianami, uległy zakłóceniu gdy znaleziono złoto w okolicach dzisiejszego Valparaiso i zagoniono Indian do pracy w kopalni. Na wieść o śmierci Pizarro Valdivia mianował się gubernatorem i odłączył Chile spod kontroli Peru, uznając bezpośrednio tylko władze króla w Hiszpanii. Pewny swego rozpoczął dalszy podbój terytorium na południe od Santiago, lecz musiał zawrócić by najpierw pokonać zbuntowanych Indian. Odbyło się to wielkim kosztem, bowiem Santiago zostało doszczętnie zrujnowane. Kroniki podają, że w owym czasie, w posiadaniu Hiszpanów pozostała garść zboża, knur, dwie maciory i para kur. Przez następne dwa lata żołnierze byli w stałej gotowości bojowej, niemal śpiąc w siodłach, bo wysłana prośba o pomoc skończyła się przysłaniem zaledwie 70 jeźdźców.

W 1543 roku nie tylko odbudowano Santiago, lecz powrócono do koncepcji podboju dalszych terytoriów. W trzy lata później dotarto do rzeki Bio Bio, ale Mapuche stawiali tak zaciekły opór, że wojska hiszpańskie musiały się wycofać. Wtedy jedna z ekspedycji badawczych, pod dowództwem Pastene, dotarła do dzisiejszego rejonu miasta Valdivia. Gubernator zawitał na dwa lata do Peru, gdzie wziął udział w wojnie domowej. W 1549 roku powrócił już jako oficjalny gubernator Chile i natychmiast rozpoczął podbijanie południowych terytoriów, poza rzekę Bio Bio. Tę kampanię nazwano wojną Araukańską, bowiem Hiszpanie nazywali szczepy Huilliche i Mapucze Araukanami (Araucanos). W latach 1549 – 1553 ufundował miasto Concepcion (1550) oraz Santa Maria la Blanca de Valdivia(1552 – dzisiejsza Valdivia), które było ówcześnie najdalej wysuniętą na południe kolonią hiszpańską w Ameryce Południowej i drugim, znaczącym miastem w Chile. Osiedliło się tutaj wielu wpływowych konkwistadorów i przyszłych gubernatorów. Valdivia zakładał też wioski, w tym Villarica, do której mamy dotrzeć następnego dnia.

W 1552 roku Valdivia wpadł na pomysł budowy, niedaleko Valdivii, łańcucha fortów i w rok później znów ruszył przeciwko Araukanom. Zgodnie z radą kacyka Colocolo, Indianie zjednoczyli swe siły i wybrali na wodza słynnego wojownika Caupolican. Z kolei po stronie Hiszpanów żył Indianin Lautaro, schwytany jako młody chłopak przez Valdivię, który się z nim zaprzyjaźnił i uczynił swym koniuszym. Lecz młodzik w skrytości pozostał lojalny wobec swoich ziomków, dołączył do Caupolicana i zdradził mu słabe strony Valdivii. Pod koniec roku 1553 Lautaro wszczął rebelię i zniszczył wielką fortecę Tucapel.

El_joven_Lautaro_-_P._Subercaseaux

Z Internetu

Valdivia, wraz z tylko 40 żołnierzami, ruszył na południe, ale koło zniszczonej fortecy wpadł w zasadzkę i Hiszpanie zostali kompletnie wybici. Valdivie pojmano i zabito, przy czym podawane są różne wersje okoliczności w jakich zginął – od torturowania go osobiście przez Lautaro i wyrwania mu serca, poprzez cios w głowę maczugą, do zmuszenia go do wypicia płynnego złota. W innych wersjach podkreślony jest także rytualny kanibalizm dokonany po śmierci konkwistadora.

Postać Valdivii, konkwistadora wykształconego; napisał dwanaście znakomitych opisowo i stylistycznie listów adresowanych do króla, stała się później tematem wielu poematów, opowiadań i książek, m.in. znanej pisarki chilijskiej, Isabeli Allende („Ines del alma mia”- Ines, moja dusza).

