14, lutego 2014 – Comodoro Rivadavia – Sarmiento

Zatrzymując się po drodze w mieście Comodoro Rivadavia, gdzie o północy spożyłem kolację – baranina w stylu patagońskim, doskonały sos z grzybami i mała butelka czerwonego wina – próbowałem porozumieć się z naszymi gospodarzami w Sarmiento. Seweryn się nabzdyczył, odmówił jedzenia czegokolwiek i narzekał, że nocleg nie jest prawidłowo załatwiony, czym się mocno mi naraził. Zbeształem go ponownie za komórkę – jedyną w zasadzie rzecz, którą miał załatwić przed naszym wyjazdem. Dowiedzieć się, jak można wykupić kartę i używać tu komórke bez problemu, co było ważne ze względów bezpieczeństwa. Komórka, którą Seweryn wykombinował w Toronto, była do luftu. Uprosiłem kelnera bym mógł skorzystać z telefonu. Podesłał mi kelnerkę z komórką i stworzył się łańcuch ludzi dobrej woli. Niestety w Sarmiento nie odpowiadali na telefony. Włączyła się sekretarka po hiszpańsku i zostawiłem jak najprostszą wiadomość po angielsku. Dodatkowo podłączyłem w restauracji swego laptopa i przesłałem pocztą elektroniczną informację, iż powinniśmy dotrzeć do nich około pierwszej w nocy.

Comodoro lokuje się na krańcu prowincji Chubut, u stóp wzgórz Chenque, nad zatoką San Jorge.

1-comadoro

Z Internetu

Zatoka San Jorge jest rozległym oceanicznym basenem Atlantyku, spinającym wybrzeża dwóch prowincji – Chubut i Santa Cruz na długości 229 kilometrów. Przeszło 70% zatoki położone jest na głębokości od 70 do 100 metrów. Jej dno zostało uformowane przez osady skamienielin różnych gatunków małży (ostrygi, omułki, pogrzebki), których potomkowie są do dziś spożywani jako owoce morza.

2

Z Internetu

Małże od lat używane są też do kontrolowania jakości wody, na przykład w Gdańsku, w ujęciu wodnym w Straszynie.

3-malze-kontrolujace-wode-w-gdansku

Z Internetu

Zarówno żywe małże, jak i ich pokruszone skorupy, reagują jako biofiltry usuwając z wody metale ciężkie (kadm czy ołów) i inne zanieczyszczenia. Małże zasiedlają Ziemię od przeszło 500 milionów lat i mamy ich około 9200 gatunków. W osadowych warstwach dna oceanu zalegają też szczątki innych zwierząt, dalej współcześnie żyjących – pąkli, krewniaków krabów i homarów, które często przyczepiają się do skóry wielorybów gatunku humbak.

4-barnacles

Z Internetu

Jako ciekawostkę podaję fakt, że większość z nich jest hermafrodytami, a te które muszą się rozmnażać nie mogą opuszczać swoich skorup-domków i z tego powodu mają niezwykle długie członki, które czynią ich rekordzistami w świecie zwierząt w proporcji penisa w stosunku do długości ciała. Reszta dennych osadów to muł, piasek, żwir i wkładki węglanowe.

Popływać za bardzo się nie da, chyba że w płytkich zatoczkach, bowiem temperatura wody wynosi maksymalnie 13 stopni. Wzdłuż wybrzeża zatoki mieszka 90% mieszkańców prowincji Chubut. Największymi miastami są Comodoro i Caleta Olivia położona już w prowincji Santa Cruz – oba z portami posiadającymi naftowe pirsy i bazy rybołówstwa.

