10 kwietnia, 2014 – Las Lajas – Puerto Montt (Chile)

Don’t cry for me Argentina…  
It won’t be easy
You’ll think it strange
When I try to explain how I feel
That I still need your love

                                  Evita”, A.L.Webber

Las Lajas

W nocy mały kundelek, suczka gospodarza, co pewien czas poszczekiwała. Odwiedziła nas z rana w pokoju, który swą surowością nieco przypominał klasztorną celę.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Gdy wygłaszałem do niej mowę po polsku, zawstydzając ją za nocne zachowanie, miała skruszoną minę, a nawet położyła się przepraszająco na grzbiet. Psy niesamowicie sprawnie wyłapują tonację ludzkiego głosu i mowę ciała.

Po skromnym śniadaniu, krótka rozmowa z nader sympatycznym gospodarzem, który był zadowolony z niespodziewanego pojawienia się gości poza sezonem. Chwalił władze miejskie i prowincji za przywrócenie jednostki wojskowej i za to, że miasto odpowiednio się reklamuje turystom.

Prowincja Nequen jest jedną z najlepiej prosperujących w Argentynie. Jej stolica powstała wskutek wielkiego planu budowy zapór, dotarczających połowę zapotrzebowania energii elektrycznej dla kraju. Uprzednio była tylko punktem tranzytowym do słynnego Bariloche i innych atrakcyjnych miejscowości w Andach. Zarazem żadna prownicja argentyńska nie jest aż tak bardzo zależna w zasadzie od dwóch źródeł dochodu – produkcji elektryczności i wydobycia węglowodorów, co ma wyraźną tendencję zwyżkową na skutek odkryć nowych pokładów gazu i ropy. Jest tu jedyny w kraju ośrodek produkcji ciężkiej wody. W dziedzinie rolnictwa prowincja Neuquen znana jest ze swych sadów – jabłek, gruszek i brzoskwiń.

O problemach społecznych wspomniałem przy okazji historii Mapuczów, walki o ochronę środowiska i zachowania środowiska naturalnego Patagonii. Ponieważ przemysł wydobywczy i energetyczny zatrudnia tysiące ludzi, a są one zależne nie tylko od wahań rynku wewnętrznego, lecz przede wszystkim od międzynarodowej koniunktury, widmo bezrobocia stale zagraża ludziom. Nic dziwnego, że w latach 90-tych powstała tu organizacja bezrobotnych, zwana ruchem piquetero.

Wyszedłem na zewnątrz, wprost w słońce i porywisty wiatr. Fotografując nasz hotelik spostrzegłem, iż podałem wczoraj jego przekręconą nazwę. Hospedaje „El Maiten”, nawet z adresem strony internetowej na ścianie. Wspaniałe narzędzie, byleby tylko rozsądnie i właściwie je używać.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pospacerowałem w okolicy ujmując boczne ulice.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Unosił się nad nimi pył a wyżej mocny poszum w koronach drzew.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ponownie zdjąłem pomnik kondora, zaiste imponującego ptaka.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Seweryn wreszcie się wygrzebał i koło jedenastej przemknęliśmy przez miasteczko, wjeżdżając na znaną nam trasę ku granicy.

133c

W ciągu pięciu dni poznaliśmy nieco południową i zachodnią część prowincji.

133d NeuquenProv

Mapka z Internetu

Tutaj zakończyliśmy peregrynacje po słynnej, argentyńskiej ruta 40. Z Las Lajas biegnie ona dalej na północ, by daleko stąd, w Barrancos, wejść na teren prowincji Mendoza.

Ruta 40

Droga w sumie liczy około pięciu tysięcy kilometrów, łącząc 11 prowincji i przecinając 18 głównych rzek i 20 parków narodowych (ma 236 mostów). Są przy niej miejsca historyczne, narodowe pomniki, parę miejsc Światowego Dziedzictwa UNESCO i szereg archeologicznych stanowisk dawnej cywilizacji indiańskiej. Zresztą pewne jej części pokrywają się ze słynną Drogą Inków (Camino del Inca) zbudowaną w 1450 roku. Ruta 40 jest także jedną z najstarszych narodowych autostrad, mając dzisiaj 82 lata. Kreowana ustawą Kongresu argentyńskiego z 5 października 1932 roku, wpisała się w nowo ustanowiony system dróg narodowych, zawiadywany przez DNV (Direccion Nacional de Vialida), a finansowany (budowa i naprawa takich dróg) przez rząd federalny. Wygląd autostrady może być różny – czasem ma tylko dwa pasy, jak w wielu miejscach słynnej Autostrady Transkanadyjskiej.

DNV w 1936 roku utworzyła system cyfrowy dla dróg narodowych. Drogi oznaczone numerami od 1 do 50 zarezerwowano dla tych, które łączą stolice prowincji lub mają bardzo długi przebieg. Drogi biegnące z północy na południe posiadają numery od 32 do 40. Jako droga najdalej położona na zachodzie kraju zyskała numer 40.