Valdivia była w posiadaniu Hiszpanów od 1544 do 1810 roku. Wojna Araukańska trwała dalej, z różnym nasileniem i w 1598 roku Mapuche pokonali Hiszpanów niszcząc większość fortów, co nazwano ”zagładą Siedmiu Miast”. W rok później zdobyli i zniszczyli Valdivię. Granica hiszpańskich posiadłości znalazła się na północ od rzeki Bio-Bio. Później próbowano miasto ponownie zasiedlić, ale nagle wtrącili się Holendrzy. Holenderski korsarz Sebastian de Cordes przez parę miesięcy okupował to terytorium, a w 1604 roku, holenderski gubernator Wschodnich Indii, Hendrik Brouwer, zadecydował o utworzeniu tam bazy wypadowej przeciwko Wicekrólestwu Peru. Holendrzy pragnęli stworzyć swoje kolonialne imperium w Ameryce Południowej i już wcześniej zagarnęli północną Brazylię. Flota holenderska, pod dowództwem gubernatora Brouwer, zniszczyła wpierw na wyspie Chiloe fort i miasto Castro, lądując potem w ujściu rzeki Valdivii. Tam gubernator zmarł i jego zastępca dotarł w końcu do ruin miasta, zmieniając jego nazwę na Brouwershaven. W 1643 roku rozczarowani Holendrzy (nie znaleźli złota i byli stale atakowani przez Mapuczów) opuścili zrujnowane miasto.

Pomiędzy latami 1645 -1740, miasto bezpośrednio podlegało Wicekrólestwu Peru, którego władze ponownie odbudowały i zasiedliły Valdivię, wraz ze sfinansowaniem budowy całego systemu fortów, co uczyniło ją najbardziej ufortyfikowanym miastem Nowego Świata. W samym ujściu rzeki przy zatoce Corral postawiono 17 fortów. Miasto stało się faktycznie militarnym obozem otoczonym wrogimi Indianami. W późniejszych dziesięcioleciach zostało zniszczone przez pożary i trzęsienia ziemi, przy czym fortyfikacje generalnie ocalały. Dzisiaj pozostały z nich jedynie dwie wieże (Los Torreones).

Od wieku XVIII Valdivia była główną bazą wypadową dla kolonizacji południowego Chile, przede wszystkim z powodu pogłosek o istnieniu bajecznego miasta zwanego Trapananda, Lin Lin lub Miastem Cezarów (Ciudad de los Cesares). Drogą naprzemiennych starć i układów pokojowych udało się opanować Indian, wymusić ich nawrócenie na chrześcijaństwo i w Valdivii i okolicach pojawiła się nowa grupa ludzi – mestizos, czyli mieszanka hiszpańsko-indiańska.

Kiedy Napoleon okupował Hiszpanię, wojskowe junty w Ameryce Południowej, zdecydowały rządzić we własnym imieniu. Ale Valdivia, podobnie jak wyspa Chiloe, pozostała lojalna wobec króla. W czasie wojny o niepodległość Chile, w 1820 roku nowo utworzona marynarka chilijska, pod dowództwem lorda Thomasa Cochrane, zdobyła Valdivię. W sześć lat później stała się jedną z ośmiu prowincji Chile. Ponowny rozwój miasta przerwało w 1835 roku wielkie trzęsienie ziemi i dopiero w drugiej połowie XIX wieku, nowym bodźcem stała się polityka imigracyjna rządu chilijskiego, który sprowadził tysiące Niemców, przynoszących z sobą nowe technologie i wiedzę w dziedzinie rolnictwa i przemysłu. Niemcy otrzymali darmowo spore obszary gruntów, a potem zyskali nowe od Indian, drogą kupna lub forsując ich usuwanie. Wtedy powstały pierwsze rezerwaty dla Mapuczów i Huilliche.

Do Valdivii przybyło wielu wykształconych emigrantów, także polityczni uchodźcy i kupcy. To oni stworzyli nowoczesne zakłady przemysłowe, w tym pierwszą stalownię w Ameryce Południowej, stocznię, fabrykę butów i browar Anwandter. Carlos Anwandter ufundował w 1858 roku pierwszą szkołę niemiecką w Chile, istniejącą do dzisiaj. Emigranci niemieccy i ich potomkowie założyli Club Aleman, który po II wojnie zmienił nazwę na Club la Union. W końcu stycznia lub z początkiem lutego jest organizowany Bierfest Valdivia, będący regionalnym Oktoberfest, bardzo popularny z powodu przypadającego w tym czasie szczytu turystycznego. Festiwal sponsoruje lokalny browar chilijski Kunstmann, założony przez Niemców, obecnie zakupiony przez największą wytwórnię piwa i napoi w Chile – CCU.