W marcu 1891 roku komandor Martin Rivadavia, wnuk pierwszego prezydenta Zjednoczonej Prowincji Rzeki Platy, czyli dzisiejszej Argentyny, zarzucił kotwice swej korwety przy wiosce, którą nazwał Rada Tilly, aby utwierdzić argentyńską władzę nad terytorium przejętym od chilijskiej armii. Tilly był hiszpańskim marynarzem, kapitanem generalnym Armady, który miał niezwykle barwne życie i w czasie kampanii w latach 1794-95 pokonał portugalską armię nad rzeką La Plata. Z kolei w lutym 1901 roku, na wniosek rządu narodowego, na cześć komandora miejscowość nazwano Comodoro Rivadavia, później w skrócie zwaną Comodoro. Rada Tilly jest teraz miasteczkiem na poły turystycznym, z plażami, nurkowaniem, windsurfingiem i wędkowaniem. Ma także mały rezerwat lwów morskich.

Comodoro stało się portem docelowym dla osadników, głównie Walijczyków i Burów z Południowej Afryki, uciekających spod brytyjskiego panowania. W 1903 roku z Południowej Afryki, po przegranej wojnie burskiej, przypłynęło 600 osadników. Otrzymali ziemię wokół miasta, lecz dotkliwą niedogodnością był brak wody, którą transportowano wozami zaprzężonymi w woły. Po paru latach osadnicy mieli dość i zaczęli wiercić studnie. W 1907 roku zamiast do wody dowiercili się na głębokości 540 metrów do pokładów ropy. Niestety nie mogli mieć z tego żadnych korzyści, bowiem argentyńskie prawo stanowiło, że wszelkie bogactwa mineralne należą do państwa. Dlatego większość Afrykanerów podążyła w głąb kontynentu, osiedlając się w regionie Sarmiento.

Miasto szybko się rozwijało, bo od niego zaczyna się swoisty korytarz – od oceanu do oceanu – liczący 517 kilometrów długości pas lądu łączący Comodoro z Puerto Chacabuco w Chile, nad Pacyfikiem. Do dzisiaj jest to bardzo ważny szlak handlowy i turystyczny. W latach 1943 – 55 miasto było stolicą Terytorium Rivadavia, potem przeszło pod prowincję Chubut, gdzie jest największym ośrodkiem miejskim, centrum handlowym i transportowym i ważnym punktem przemysłu naftowego. Stąd prowadzi do Buenos Aires rurociąg gazowy o długości 1770 kilometrów. Obecnie mieszka tam przeszło 190 tysięcy ludzi.

Comadoro jest miastem przemysłowym ze specjalizacją w dziedzinie metalurgii, produkcji cementu i przede wszystkim rafinerii ropy i jej eksportu, będąc drugim w Argentynie ośrodkiem wydobycia tego surowca. Jednakże ropa stanowi tylko 5% ekonomii regionu i dlatego poszukuje się od lat alternatywnych źródeł energii. Jedną z ważniejszych jest energia wiatrowa, która obecnie dostarcza 16% całego zaopatrzenia. Farma wiatrowa, 14 kilometrów od miasta, o nazwie Antonio Moran jest drugą, największą tego typu w Ameryce Południowej. Próbuje się eksperymentalnie produkować energię opartą na wodorze, a także biopaliwo uzyskiwane z morskich wodorostów.

Comodoro stanowi również centrum produkcji homarów i krabów na rynki krajowe i międzynarodowe; wzdłuż wybrzeża istnieje szereg portów rybackich wraz z marinami dla sportowego wędkowania. Dodatkową atrakcją są stada wielorybów Południowych mających tutaj swój szlak migracji, co można obserwować z brzegów zatoki.

Do Sarmiento jechaliśmy pod mglistym księżycem

5

i dotarliśmy tam o 2.30 rano, przejeżdżając w sumie tego dnia 807 km. W mieście ciemnawo, pusto, nieznajomo. Dopytywaliśmy się napotkanych przypadkowo ludzi, gdzie jest nasze noclegowisko, ale tłumaczyli mętnie. W końcu, na stacji benzynowej pomogli nam policjanci, mówiąc, iż jest to estancja, około dziesięć kilometrów za miastem. Dobrnęliśmy do niej o trzeciej rano. Przywitały nas milczące psy czekoladowej maści, cisza przerywana co pewien czas przeraźliwymi wrzaskami nocnych ptaków i cudowny zapach skoszonej trawy, łąk i kwiatów pod wspaniale rozgwieżdżonym niebem. Rajska okolica.