133d1

Powstała z połączenia istniejących już dróg prowincjonalnych i głównych, tak by skomunikować ze sobą trzy stolice prowincji: Mendozę, San Juan i Rio Gallegos. Dodatkową atrakcją ruty 40 jest zmienność klimatów, wielka różnorodność flory i fauny, wliczając w to 1,5 centymetrowego insekta – Andiperla willinki, zwanego także „Patagońskim Smokiem” – żyjącego wewnątrz lodowca Perito Moreno i odżywiającego się algami i bakteriami. Wzdłuż drogi można spróbować wielu lokalnych smakołyków i napić się najlepszych win w Argentynie – Malbec i Torrontes. W prowincji Rio Negro droga nosi nazwę Juan Marcos Herman, na cześć młodego człowieka, który żył w El Bolson, został porwany i zamordowany w czasach militarnej junty (1976 – 1983).

W Patagonii prowadzi wzdłuż starego szlaku Tehuelche (zwanego rastrilladas), którzy przez tysiące lat przemierzali go pieszo, polując i zbierając dary ziemi na rozległych stepach. Tą samą trasą poruszali się podróżnicy i pionierzy argentyńscy: wielokrotnie wspomniany Francisco Moreno; podróżnik, geograf i pierwszy gubernator stanu Chubut – Luis Jorge Fontana; Ramon Lista, zamieszany w tragiczną historię eksterminacji szczepu Selk’nam z Ziemi Ognistej (znani także pod nazwą Ona), których wyrzynali angielscy ranczerzy owiec, z przyzwoleniem rządów, zarówno Argentyny jak i Chile. Wielkie firmy skupujące wełnę płaciły jednego funta szterlinga za zabitego Selk’nama. Dowodem była obcięta para uszu lub czaszka. Eksterminacja trwała do początków XX wieku. W ciągu 15 lat z trzech tysięcy Indian pozostało około 500. Chilijczycy zamknęli ich w obozie koncentracyjnym na wyspie Dawson, Argentyńczycy zezwolili salezjanom na opiekę nad resztką szczepu i ich asymilacje. Ostatnia osoba, która posiadała pełną krew Selk’am – Angela Loij – zmarła w 1974 roku. Ich język ostatecznie zanikł w latach 80-tych i UNESCO już go zaliczyła do języków wymarłych. Ramon Lista zmienił kompletnie swe nastawienie i odbył swoistą ekspiację, żyjąc potem wiele lat wśród Indian. W tym towarzystwie, na szlaku jest jeszcze Walijczyk, Llwyd ap Iwan, zamordowany przez dwóch jankeskich bandytów – Wilsona i Evensa, o czym wspomniałem przy okazji pobytu w Esquel.

Ruta 40 biegnie poprzez niskie tereny – początkowy punkt przy latarni na Cabo Virgenes leży na wysokości 39 metrów n.p.m., by w najwyższym punkcie, w północnej prowincji Salta, wspiąć się na prawie pięć kilometrów nad poziomem morza (przełęcz Abra de Acay) i dotrzeć do granicy z Boliwią w miasteczku La Quiaca (3460 m n.p.m.). Onegdaj zaplanowano całkowicie ją wyasfaltować, do roku 2010, ale uroczyście z Sewerynem zaświadczamy, że jeszcze nie jest gotowa.

133d2

Więcej, zaczynaliśmy żałować uroków romantycznej przygody, która zblednie pod asfaltem – usypiska żwiru, koleiny i wyżłobienia, pył zgrzytający w zębach, kurzące ciężarówki i te widoki! Ruta 40, od okolic El Calafate, staje się wiodącym traktem w krajobrazowych klejnotach, aż do stanu Jujuy graniczącego z Boliwią, gdzie podróżnych żegna po lewej ośnieżony szczyt Condor (4392 m n.p.m.).

Zaczyna się w mieście Rio Gallegos i właśnie tam pierwszy raz ją dotknęliśmy kołami, na małym odcinku, kiedy zmierzaliśmy na południe, ku cieśninie Magellana. Po paru tygodniach znów na nią wpadliśmy, w górniczym mieście Rio Turbio, po opuszczeniu Chile. Jechaliśmy nią poprzez El Calafate i Tres Lagos do Bajo Caracoles, gdzie odbiliśmy na powrót do Chile, by po paru tygodniach przekroczyć granicę argentyńska i dobić do 40-tki w Esquel. Przemierzyliśmy jej krótki odcinek do Leleque, skąd skręciliśmy na Bariloche i spotkaliśmy ją ponownie w Las Lajas. Znów krótki odcinek do Zapala i z powrotem, by ostatecznie rozstać się z tą romantyczną drogą parę kilometrów za Las Lajas.