Hiszpański styl kolonialny i poźniejszy niemiecki zadecydowały o współczesnym charakterze miasta, różniącym go od pozostałych miast chilijskich. Jest to widoczne także w architekturze – stare forty na zatoką Corral i drewniane budownictwo niemieckie. Hiszpania i Niemcy utrzymują w mieście swoje konsulaty honorowe.

W 1899 roku przybył do Valdivii pierwszy pociąg. Największym przemysłem po roku 1911 stał się wyrąb lasu, co spowodowało z kolei rozwój rolnictwa – zboża i hodowla. Liczba mieszkańców wzrosła do niemal dziesięciu tysięcy i Valdivia, obok Santiago i Valparaiso, stała się najważniejszym centrum przemysłowym kraju.

Valdivia – fatum

W historię miasta wpisane jest powtarzające się fatum. Cykl zniszczeń i odbudowy. Nawracające wielkie trzęsienia ziemi. Od wieku XVI ciąg wojen. W wieku XX stało się podobnie. Najpierw wyraźnie zmniejszył się ruch statków z powodu otwarcia Kanału Panamskiego i Valdivia jako port straciła na znaczeniu.

W parędziesiąt lat później, dokładnie 22 maja 1960 roku, nadszedł kataklizm – największe w dziejach trzęsienie ziemi, liczące 9.5 stopnia w skali Richtera, zwane Wielkim Trzęsieniem Chilijskim, które spowodowało niszczące tsunami w Japonii i na Hawajach. Do dziś można napotkać na przedmieściach zrujnowane budynki z tamtego czasu, włącznie z zatopionymi ruinami, bowiem wielkie osuwiska ziemi i zmiany biegu rzek zalały część miasta i utworzyły nowe moczary na rzece Cruces, gdzie jest obecnie zlokalizowany aquapark. Niemal kompletnie zostały zniszczone fortyfikacje i pewna ilość nadrzecznych fortów. Wielu ludzi opuściło miasto i zarówno status ekonomiczny, jak i polityczny Valdivii, bardzo się obniżyły.

Miasto zostało dobite w czasach junty wojskowej Pinocheta, gdy Valdivia stała się prowincją nowego regionu Los Lagos, ze stolicą w Puerto Montt. Wielu mieszkańców było całkowicie rozczarowanych tą decyzją, zważywszy na fakt, że ich miasto jest starsze od Montt o 300 lat.

W roku 2007 utworzono mniejszy region – Los Rios ze stolicą w Valdivii, co przywróciło miastu estymę. Tym bardziej, że po roku 2000 stało się magnesem przyciągającym turystów, określanym czasami jako Perła Południa (La perla del Sur) lub najpiękniejsze miasto chilijskie (La ciudad mas linda de Chile). Szczyt turystyczny przypada na miesiące letnie (grudzień-luty) i kontynuowana jest, od roku 1917, tradycja obchodów tygodnia miasta (Semana Valdiviana). Poza paradą statków, której początkiem był protest w XVII wieku przeciwko hiszpańskiej władzy, odbywają się wielkie targi sztuki, przeróżne konkursy i zawody, a także wybór królowej piękności, najstarszy tego typu konkurs w Chile. Weekend, zwany Noche Valdiviana, poświęcony jest występom teatralnym i kończy się wielkim pokazem sztucznych ogni.

Valdivia – cztery godziny

Przybyliśmy tu już po sezonie turystycznym, lecz magia miejsca wciąż unosiła się w powietrzu. Przejechaliśmy most

148

i ulicę wysadzaną palmami,

148a

minęliśmy stocznię

148c

i port rybacki

148e

148f

i skręciliśmy na kolejny most.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Za nim zatrzymaliśmy się w małej uliczce dochodzącej ku rzece.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Poszliśmy na nabrzeże, do malutkiego parku z pomostem, skąd mieliśmy widok na miasto,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

148m

z gromadą sępów obsiadających dach Nadrzecznego Targu,

148i

148g

(Własny fotomontaż panoramy)

oraz drugą rzekę – Cruces,

148d

z małymi statkami spacerowymi.