Intrygowała mnie nazwa hosterii – Chacra Labrador; kojarzyła mi się z czakrą energii z filozofii i religii hinduskiej oraz z Labradorem, na który wybrałem się z Mariuszem Wilkiem w roku 2008. Okazało się, iż labrador lub lavrador, oznacza po hiszpańsku i także po portugalsku, posiadacza ziemskiego. I tak właśnie było z kanadyjskim Labradorem – któryś z portugalskich żeglarzy nazwał ów niegościnny półwysep Lavradorem, który z kolei inny żeglarz, francuski, nazwał ziemią przeklętą przez Kaina. A chacra oznacza po prostu farmę. Nie miałem serca budzić gospodarzy o tak wczesnej porze. Postanowiliśmy przedrzemać w samochodzie, co okazało się całkiem wygodnym noclegiem. Ani nie zmarzliśmy, ani nie zdrętwieliśmy.

Obudziło mnie pukanie w szybę auta i zobaczyłem zdumioną twarz kobiety. Była to nasza gospodyni Annelies, która wspólnie ze swoim mężem – Nickiem, szukali nas po obejściu, po wysłuchaniu i odczytaniu mych wiadomości w godzinach porannych. Ogromnie ich w sumie zadziwiliśmy i powiedzieli nam potem, że długo będą nas pamiętać, bo coś takiego w dziejach prowadzonej przez nich hosterii jeszcze się nie zdarzyło.

Wygramoliliśmy się z Rolecika o ósmej rano i w naszym pokoju – pachnącym, zadbanym, urządzonym ze smakiem, z meblami z początku XX wieku – dospaliśmy następne trzy godziny. Po drugim tego poranka prysznicu, ustąpiłem miejsca Sewerynowi i przeszedłem się z aparatem po obejściu. Co za piękne miejsce! Wokół domu starannie utrzymany trawnik,

6

po prawej mały zagajnik,

7

z boku ogród warzywny i szemrzący cicho strumyk. W krzewach jakiś ptak który upojnie śpiewał.

8

W głębi drzewa owocowe i na wpół dziki teren.

9

W jadalni ozdobionej żeliwnym piecem, kolekcją fajek i ładnymi obrazami,

10

na opóźnionym śniadaniu poznaliśmy pana domu, Nicka. Okazało się, że jest z pochodzenia Burem i Szkotem z irlandzkimi domieszkami, a jego żona Holenderką. Jego ojciec miał estancję blisko Andów – 10 tysięcy sztuk owiec i tyleż samo bydła. W tym domu i obejściu wyczuwa się jeszcze stary styl wielkich posiadłości. Posiłki przygotowywała służąca, dwóch pracowników krzątało się po ogrodzie. Nick podarował mi książkę – wspomnienia swego ojca, który osiadł w Patagonii. Po śniadaniu poradził nam, abyśmy jak najszybciej udali się do skamieniałego lasu. Co też od razu uczyniliśmy.

Po wyjściu natknęliśmy się na sympatyczne psy,

11

których rasy nie mogłem odgadnąć.

12

Łasiły się a potem goniły wzajemnie po trawniku. Wyjechaliśmy za bramę estancji, skręt w prawo i jazda zapyloną, wiejską drogą. W oddali pasma wzgórz,

13

przed nimi rzędy posadzonych drzew skrywające inne estancje.

14

Mijamy samotnego jeźdźca,

15

tabliczka z napisem „Skamieniały las” i skręt w prawo w wijącą się, żwirową i potwornie zakurzoną drogę.

16

Pojawiają się wyłysiałe wzgórza upstrzone kłębkami roślinności, przypominające tereny tzw. badlands z Alberty lub Płd. Dakoty.

17

Osypiska i kolorowe smugi,

18

spod których wyzierają jeszcze barwniejsze warstwy skał osadowych (piaskowiec zmieszany z wulkanicznymi popiołami).

19

Fantastyczne kształty, przypominające postacie z baśni o zaklętych olbrzymach,

20

21

obok gigantyczne żebrowania stoku.

