16 lutego – Puerto Deseado – Puerto San Julian – Puerto Santa Cruz

Od rana piękna pogoda z rześkim powietrzem. Cień na porowatej skale z krechą niebieskiej rzeki w oddali.

1

Jakieś zakłady przemysłowe i domy w budowie – gołym okiem widać że miasto się rozwija.

2

Śniadanie z wybornym chlebem, zakupionym wczoraj w tutejszej sieci dużych sklepów, zwanych La Anonima. Argentyńczycy lubują się w różnorakim pieczywie i jedzą go bardzo dużo. Silvana twierdziła, że chleb jest główną przyczyną tycia Argentyńczyków.

Po śniadaniu, korzystając z jak zwykle powolnego wynurzania się Seweryna, mały rekonesans wokół domu. Skała niedaleko naszego noclegu wygląda jak gigantyczny pies pilnujący okolicznych domów.

3

Na tarasie hamaki na sjestę w cieplejsze dni.

4

Całe osiedle ładnie zaplanowane architektonicznie – drewno, cegła, kamień.

5

Na zewnątrz legła w cieniu naszego Rolecika lokalna psina, bo od rana mocno przypiekało słońce.

6

Pożegnanie z sympatycznymi gospodarzami i w drogę do Santa Cruz – kolejne 540 kilometrów.

7

Mapa z Internetu

Najpierw udaliśmy się do rzeki Deseado,

8

gdzie w jej górnej części wraz z wyspami i przy ujściu do oceanu, stworzono w 1977 Rezerwat Natury z zamiarem zachowania na powierzchni 10 tysięcy hektarów unikalnej formacji geologicznej oraz okazów fauny i flory. Rezerwat i cała okolica przynależą do ekologicznego regionu Patagońskich stepów. Deseado wypływa z lodowca jeziora Buenos Aires i ma 615 kilometrów długości. Przez setki lat erozja rzeczna wycinała kaniony (w paru miejscach 30-metrowej wysokości pionowe ściany) i górzyste doliny w płaskowyżu nad oceanem. Lecz na przestrzeni ostatnich 56 km dolina jest zatapiana przypływami oceanu Atlantyckiego. Rzeka w tym miejscu nie nosi typowej nazwy w języku hiszpańskim – rio, lecz ria, co właśnie oznacza rzekę częściowo zatopioną przez ocean i jest jedyną tego typu w Ameryce Południowej.

9

Mapka z Internetu

Na wyspach rzecznych osiedliła się wielka ilość (30 tysięcy osobników) dwóch gatunków pingwinów: Magellana, którą spotkaliśmy już wcześniej na Przylądku Tomba i jedyna na kontynencie Ameryki Płd. kolonia skalnych pingwinów (Rockhopper – 55 cm wzrostu i około trzech kilo wagi).

10

11

Oba zdjęcia z Internetu

Okazało się, że można tam dobić tylko łodzią. Cała podróż, w tą i z powrotem, trwa sześć godzin i musieliśmy zrezygnować z eskapady, by zdążyć na nocleg w Santa Cruz. W rezerwacie i okolicach gnieżdżą się 34 gatunki nadbrzeżnych i morskich ptaków, m.in. mewy, kaczki, ostrygojady (rozbijają muszle zrzucając je z wysokości na skały), rybitwy, antarktyczne wydrzyki i parę gatunków kormoranów,

12

Zdjęcie z Internetu

mających gniazda na południowym klifie, naprzeciw miasta.

13

Wielką atrakcję stanowi pewien gatunek małych, biało-czarnych delfinów Commersona (od nazwiska francuskiego naturalisty, który spostrzegł je w cieśninie Magellana w 1767 roku), zwanych też delfinami skunksowymi lub panda,

14

Z Internetu

znanych ze swej dużej szybkości pływania na powierzchni, włącznie z okresowym surfowaniem po nadbrzeżnej fali, a także licznymi skokami w powietrzu.