148h

148j

Na rzece i okolicznych drzewach zalegały dwa rodzaje ptaków – sępy i kormorany.

148u

148o

Część drzew była zupełnie zniszczona (wypalona) przez ptasie odchody, podobnie jak na jeziornej wyspie, w Toronto.

148n

Kormorany pluskały się, nurkowały

148p

i co pewien czas zrywały do lotu.

148q

148r

148s

Było ciepło, wokół pełno młodzieży, bo akurat zaczynały się studia. Część z nich chodziła za ręce, inni siedzieli na trawie rozmawiając. Miłości odnawiane lub kontynuowane i nowe znajomości…

148w

Po II wojnie utworzono w Valdivii Chilijski Uniwersytet Południowy (Universidad Austral -1954), a potem Centrum Naukowe (Centro de Estudios Cientificos), które dziś jest uznawane za jedno z głównych centrów badawczych Chile, szczególnie w dziedzinie glacjologii i ekologii.

148y

Zaczęliśmy obchodzić najstarszą część miasta.

148x

Jedna z ulic, podobnie jak w wielu chilijskich miastach nosi nazwisko Domeyki, uznanego za bohatera narodowego Chile, którego potomkowie żyją do dzisiaj w Santiago. W roku 2011 odnalazłem na głównym cmentarzu Santiago, Cmentarzu Generalnym, grobowce rodziny Domeyki. Zaszedłem także na uniwersytet, gdzie Domeyko stworzył wydział geologii i nauczał. Szukałem jego śladów, lecz akurat studenci strajkowali i ostro protestowali przeciwko projektowi podwyższenia czesnego za naukę. Dotarłem do młodego asystenta, który zmieszany tłumaczył się, że w obecnej sytuacji, nie jest w stanie mi pomóc. Poprosiłem by mi pokazał choć jedną pamiątkę po Domeyce i wtedy zaprowadził mnie na wewnętrzne patio, gdzie każde popiersie zasłużonych dla Uniwersytetu, stojące na wysokim postumencie, miało na sobie papierową torbę z wymalowanymi hasłami protestu. Po zdjęciu jednej z nich ukazało się oblicze słynnego badacza Chile. W kolejnych dniach, po intensywnych poszukiwaniach, dotarłem do pewnego domu w dzielnicy Bellavista, gdzie mieszka jeden z potomków Domeyki. Nie mogliśmy się dogadać, nie tylko z racji mojego hiszpańskiego, a jego angielskiego. Żadne powoływania się na Polskę i zasługi Domeyki nie pomagały przełamać nieufności człowieka, który po mym długim kołataniu do drzwi, uchylił je zaledwie na parę centymetrów. Za nim, w głębi widziałem ładne, ukwiecone patio i prośba o możliwość jego sfotografowania w ogóle nie poskutkowała. Nie naciskałem, grzecznie się pożegnałem i zrobiłem tylko zdjęcie frontu domu.

Wiele starych budynków mieści wydziały tutejszego uniwersytetu.

148z

Obok Wydziału Psychologii okrągła, odrestaurowana wieża El Canelo, z tabliczką – „Wieża zbudowana w XVII wieku, odrestaurowana w wieku XVIII przez Ambrosio O’Higgins. Broniła miasta przed atakami piratów i Indian. Dziś jest niemym świadkiem chwalebnej przeszłości, która zobowiązuje do nieśmiertelnego przeznaczenia Valdivii”. Podpis pod tym górnolotnym zdaniem – Valdivijski Klub Lwów.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

A O’Higgins jest ojcem wielokrotnie wymienianego przeze mnie bohatera wojny wyzwoleńczej Chile – Bernarda. Ojciec, pochodzenia irlandzkiego, był militarnym gubernatorem Chile i wicekrólem Peru,wiernie służącym koronie hiszpańskiej. Syn poszedł w zupełnie przeciwną stronę, walcząc z hiszpańskimi kolonizatorami.

