10 marca, 2014 – Puerto Natales (drugie uwięzienie)

Od rana beznadziejnie lało. Totalnie. Góry zniknęły.

1

Wczoraj łaskawie i nader szczodrobliwie otworzyło się dla nas okienko z piękną pogodą. Torres pokazało swoją krasę. Łaziłem po domu Boria i robiłem zdjęcia.

2

Głównie jadalni z bardzo przytulnym salonem, skąd widok na zatokę i góry.

3

Z Alamo dalej nie było papierów. Pech polegał na tym, że w Punta Arenas z wynajmowaniem auta trafiliśmy akurat dzień przed weekendem. Formularze przekazują do Santiago, bo wszystko odbywa się centralnie, z ich głównego biura. Tam papierzyska nabierają mocy urzędowej. I tak postęp, bo można je podesłać jako załącznik do maila nie odbierając osobiście. A to mnie rozdrażniło jeszcze bardziej, bo dołączenie odpowiednich dokumentów do maila i przesłanie zajmuje przecież paręnaście minut.

Dzięki uprzejmości Gustavo zadzwoniłem do Santiago, by się dowiedzieć, jak można sprawę przyspieszyć. Niestety nie ma darmowego numeru do takich instytucji, co jest tak wygodne w Kanadzie i USA. Poprzez centralę telefoniczną Alamo udało się znaleźć osobę, kobietę o imieniu Indira, mówiącą po angielsku. Połączyła mnie z młodym, bardzo sympatycznym i uczynnym Chilijczykiem, który obiecał, że przyspieszy wysłanie maila z dokumentami i to już dzisiaj. Nawet sobie wspólnie ponarzekaliśmy na biurokrację.

Dziś rano mieliśmy przekroczyć granicę z Argentyną, dobijając do miasta El Calafate. Powtórzyła się historia sprzed trzech lat, kiedy dojechałem tutaj właśnie z El Calafate i w oczekiwaniu na prom do Puerto Montt, spędziłem trzy dni we wspomnianym hotelu, czując się jak więzień. Wszystko wynagradzały mi widoki z hotelowego okna. Można było siedzieć godzinami – o wschodzie i zachodzie słońca – sycąc oczy panoramą zatoki i gór. Prom się nie pojawił przez trzy kolejne dni i po paru interwencjach w biurze podróży, w Santiago, które przygotowało mi moją pierwszą, patagońską podróż, opracowali mi nowy plan. Pojechałem autobusem z Puerto Natales do lotniska w Punta Arenas, stamtąd samolotem do Balmaceda i dalej autobusem do stolicy regionu Aysen – Coyahique. Z Coyahique zrobiłem autobusowy wypad daleko w głąb, na południe Patagonii, wróciłem i dzień później kolejnym autobusem dopadłem prom w miejscowości Puerto Chacabuco. Stamtąd dopłynąłem do pierwotnego celu podróży – Puerto Montt. Wspominam o tym tak szczegółowo, bowiem z góry zaplanowałem odwiedzenie tych samych miejsc i dokładniejsze ich spenetrowanie.

Bowiem podróż autem stwarza o wiele lepsze możliwości. Zatrzymamy się w dowolnym miejscu i dojedziemy tam gdzie chcemy, o ile będzie to możliwe. Jak nie, spróbujemy dojść pieszo. Niebagatelne znaczenie ma fakt uczynienia z auta ruchomego domu, włącznie ze spaniem. Dlatego tak wygodne jest większe auto, typu mini van. Można napakować do niego sporo przydatnych rzeczy, włącznie z ciepłym kocem (lub lekkim śpiworem), bo nocą w wielu miejscach temperatura spada poniżej zera, nawet latem. Nie potrzeba kempingów, wystarczy zjechać paręnaście metrów od szosy, na zaciszną polanę lub małe pole pod skałami. Nie ma żadnych niebezpieczeństw, żadnych groźnych zwierząt. Bazując na mych doświadczeniach mogę z całą pewnością stwierdzić, iż jest to najtańszy i najowocniejszy sposób podróżowania po Patagonii. Przy tym obowiązkowo trzeba pamiętać o dwóch rzeczach – zawsze pełnym baku i dodatkowych, dwóch zapasowych oponach. Ripio jest w wielu miejscach zabójcze, z ostrymi odłamkami okruchów skalnych i tzw. pralkami, czyli seriami poprzecznych, diabelskich rowków.

Deszcz ustał, konie Gustavo wyszły na łączkę przed stajnią.

4

Dom Boria z zewnątrz wyglądał przeciętnie, lecz w środku był przytulnie urządzony. Postanowiliśmy udać się do miasta. Nad zatoką duży jastrząb (Rufous-tailed Hawk; odkryty w Patagonii przez Darwina) pożywiał się rybą.

5

Spłoszony naszym zatrzymaniem odleciał.

6

Zaraz obok, na wodzie, unosiły się czerwonodziobe gęsi patagońskie i czarno-szyjne łabędzie, a na brzegu dreptał jakiś ptak wydłubujący coś z mułu długim dziobem.

7

Góry tonęły nadal w chmurach.

8

9

Minęliśmy posąg mylodona,

10

zdemolowany stary pomost, pełen mew i kormoranów

11

i kinetyczna rzeźbę ludzkiej energii i radosnych wzlotów.