15

Z Internetu

Zaobserwowano, że czasem pływają do góry brzuchem. Są tu kolonie lwów morskich, wielka obfitość różnych gatunków ryb, w tym rekiny, spośród których najczęściej pojawia się rekin tygrysi.

Ujście rzeki charakteryzuje się małymi opadami deszczu (200 mm na rok), przez co rosną tutaj jedynie niskie zarośla i kępy traw. Natomiast nieustannie wieje wiatr (prawie 300 dni w roku), co z kolei sprzyja żeglowaniu. Najpopularniejszym sportem jest jednakże kajakowanie, stwarzające zarazem najlepszą możliwość penetrowania bocznych wąwozów i kanałów

16

oraz prowadzenia obserwacji zwierząt i ptaków na brzegach i wyspach.

Pylastą i stromą drogą

17

podjechaliśmy na wzgórze widokowe zwane Punktem Darwina.

18

Uczony był tutaj w 1834 roku, obserwował krajobraz

19

i uczestniczył w pomiarach ujścia rzeki.

20

Po zrobieniu paru zdjęć powoli, żwirową drogą, powróciliśmy na Ruta Tres.

Na kontroli, przy wyjeździe z Deseado, nikogo. Na posterunku w Tellier znów szczegółowe spisywanie, wraz z życzeniami „bueno viaje” (dobrej podróży). Rozpłaszczona pampa, 32 stopnie Celsjusza. Na pierwszym planie płoty, za nimi, daleko nad horyzontem lewitują pojedyncze wzgórza. Typowa fata morgana.

21

Na szosie, przed drgającą linią horyzontu „rtęciowe kałuże”, tak męczące oko kierowcy.

22

Dlatego jest nakaz jeżdżenia z włączonymi światłami dziennymi. Na poboczach postrzępione opony. Opustoszała linia kolejowa z domkami dróżników, czasem w kompletnej ruinie.

23

Po torach spacerują strusie nandu.

24

Dyszą w rozprażonym powietrzu.

25

Między szosą a torami linie elektryczne, monotonna kraina słupów i drutów. Nagle zza wzniesienia wybiegła gromada koni…

26

Zaczyna sie falująca pampa, w ostatnich podrygach patagońskiego lata.

27

O14.30 osiągamy Jaromillo i szukamy miejsca by napić się kawy. Mieścina, a właściwie osada, licząca parędziesiąt domów, totalnie opustoszała. Przykurzone domy i drzewa, żwir i pył podkręcany ostrymi porywami wiatru. Spiekota, bezruch, jedna restauracja. Zamknięta. Miejsce z powieści Marqueza, gdzie wszystko zastyga w upale na parę godzin. I tylko uparty, stary pułkownik powraca z poczty, bo się znów przekonał, iż nie ma kto do niego pisać…

Postój w przydrożnym zajeździe – stacja benzynowa, restauracja, sporo aut i ciężarówek (ktoś wiezie na lawecie stare cacko),

28

za budynkiem parę domków, z boku zagajnik rachitycznych drzewek. Spacerują gdaczące kury, kolebią się kaczki. Zimna woda i kawa. Rolecikowi od upału wysiadła klimatyzacja. Otwieramy maskę i go poimy. Jednakowość takich zajazdów w różnych stronach świata. Za zajazdem nowa droga, na poboczach znów dyszące od upału nandu.

29

30

Zwiększenie szybkości i połykanie przestrzeni, która zaczyna się zmieniać.

31

Wzgórza i więcej długich łuków szosy.

32

Zagubione w przestrzeni farmy z odległym oceanem.

33

Daleko na horyzoncie pojawiają się niewysokie góry.

34

Czasem w kotlinach, poniżej szosy, ukazują się białawe połacie podeschniętych, małych jezior.

35

Białawe od wytrawów soli. Podobnie muszą wyglądać tereny, na przykład, wokół jeziora Aralskiego.