Budynki z początków wieku XX, wybudowane w europejskim stylu, służą dziś za siedziby instytucji kulturalnych i biur rządowych. Z rzeczy bardziej współczesnych wpadł mi w oko duży napis na murze: „Jimenji atakuje kapitalizm”. Ktoś obok dopisał duże „Nie” w kółku. Mury miast są księgą ludzkich emocji.

149a

Poszliśmy na nadrzeczny bulwar,

149b

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

gdzie stare miesza się wdzięcznie z nowym.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Za rogiem Targu Nadrzecznego, gdzie na dachach drewnianych bud wciąż siedziały napuszone sępy, jest wielki zegar z wahadłem Foucaulta

149d

149f

149g

i wyrytą obok na chodniku mapą lodowców,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

w Chile i chilijskiej Antarktyce.

149h

149j

Zawróciliśmy do najbardziej uczęszczanego miejsca – Mercado Municipal, czyli miejskiego Centrum Handlowego. Czteropiętrowy budynek położony jest na stoku i można doń wejść od strony rzeki, z ulicy Costanera A. Pratt, lub z ulicy Yungay, która jest na wysokości czwartego piętra budynku.

149n

W środku są hale z wyrobami artystycznymi, wszelaką galanterią i biżuterią.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

149m

Sa tam także dwie restauracje i wybraliśmy „El Rey del Marisco”, na pierwszym piętrze, z widokiem na rzekę.

Tam Seweryn, któremu niedobór snu się skumulował i z tego powodu był tylko częściowo obecny na tym świecie, zachwycił się śliczną, małą dziewczynką, która siedziała ze swą mamą niedaleko nas. Po uprzejmościach typu: Buenos dias. Como esta?, Seweryn wskazał palicem na dziecko i zapytał: „Nome, nome please?”. Gdy otrzymał odpowiedź, zadał następne pytanie, które zwaliło mnie z nóg, mimo iż siedziałem – „Ile monate?”. Biedna Chilijka wytrzeszczyła swe piękne, ciemne oczyska i bezradnie się uśmiechnęła. W tym momencie kelner przyniósł nam jedzenie. Seweryn natychmiast zrezygnował z dalszej konwersacji w mieszanych językach i zajął się swoją zupą. Ale nie koniec na tym.

Po obiedzie poszliśmy na zakupy pamiątek dla przyjaciół i siebie. Rozdzieliliśmy się umawiając za piętnaście minut na ostatnim pietrze, przy tylnym wyjściu z budynku centrum handlowego, na ulice Yungay. Kiedy nie pojawił się za pół godziny poirytowany poszedłem go szukać. Oczywiście się zgubił i totalnie zaplątał. Zbeształem go, a on obrażony oświadczył, że jeszcze musi pójść do toalety. Ponownie pokazałem mu palcem, gdzie będę na niego czekał. I zgubił się po raz drugi, bo pomyliły mu się piętra. Tym razem odnalazłem go po dziesięciu minutach, przysypiającego na ławce w holu. Czekał, aż zostanie odnaleziony.

Valdivia – Villarica

Trochę się przedzieraliśmy przez skomplikowany układ naprzemiennie jednokierunkowych ulic, odnajdując wreszcie wyjazd przez most nad rzeką Callecalle.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Do Villarica zaledwie 130 kilometrów jazdy. Miasto pożegnało nas słoneczną i ciepłą pogodą. Stojąc na ostatnich światłach, przed wjazdem na drogę numer 202, nie odmówiłem sobie sfotografowania przepięknej fuksji.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Od razu wpadliśmy w plątaninę różnych rzek. Z początku parę kilometrów wzdłuż rzeki Callecalle, potem niedaleko od wielkich rozlewisk rzeki Cruce. Przy jej dopływie – Cayumapu, skręciliśmy na wschód,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

dalej pognaliśmy na północy-wschód, by przed miasteczkiem San Jose de Mariquina, skręcić na Panamericanę. Po 35 kilometrach znów spotkaliśmy rzekę Cruces, która tak bardzo wije się w dolinie,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

iż przekraczaliśmy ją paroma mostami. Za piątym mostem, przy miejscowości Lancoche,

149t

rzeka przemieniła się w duży strumień i po paru kilometrach zjechaliśmy na drogę S-91, prowadzącą do Villarica.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Około wpół do ósmej, zza zakrętu gwałtownie wyłoniła się piękna sylwetka stożkowego wulkanu Villarica, jednego z dziesięciu najbardziej groźnych wulkanów chilijskich.