12

Po drugiej stronie stał prom zapewne przygotowujący się do rejsu.

13

Przejechaliśmy przez zmoczone centrum

14

i poszliśmy coś zjeść. Seweryn targał w aucie torbę brudnych rzeczy, które koniecznie chciał dziś uprać. Znaleźliśmy pralnię, którą prowadziła w średnim wieku Chorwatka. Pogwarzyliśmy z nią o naszym letnim wypadzie z ubiegłego roku do Słowenii, Chorwacji, Czarnogóry i Bośni. Wyprawa była szczególna, bowiem pojechaliśmy tam w podróż poślubną naszych przyjaciół – Kasi i Jacka, którzy się w korcu maku odnaleźli. My – Seweryn i ja, obaj wyglądaliśmy co najmniej na ich ojców lub obstawę. Instytucja przyzwoitki (-tka) od dawna nie istnieje. Dla kawału, w paru miejscach, przedstawiliśmy się jako obstawa nowożeńców.

Ku mej radości w Bank of Chile zadziałała moja karta debitowa i wytargałem z maszyny 400 tysięcy pesos – na zapas. Poszliśmy dalej piechotą koło koronkowego budynku

15

i skierowaliśmy się do mola, skąd odpływają promy na południe, ku Południowemu Lądolodowi Patagońskiemu ( trzecie, największe na świecie, kontynentalne pole lodowe, po Antarktydzie i Grenlandii) – do laguny San Rafael i na północ, poprzez fiordy i łańcuchy wysp – do Puerto Montt.

16

Dzisiaj stał tutaj tylko średniej wielkości kuter

17

nad którym bezszelestnie z gracją szybowała mewa.

18

Z mola widać było znajome góry po drugiej stronie zatoki.

19

Obok nas, mewa o wyjątkowo paskudnym, wręcz wrednym wyglądzie zimnych oczu, schwytała małża porzuconego przez rybaków.

20

Po lewej, pod brzegiem stała wycieczkowa łódź, używana do odwiedzania lodowca Grey w parku Torres del Paine.

21

Hotel “Costa australis” z mola prezentował się całkiem ładnie, nawet pociągająco.

22

Niestety, wciąż za drogi i sztywny w obsłudze. Będąc uwięziony w nim, w roku 2011, miałem sporą przeprawę z recepcjonistami, którzy żądali natychmiast opłacenia dodatkowego pobytu. Ja z kolei żądałem tego od biura turystycznego w Santiago, które mnie wpakowało w taką kabałę. Recepcjoniści grozili mi policją i zablokowaniem wizy na terenie Chile. Upartość i stanowczość w wielu przypadkach jednak popłacają. Hotel opuściłem, biuro z Santiago zapłaciło wszystko w dwa dni po mym wyjeździe.

Deszcz powracał wciąż falami. Pokręciliśmy się po mieście, odebraliśmy pranie, zjedliśmy dobry obiad i z racji pogody, oraz poczucia uwięzienia, zakupiliśmy dwie butelki czerwonego wina. W drodze do Borii znów rozpętał się festiwal kolorów,

24

uzależniony od napływu chmur i otulania nimi ośnieżonych gór.

25

Gdy dojechaliśmy do naszego noclegowiska,

26

w sekundę się rozpogodziło, przy czym tylko za domem, na prawo od niego.

27

28

Widok na lewo od domu, ku zatoce,

29

był całkowicie różny.

30

Poszliśmy na spacer wiejską drogą i trafiliśmy na gwałtowny napływ chmur,

31

które za chwilę tak ściemniały, że zdjęcie wyszło jak pod strugą księżycowego światła.

32

Zawróciliśmy ku jasnej stronie,

33

doszliśmy do zatoki

34

i od niej skierowaliśmy się ku sąsiedniemu, sporemu hotelowi.

35

Obok niego szpaler przystrzyżonych drzew, szumiących na wietrze,

36

który tak się wzmagał, iż spacer skróciliśmy.

W pokoju uzupełnialiśmy notatki popijając wino. Przed zapadnięciem ciemności nagle pojaśniało. Wyszedłem przed dom by zrobić zdjęcie.

37

Krajobraz nad zatoką znów wpadł w picassowski okres błękitny.

38

39

40

Koło północy wiatr zaczął przybierać na sile. Gdy zasypiałem, grał na tak niskich rejestrach, a jego porywy były tak głębokie i długotrwałe, że wywołał wspomnienia z dzieciństwa, z Sopotu. Jesienne sztormy z gwałtownymi ulewami. Mieszkałem na krawędzi wysokopiennego lasu pnącego się po stoku. Buki, sosny, świerki, jodły, klony, brzozy i modrzewie. Wiatr wył ponuro w konarach, z ciemności dobiegało ochrypłe krakanie wron i deszcz walił co pewien czas o wielką szybę werandy. Przypominały mi się baśnie Grimmów, opowieści o strzygach i upiorach. Czasami wysiadało światło, co wzmagało nastrój grozy. Lękałem się, tym bardziej, że świat widziany z perspektywy dziecka, jest zawsze większy, wyolbrzymiony. Rano, po sztormie, chodziłem po ogrodzie wśród połamanych gałęzi i szyszek. Na ścieżkach prowadzących w głąb lasu, w zwałach wypłukanego piachu i błotnistej gliny, leżały niemo martwe wrony.