Dojeżdżamy do miejsca, gdzie w roku 1520 spędziły zimę, w bardzo ciężkich warunkach, statki Magellana, by w sierpniu wyruszyć dalej na południe, wzdłuż wybrzeży Patagonii. Tutaj Europejczycy weszli w pierwszy kontakt z tubylcami, szczepem bardzo wysokich ludzi, Techuelche (dwoje tubylców uwięziono, chcąc ich pokazać w Europie. Obaj zmarli, bo odmawiali przyjmowania posiłków), których kronikarz Magellana, Antonio Pigafetta, opisał jako gigantów i nazwał Patagones. Wokół nazwy narosło przez wieki sporo nieporozumień. Jedni uważają, iż wzięła się z powodu wielkich stóp krajowców (Pigafetta podał dosłownie – ziemia wielkich stóp), inni twierdzą, że to Magellan zasugerował tę nazwę, bowiem w tym czasie fascynowała go książka F. Vazqueza, rycerski romans „Palmerin de Oliva”, gdzie bohater walczy z dziką kreaturą zwaną Patagonem. Jest to niemal klasyczna wykładnia podejścia ówczesnych Europejczyków do innych nacji, podejścia podkreślonego i utrwalonego rzekomą wyższością chrześcijaństwa, bo tylko ono umożliwia zbawienie. Potem wyższość gorliwie podtrzymywano przy pomocy takich pojęć jak cywilizacja zachodnia, głęboka kultura, racjonalny postęp, płomienny nacjonalizm i przodująca rasa, aż do okresu współczesnej technologii, gdy nagle okazało się, iż wszyscy potrafią się nią jednakowo sprawnie posługiwać. Cechą charakterystyczną tego podejścia jest wzbudzenie w delikwentach poczucia winy, wyrzutów sumienia i kompleksu nieusuwalnej niższości. Od dzikusa totalnie dzikiego do szlachetnego i na powrót, w zależności od doraźnych potrzeb i wyznaczonych celów, mód intelektualnych i okresowych wyrzutów sumienia.

Na XVII i XVIII-wiecznych mapach można często znaleźć napis – regio gigantum (królestwo gigantów), tym bardziej, że ekspedycja komandora John Byrona z roku 1767, znów potwierdziła ich istnienie. Opublikowana po niej książka pt. „Podróż dookoła świata na HMS” Delfin”, stała się natychmiast bestsellerem i wzbudziła ponowne zainteresowanie Patagonią.

Do dyskusji włączył się także Bruce Chatwin, kolejny człowiek, który przypomniał o istnieniu dalekiej i na wpół dzikiej Patagonii. Patagonia stała się ekscytującą krainą, szczególnie wśród młodych, w czasie, niestety ograniczonej przemiany w Europie i Ameryce Płn. w latach 60-tych, czyli w okresie powstania tzw. literatury drogi. Zachęceni lekturą brali plecak, mapę, notatnik i ruszali na szlak. Nie każdego było na to stać; słynne i niemal legendarne już, Chatwinowskie porzucenie z dnia na dzień pracy w „Guardianie” i wyruszenie do Patagonii, oparte było na jego totalnej niezależności finansowej. Udał się tam, nie z powodu fascynacją w dzieciństwie znaczkiem pocztowym, ale strzępkiem skóry plejstoceńskiego zwierza, zwanego mylodonem.

Najważniejsze żeby chcieć, mając ów drive, jak mawiają Anglosasi. Przy przeciętnie trzech tygodniach urlopu w Ameryce Płn., ów drive przypomina raczej spiralę ciągnącą w dół, a z powodu okaleczonej wiedzy i jeszcze bardziej ograniczonej styczności z naturalnym światem, natykamy się na zjawisko masowej turystyki, przypominające chaotyczne skoki i zaliczanie miejsc. Miliony zdjęć zalęgają w szufladach i albumach, wspomnienia płowieją w szybkim tempie, ustępując miejsca nowym atrakcjom. Na tych zdjęciach, na pierwszym planie jest z reguły ludzkie „JA”. Miejsca pobytu są zaledwie tłem. Na szczęście, co pewien czas, pojawiają się niesamowite kronopie, jak Paul Salopek, który postanowił przemierzyć trasę naszych przodków – z Afryki, poprzez Azję do obu Ameryk, by zakończyć peregrynacje na Ziemi Ognistej. Przemierzyć tak jak niegdyś oni – pieszo!! [outofedenwalk.nationalgeographic.com] 