149u

Przy długim podjeździe do miasta, na lampie grzał się jastrząb.

149w

Wjechaliśmy do miasta ruchliwego, pełnego aut i ludzi, bo w sobotę zaczynała się Wielkanoc i od Wielkiego Piątku były już dni wolne od pracy. Wulkan mimo zapadającego zmroku co chwila wyłaniał się z perspektywy ulic.

149x

Ponieważ nasz hotel-restauracja „Yachting Kiel”, wedłu patagońskiego informatora był położony niemal na brzegu jeziora, skierowaliśmy się ku niemu. Dotarliśmy do bulwaru Costanera Pucara, skąd roztaczał się fantastyczny widok na ośnieżony wulkan. Zauroczeni tym widokiem pojechaliśmy w przeciwnym kierunku. Zawrotka i labiryntem ulic dotarliśmy wreszcie do naszego hotelu przy ulicy Gral Korner, która była w odległości zaledwie parunastu metrów od brzegu jeziora.

Przywitał nas młody człowiek – Daniel, który przez parę lat pływał na statkach wycieczkowych i z początkiem roku nabył hotel od starych właścicieli, Niemców, którzy poszli na emeryturę. Z góry przeprosił za pewne niedogodności, bowiem w tym roku inwestował głównie w rozruch restauracji. Rzeczywiście pokoje były zaniedbane i nadające się do remontu, a cena nieco wygórowana, tym bardziej, przy nowej nazwie – zamiast hotelu Spanie i Śniadanie (Bed&Breakfast). Nasz pierwszy pokój był wręcz fatalny i Daniel bez sprzeciwu dał nam nowe, osobne pokoje. Lecz Seweryn wpadł w prawdziwą rozpacz po uruchomieniu komputera, bowiem wysiadła mu ładowarka. A tu akurat zbliżająca się szybko Wielkanoc i nie mógł wysłać dziesiątek, specjalnie przemyślanych życzeń do rodziny i przyjaciół, co czyni niezmiennie od wielu, wielu lat przed każdymi Świętami. Seweryn jest bardzo przywiązany do tradycji i nie wyobraża sobie na przykład Bożego Narodzenia poza Polską. Od lat wytrwale lata do Polski by móc zachwycać się świątecznymi dekoracjami w Warszawie, odwiedzić rodzinną Wieliczkę i Kraków, oraz dotrzeć do przyjaciół w innych miastach.

Mnie wszystko wynagradzał widok, wprost z łóżka, na wulkan Villarica majaczący po drugiej stronie jeziora. Przypomniało mi się „Pod wulkanem” Lowry’ego, książka której długo szukałem w warszawskich antykwariatach, kiedy studiowałem dziennikarkę na Uniwersytecie Warszawskim. Pracę dyplomową z reportażu pisałem u Krzysia Kąkolewskiego, z którym się nieco zaprzyjaźniłem. Kiedyś zapytał mnie czy znam Lowry’ego i opowiedział historię (może wymyśloną, ale takie mają swój sens, a przede wszystkim soczystość) polecania tej książki, tylko określonym osobom. Poczułem się niejako nobilitowany, że dostąpiłem zaszczytu bycia w kręgu fanów Lowry’ego. Kąkolewski, gdy książkę już zdobyłem i połknąłem w dwa dni i dwie noce, czytając niemal non-stop, podzielił się ze mną kolejną wiadomością, na temat mego innego wykładowcy, a potem przyjaciela, Ryszarda Kapuścińskiego.