23

Kolorową doliną,

24

w coraz większym upale dojeżdżamy do bramy parku. Słońce prażyło, ochranialiśmy obaj swoje zbyt mocno opalone ręce i przede wszystkim głowy, bo można łatwo dostać udaru. Przy domu strażnika przywitał nas łagodny wilczur, który legł w cieniu chroniąc się przed łapą upału.

25

W środku sporego pomieszczenia jest muzeum i sklep z pamiątkami, co zostawiamy sobie na później. Przepisy są tak restrykcyjne, że nawet w tym sklepie, kamyki czy drzazgi skamieniałych drzew do kupienia, zrobiono ze sztucznego materiału. Strażnik poinformował nas o przepisach, włącznie z surowym zakazem podniesienia najmniejszego kamyczka. Taką politykę wprowadził rząd Argentyny we wszystkich parkach. Aż mnie skręcało, bowiem kolekcjonuje okruchy skał z różnych miejsc świata. Tym razem postanowiłem przepisów przestrzegać.

Spędziliśmy w parku narodowym niemal dwie godziny spacerując specjalnymi ścieżkami. Mijaliśmy płaskie i rozległe wierzchołki wzniesień,

26

27

suche doliny z nieprawdopodobną feerią kolorów skał,

28

29

30

 

drgających czasami w gorącym powietrzu. Wspinaliśmy się na wzgórza,

31

z których roztaczał się widok na głębokie doliny

32

i z daleka, w jednej z nich, wreszcie zobaczyliśmy rozrzucone pnie skamieniałych drzew.

33

Nagle, nad mą głową, z wrzaskiem przeleciało stado kolorowych papug.

34

Dotarliśmy do kolejnej, wielkiej i rozległej doliny, poprzecinanej suchymi wąwozami, które wypełniają się wodą w porze deszczowej. W niektórych miejscach, ze ścian wystawały skamieniałe pnie.

35

36

Leżały koło ścieżek

37

i na stokach,

38

39

40

sterczały z urwisk.

41

42

W jednym miejscu pień wyrastał z ziemi,

43

w innym, w korycie suchego parowu, pnie leżały rozrzucone tak jakby je niedawno przeniosła woda.

44

Na szczycie jednego z wzniesień znaleźliśmy popękane fragmenty pni.

45

46

Wszystkie skamieniałe drzewa liczą sobie 70 milionów lat. To fragmenty dawnego lasu tropikalnego, rosnącego nad rozległymi lagunami ciepłego morza. Pośród drzew chodziły dinozaury, w wodzie żyły olbrzymie krokodyle, żółwie i rekiny. Ich kości znaleziono tutaj w sporej ilości. Dolinę nazywają Doliną Księżycową i takie doliny, o bliźniaczej nazwie, napotkałem w paru miejscach na świecie. Księżyc wciąż nas fascynuje i zapładnia wyobraźnię.

Około 60 milionów lat temu okolice zalał ocean Atlantycki tworząc rozległe bagna, w które rzeki i wielkie opady deszczu, nanosiły pnie upadłych drzew. Potem bagno wyschło i pnie uległy fosylizacji czyli skamienieniu. Znajdujemy je dzisiaj porozrzucane w dolinie, dolinie typowej dla klimatu suchego, półpustynnego. Mamy więc kolczaste krzewy,

47

48

49

karłowate drzewka przypominające stylem bonsai,

50

kolonie porostów na skałach,

51

wielkie owady,

52

pająki

53

i malutkie skorpiony,

54

których okazy odnalazłem dopiero w muzeum. Z istot żywych napotkałem jedynie małe jaszczurki, przemykające pomiędzy skałami i krzakami.

55

56

Dotarłem samotnie na koniec ścieżki skąd roztaczał się wspaniały widok na okolice.

57

58

Po zrobieniu wielkiej pętli znalazłem się w dolinie schodzącej do biura parku, z przyległym doń muzeum.