Według Chatwina, co podaje w swej książce, „W Patagonii”, etymologia słowa Patagonia wywodzi się od greckiego określenia παταγος – ryczący. W swej kronice, Pigafetta twierdzi, iż tubylcy „porykiwali jak byki”. Języki obcych, w wielu nacjach noszą określenia pejoratywne – język barbarzyńców, język bełkotu, niezrozumiały, charczący. Nieznajomość innego języka powoduje dyskomfort. Tak jest do dzisiaj. Spróbuj się znaleźć na przyjęciu wśród ludzi, których języka nie znasz. Być może wychwycisz pojedyncze słowa, ale generalnie będziesz się czuł niezręcznie, Gdy śmiech się zacznie szerzyć powstanie myśl natrętna, że oto śmieją się z ciebie, obgadują cię. Zaczniesz nadrabiać miną, przywdziewając gombrowiczowską gębę lub obdarzając nią tamtych.

Pod porykiwanie, można także podciągnąć słynne wiatry w Patagonii i szerokościach geograficznych, po obu stronach krańca kontynentu, zwane przez żeglarzy ryczącymi czterdziestkami i sześćdziesiątkami. Magellanowi nie było dane zaznać w pełni owych wiatrów, bowiem przypadkiem odnalazł cieśninę, wyprowadzającą go na wielki i spokojny ocean, który określił jako Pacifico (Spokojny). Z kolei swoje zimowisko, które jest dziś małym miastem, nazwał Puerto San Julian (Portem św. Juliana). 

Przed nim najpierw zespół domów wyglądających jak szałasy.

36

Potem duży napis powitalny,

37

a na rogatkach grupa przedziwnych rzeźb-pomników.

38

Ten wysoki to pomnik wystawiony wodzie – pierwszy raz widziałem coś takiego i byłem bardzo kontent. Pomnik dla źródła życia, dla najwspanialszego elementu Wszechświata, który jako jedyny lokuje się we wszystkich trzech stanach – ciekłym, stałym i gazowym.

Dalej, szczególny w swej wymowie, mural na temat traktowania kobiet, co jest wielkim problemem krajów Ameryki Łacińskiej.

39

Sprawozdawczyni do spraw kobiet, pracownica ONZ – Raszida Mandżu określiła to krótko i dosadnie: ” Dlaczego mężczyźni pozwalają sobie na przemoc wobec kobiet? Bo mogą”. Prowadzona od roku 2007, akcja obrony kobiet zaowocowała specjalnymi przepisami prawnymi. Teraz, za zabicie kobiety siedzi się w więzieniu, na przykład, w Meksyku maksymalnie 60 lat, w Argentynie, Peru czy Chile grozi natomiast dożywocie.  

Przy dojeździe do bulwaru pojawiła się sylwetka jednego z pięciu statków Magellana – „Victoria”.

40

Portugalczyk przybił do brzegu 31 marca 1520 roku, w pięć statków zwanych Naos, które były większe od karaweli. Miał za sobą siedem miesięcy podróży, w czasie których, już zaczęły narastać zadrażnienia pomiędzy nim a w większości hiszpańską załogą. W San Julian w czasie Wielkanocy wybuchł otwarty bunt, na czele którego stanęli dwaj kapitanowie. Ze swego flagowego statku „Nao Victoria”, Magellan bunt opanował, zarządzając egzekucję kapitana poprzez ścięcie głowy (miejsce wykonania wyroku, w małej zatoce, do dziś nosi nazwę Wybrzeża Osądu). Dwóch innych skazał na wygnanie, co było wtedy równoznaczne z wyrokiem śmierci. Lecz potem złagodniał i dla pozostałych zarządził przezimowanie w San Julian, do 21 sierpnia. W dwa miesiące później odnalazł przejście przez cieśninę noszącą dziś jego nazwisko.