Otóż według Kąkolewskiego, Kapuściński będąc w Meksyku, poszedł śladami konsula z powieści „Pod Wulkanem”. Miałem tak sceptyczną minę, że Kąkolewski powiedział „Zrób próbę. Zacytuj przy nim jakiś charakterystyczny fragment z książki”. Okazja nadarzyła się w dwa lata później, kiedy organizowałem międzynarodowe sympozjum w warszawskiej Riwierze-Remont pt. Film i literatura iberoamerykańska, w którym Kapuściński, na moją prośbę, wziął udział. Staliśmy w holu klubu omawiając w parę osób, w obecności Kapuścińskiego, ostatnie szczegóły sympozjum. Ktoś zażartował, jak to będzie, gdy znów pojawi się na naszym sympozjum dyplomacja z „wrogich” krajów zachodnich i wtedy powiedziałem, sięgając do zwrotu z „Pod wulkanem” – „Będziemy zachowywać się bardzo konsularnie”. Nigdy nie zapomnę błysku oczu Kapuścińskiego. Rysio miał przenikliwe, czasem wręcz płonące oczy. Wtedy strzelił ten mały płomień i potem porozumiewawczy uśmiech. A jednak, pomyślałem…

Zasłoniłem story, włączyłem komputer, wszedłem na wiadomości i zaniemówiłem. Zmarł Gabriel Garcia Marquez. To on rozpoczął moją pasję pochłaniania literatury latynoskiej. Pierwsze zdanie ze „Stu lat samotności” – „Wiele lat później, stojąc naprzeciw plutonu egzekucyjnego, pułkownik Aureliano Buendia miał przypomnieć sobie to dalekie popołudnie, kiedy ojciec zabrał go z sobą do obozu Cyganów, żeby mu pokazać lód” – rozsmakowywałem parę razy. Bo tam jest już wszystko, cały realizm magiczny, cała esencja historii ekstatycznego kontynentu i charakteru jego ludzi. Jego tragizmu i ironicznej wesołości – „[…] wielu uznało, że padli ofiarą nowego oszustwa Cyganów, postanowili więc zbojkotować kino w przekonaniu, że mają zbyt dużo własnych zmartwień, żeby opłakiwać zmyślone nieszczęścia wymyślonych ludzi”. Dzisiejsza miara „postępu”? Ludzie zagłębili się, poprzez telewizję, w nieustanne życie życiem innych, owych fikcyjnych i często papierowych postaci, by zagłuszać tony codziennych zmartwień, które widocznie już im nie wystarczają.

Macondo urosło do symbolu. Była w nim tamtejsza nędza i historia nieprawdopodobnych wybryków dyktatorów oszalałych od nadmiaru władzy, która powodowała stały niedosyt. Wszystko udrapowane tropikiem – smakiem i zapachami, butwieniem i rozpadem, oszalałym rozkwitem, włącznie z namiętnościami, gdy piękna Remedios, doprowadzająca mężczyzn do szaleństwa, uniosła się w obłoku prześcieradeł. Lecz w książkach Marqeuza, Cortazara, Sabato i wielu innych, odnajdowaliśmy analogie do naszej, komuchowej rzeczywistości. Był to rodzaj swoistego pocieszenia, szyderczego sarkazmu wobec zbiurokratyzowanej rzeczywistości, a zarazem odskoku od, często parszywej, codzienności.

Opowieść Marqueza, o głębokim przeżyciu po zobaczeniu i dotknięciu lodu, przywołała osobiste wspomnienie, bodajże z roku 1958. Do moich rodziców przyjechała w odwiedziny pani z synem, z Belgii, pani, która przed wojną była służącą u moich dziadków, rodziców mej mamy. Dla moich rodziców był to dotyk świata, który poznali w czasie wojny i posmakowali zaledwie, co pozostało w nich już na całe życie. Wrócili do ponurej, stalinowskiej Polski i jakąś złudną nadzieją stał się dla nich rok 1956. Pani z Belgii, pachnąca zakazanym Zachodem, lepiej ubrana od mojej mamy, z pełnym entuzjazmem opowiadała o swym nowym kraju. Była to jakaś fantastyczna opowieść z innej, odległej planety. Pani, po entuzjastycznych przemowach, zabrała się za rozpakowywanie prezentów i jednym z nich, ku zmieszaniu moich rodziców, było pięć beżowych talerzy. Widząc ich zaskoczone miny roześmiała się i.. buch talerzem o kamienną posadzkę werandy. My wszyscy w krzyk, a tu nic się nie stało. Talerz zawirował i osiadł na podłodze. „Widzicie – powiedziała pani z Belgii– to jest plastyk”. Po jej wizycie rodzice długo milczeli.

[…] bo plemiona skazane na sto lat samotności nie mają już drugiej szansy na ziemi”.