59

Strażnik, wbrew gromkim, uprzednim zapowiedziom, nie dokonał żadnej rewizji naszych kieszeni i plecaków. Widocznie czynił to na zapas, by strach wzbudzić i zastraszyć potencjalnych łowców skarbów i pamiątek, czyli niesfornych turystów. W muzeum obejrzeliśmy eksponaty z ciekawymi okazami minerałów i skamieniałości oraz zapoznaliśmy się z planszami dotyczącymi historii regionu. Powracaliśmy zakurzoną ripio, dalej w niesamowitym krajobrazie okolicy,

60

61

62

63

aż dotarliśmy do drogi prowadzącej do miasta, gdzie chcieliśmy zjeść obiad.

W mieście trwały przygotowania do fiesty i rodeo, policja postawiła punkty kontrolne, część ulic zamknięto, bowiem spodziewano się na weekend najazdu sporej ilości gości. Nie mogliśmy zostać, bo mieliśmy wyznaczony następny nocleg w sobotę, w Puerto Deseado (czytaj: Płerto Desjado). Zaparkowaliśmy przed jakimś sporym budynkiem biorąc go omyłkowo za restaurację.

Dopytywałem ludzi, gdzie jest restauracja, gdy nagle pojawiła się kobieta i zapytała po angielsku czego szukamy. Okazała się Katalonką, z Barcelony, z fascynującego miasta, które odwiedziłem dwa razy i gdzie mam serdeczną duszę, przyjaciółkę Rafi Martinez. Zobowiązałem ją, że gdy będę już zupełnym staruszkiem, chociażby dopcha mnie do katedry Gaudiego – Sagrada Familia, na otwarcie planowane bodajże w roku 2026.

Katalonka była niegdyś śpiewaczką, podróżującą z występami po świecie. Od razu zgadaliśmy się na temat słynnych, cygańskich tancerek i pieśniarek flamenco, Las Brujas, czyli Czarownic. Zaprosiła mnie do budynku informując, że z okazji fiesty odbywają się w nim targi lokalnych artystów. Wyroby biżuteryjne mieszały się z tkactwem i serwetkami oraz domowymi przetworami. Zostałem przedstawiony najstarszej artystce, 86 letniej kobiecie, specjalizującej się w wyrobie serwet, serwetek i makatek. Spojrzałem na plakietkę z jej nazwiskiem – Josefina Rombousek. Powiedziała, że pochodzi z Austrii, lecz nazwisko wskazywało na czeski rodowód, zapewne z czasów CK monarchii. Na pożegnanie pani Josefina z radością powiedziała mi:„auwiedersein”.

Znaleźliśmy za chwilę jakąś małą knajpkę z przeciętnym jedzeniem i po obiedzie pojechaliśmy nad jezioro Musters. Znów żwirówka, przeto powoli, bo miejscami w fatalnym stanie. I na krótko; nie chcieliśmy wracać po ciemku. Nad jeziorem na łące stado baranów,

64

potem samotna krowa.

65

Zatrzymaliśmy Rolecika, wysiedliśmy i od razu dopadły nas komary. Ale zaczął się samograj fotograficzny – piękny zachód słońca, który gorąco nam polecał Nick. I rzeczywiście zaczął się wspaniały spektakl.

66

Nad polami i lasem tkwił blady księżyc,

67

po drugiej stronie jeziora kręta droga prowadziła wprost do nieba.

68

W ciągu niepełnych 10 minut zachód przybierał różne barwy

69

70

wspomagane kształtem chmur.

71

72

73

Księżyc opalizował na pastelowym niebie.

74

Seweryn zauroczył się krowami pod księżycem,

75

które patrzyły na niego najpierw z zaciekawieniem, potem coraz bardziej nieufnie, aż w końcu zadarły ogony i ruszyły galopkiem w głąb pola.

Wieczorem próbowaliśmy uruchomić Internet, lecz nie działał. Chcieliśmy obejrzeć zaległy bieg Kowalczyk, bieg po złoto, bieg niezwykle dzielnej dziewczyny. Nie mogłem także uzupełnić notatek z Buenos Aires i wrzucić do „Zapisków” wraz ze zdjęciami. Annelies krótko skwitowała moje problemy – „w Argentynie nigdy nie wiadomo czy coś będzie działało, czy nie”.