W czerwcu 1578 roku do zatoki wpłynął Francis Drake i w 58 lat później nastąpiły podobne wydarzenia – narastający konflikt, zakończony ścięciem przyjaciela Thomasa Doughty, przerodził się w późniejszych miesiącach w otwarty bunt, który Drake opanował pokojowymi metodami i również zarządził przezimowanie, by w sierpniu dotrzeć do tej samej cieśniny co Magellan.

W 1780 roku, hiszpański król Karol III, wysłał około 200 osadników, którzy pod przywództwem Antonio de Viedmy, wybudowali osiedle zwane Florida Blanca, niedaleko dzisiejszego San Julian i opuszczone w cztery lata później (ruiny osadnictwa znaleziono w latach 80-tych XX wieku). Tutaj urodziła się w Patagonii pierwsza, biała kobieta.

W styczniu 1834 roku zawinął do zatoki HMS„Beagle” i Darwin podjął pierwsze badania geologiczne, znajdując przy okazji skamieniałą kość jakiegoś wielkiego zwierzęcia. Po powrocie do Anglii kość zbadano i anatom Richard Owen stwierdził, iż jest to pozostałość po zwierzęciu z rodziny wielbłądowatych, które nazwał Macrauchenia. To odkrycie, obok paru innych, doprowadziło Darwina do sformułowania słynnej teorii ewolucji.

W końcu wieku XIX i z początkiem XX, San Julian i pobliskie mu okolice, stały się ważnym regionem hodowli owiec i produkcji soli, wysyłanej do Buenos Aires. Wielka kompania „Swift” wybudowała zespół chłodni stojących wzdłuż północnego wybrzeża. 17 września 1901 roku San Julian uzyskał prawa miejskie, przy czym większość populacji stanowili obcokrajowcy. W 1943 roku uznano miasto za miejsce historyczne. Obecnie liczy przeszło osiem tysięcy mieszkańców.

Replikę statku „Victoria”, jedynego który powrócił do Hiszpanii po pierwszym opłynięciu świata dookoła (z 260 ludzi wróciło do Sewilli 18 osób, w tym kronikarz wyprawy Pigafetta), ustawiono w San Julian jako muzeum. Nigdzie nie mogłem znaleźć w którym roku to nastąpiło. Magellanowska „Victoria”, zbudowana przez baskijskich specjalistów, miała 25 metrów długości, 24 wysokości i 6.8 metra szerokości. Replika ma zachowane oryginalne proporcje. Najlepiej oglądać ją z dystansu.

41

Po pierwsze zdumiewa, iż na takiej łupinie Magellan porwał się na dziewicze opłynięcie świata.

42

43

Gdy wejdziemy do środka, wrażenie kruchości statku potęguje mała przestrzeń, ciasny kubryk, maleńka kajuta kapitana.

Po drugie, z bliska widać niestety przaśność repliki, włącznie z domalowanymi prostacko falami, na których pomykają rzeźby delfinów i mew. Na dziobie figura marynarza czyniącego węzeł

44

i na burcie skomplikowana osnowa takielunku.

45

Na pokładzie i z burty wyziera jeden z najbardziej dosadnych argumentów używanych w dziejach wypraw Europejczyków – armata.

46

47

Paręset metrów dalej tkwi pomnik argumentu nowoczesnego, współcześnie używanego w konfliktach międzypaństwowych – myśliwiec szturmowy.

48

To stąd wzbijały się w powietrze argentyńskie samoloty bojowe w nalotach na Falklandy – Malviny (Guerra de las Malvinas/Guerra del Atlántico Sur), bowiem było do wysp najbliżej. Dwa dywizjony wykonały, podczas 45 dni operacji, 149 nalotów przeciwko Brytyjczykom. O ironio, wielu stałych mieszkańców San Julian jest byłymi osadnikami angielskimi z Falklandów, pracującymi w przemyśle związanym z hodowlą owiec.

Na pierwszym planie, przed samolotem-pomnikiem, plac zabaw dla dzieci. Następne paręset metrów, z boku, nad rzeką, brodzi w wodzie mały chłopiec.

49

A za chwilę przelatują nad nią białe, patagońskie gęsi.

50

Na dalszym planie falochron, magazyny portowe, spory krzyż na kamiennym postumencie.

51

Pustawo, bo jest niedzielne, leniwe popołudnie, do tego z dobrą pogodą i lekkim wiatrem. Sielanka.

W głębi, przy kasach, bo na replikę są bilety wstępu, postawiono dwie tablice pamiątkowe – pierwsza, ufundowana przez władze miejskie San Julian i Santa Cruz z okazji 200-lecia Argentyny (z roku 2010)

52

i druga, przez społeczność portugalską z Comodoro Rivadavia, z roku 2013.

53

Seweryn zdumiony długo buszował po pokładzie i pomieszczeniach „Victoriii”. Mnie wystarczyło paręnaście minut, bowiem od dzieciństwa miałem styczność z morzem a dodatkowo, w paru miejscach Europy, zwiedzałem takowe statki-pomniki. Poszliśmy potem do małej restauracji, gdzie skusiłem się na kawę i lody. Przeglądając przewodnik patagoński znalazłem informacje, że w odległości 150 km na północny-zachód od miasta, jest stanowisko geologiczno- archeologiczne, La Maria. Historia geologii owego obszaru zawiera się w gwałtownych wydarzeniach, gdy warstwy skał osadowych zostały rozdarte wulkanicznymi eksplozjami i nadmorskie klify poznaczone są licznymi jaskiniami, pieczarami i zagłębieniami różnej wielkości. Służyły one indiańskim szczepom za schronienie, a także galerie sztuki. Są bowiem tutaj stanowiska kolorowych rysunków – rąk i abstrakcyjnych, symbolicznych motywów.

54-la-maria-petroglify

Z Internetu

Pokrzepieni kawą i chłodem idącym od oceanu wróciliśmy na drogę. Krajobraz zaczął być bardziej urozmaicony,

55

choć wciąż trafiały się długie podjazdy w monotonnym terenie.

56

Droga prowadziła wprost na zachód,

57

ku dolinie rzeki Chico,

58

za paręnaście kilometrów łączącej się z większą rzeką – Santa Cruz. Minęliśmy pięknie położone, w zakolu tej rzeki, miasteczko Comandante Luis Piedarbuena,

59

zjechaliśmy w dół i na rozjeździe, skierowaliśmy się w lewo, drogą 288 do miasta Puerto Santa Cruz,

60

leżącego około 17 kilometrów od oceanu, na południowym brzegu szerokiego ujścia rzeki Santa Cruz.

61

Małe, biednawe raczej miasto, lecz z zadęciem historycznym.

62

Kolejne miasto gdzie bankomaty odmawiały wydania pieniędzy. W tej prowincji ustanowili jakiś system bankowy, zwany Link i ze swoją kartą jest się bezradnym. To samo było w San Julian. Dopiero w następnym mieście, Rio Gallegos, powinniśmy dobrnąć do porządnego banku – Banku Patagonia.

Nasz hotelik, „Lucerna Matinal”, przy jednej z głównych, ale cichych ulic, bardzo ładnie położony. Z lewej wysoki mur, naprzeciw niego wejścia do poszczególnych pokoi z układem piętrowym. Na froncie każdego małe ogródki pełne kwiatów i krzaków. W środku wszystko wyłożone drewnem, wygodne łóżko. Wszędzie trafialiśmy na bardzo dobre i wygodne materace. Śpimy osobno, bo moje miejsce na antresoli,

63

co ze względu na okresowe pochrapywanie Seweryna nader dla mnie wskazane.

Późnym wieczorem na obiad w stylu argentyńskim – mięsiwo i flacha wybornego wina. Restauracja „La Hosteria”, gdzie musieliśmy zapłacić wizą, bowiem skończyła nam się gotówka.