Sądze że przejechaliśmy zaledwie jedną-piątą jej długości. Być może w niedalekiej, już emeryckiej przyszłości, zdołam przejechać rute 40 w całości. Lecz według opowieści muszę uważać, bowiem tkwią w niej magiczne wyroki. Jeśli odbędę po niej podróż z południa na północ, zyskam jeden rok więcej swojego życia, gdy odwrotnie rok stracę. Nie powinienem przekraczać najwyższej przełęczy w Nowy Rok, bo może się odwrócić mój krwioobieg i padnę w ciagu następnego tygodnia. I tak, podejrzewam, sporo osób na takiej wysokości ma młoteczki w skroniach, krótki oddech i dopada ich wielkie zmęczenie, szczególnie jeśli wcześniej nie będą stopniowo zwiększać  aklimatyzacji na wysokościach. Jeśli zaczniemy podróż datą nieparzystą, nie dość że podróż będzie nudna i szara, to po roku powrócą do nas wszystkie marzenia i złe sny poczęte w czasie przemierzania ruty 40.

Lecz zgodnie z zawikłaną nomenklaturą różnych nazw w Ameryce Południowej, a także biurokracją, konfliktem interesów, przekrętami i korupcją, przeglądając mapy tej drogi lub wiadomości o jej wyasfaltowaniu, można popaść w konfuzję. Z jakich powodów? Otóż Ministerstwo Turystyki dostarcza funduszy dla prowincji na utrzymanie i poprawę infrastruktury dróg, co uczyniono w prowincjach Neuquen i Mendoza. Lecz w Rio Negro po cichu owe fundusze przeznaczono na inne drogi, chociaż na mapach ruta 40 jest zaznaczona jako wyasfaltowana. I z tego powodu można znaleźć informację, że droga przez Bariloche i dalej do Epuyen ma podwójne cyfry – 40 i 258. Dlatego pierwotną drogę zwą teraz „starą 40”. Była to decyzja polityczna, zabiegająca przede wszystkim o przyciągnięcie większej liczby turystów.

Coś podobnego stało się na południu, w prowincji Santa Cruz, niedaleko miasta Gobernador Gregores, gdzie zagubiliśmy się na drodze. Poleca się teraz zagadnięcie miejscowych, którzy mają najświeższe informacje, choć i oni są czasami zdezorientowani. To samo dotyczy służb drogowych, policji, pogotowia a nawet straży pożarnej i poczty, które mają dotrzeć do jakiegoś auta po wypadku lub do estancji pod adresem, który jest już całkiem inny. Na szczęście takich przypadków jest niewiele.

Także pewne sprzeczności z początkiem i końcem drogi. Na przykład na niektórych mapach zaczyna się ona w Ushuaia i biegnie do Punta Arenas, przez terytorium Chile, by się włączyć do właściwej trasy już na terytorium Argentyny.

133d3

Mapka z Internetu

Na innych mapach kończy się w Villazon, na granicy z Boliwią. Zaczyna przeważać jednak podobne oznakowanie, i na mapach

133d4

Z Internetu

i w nadrukach na koszulkach.

133d5

Ruta 40 jest wciąż mityczną drogą i ściąga turystów i łazików z różnych stron świata. To częściowo po niej podróżował motocyklem młody student medycyny, Ernesto „Che” Guevara, przez dziewięć miesięcy w latach 1951 – 52. I to co wtedy zobaczył – straszną nędzę i wyzysk, skierowało go na drogę rewolucji, gwałtowną potrzebę natychmiastowych zmian, co tak charakterystyczne w młodym wieku i z latynoskim temperamentem.

Bogactwo z reguły mieszka – niestety – za ukwieconym, bardzo wysokim płotem, rozparte w sobie. I tak jak wielu polityków traci kontakt z rzeczywistością. Przeto niewiele do nich dociera, coraz mniej pojmują, ba, ogarnia ich obrzydzenie do „tamtego świata”. Potem tracą instynkt samozachowawczy. Wtedy pojawiają się ludzie pełni wściekłości i żalu i zaczynają montować rewolucję. Po pewnym czasie, również oni, są często na przeciwległym biegunie utraty kontaktu z rzeczywistością. Dlatego rewolucja pożera własne dzieci i niewiele w zasadzie rozwiązuje. Cykl się powtarza, przychodzi przykrojone nowe, część starego ocaleje. A potem odzywają się sentymenta, poparte modą i chęcią zagarnięcia rynku. System wszystko kupi i wszystko sprzeda.

Temu służyło opublikowanie po raz pierwszy, w 1993 roku, zapisków Guevary z tej podróży pt. „Pamiętnik motocyklowy”. Wznowione w roku 2003 posłużyły, w rok później, za kanwę całkiem popularnego filmu o tym samym tytule.

Po drugiej stronie Andów, przy zachodnich stokach, biegnie droga chilijska numer 7 czyli Caratera Austral, która kończy się tam gdzie dziś dojedziemy – w Puerto Montt. Stąd zaczyna się druga główna autostrada chilijska – nr. 5, prowadząca do Arica, na granicy z Peru.

Przy ruta 40, koło miasta Perito Moreno, istnieje innego rodzaju ciekawostka – rzeka Rozdzielna. Oryginalnie nazywała się Feniks i poprzez jezioro Buenos Aires uchodziła do Pacyfiku. W 1898 roku, podczas kolejnego konfliktu z Chile, szef komisji granicznej Francisco Moreno, wraz ze swoim zespołem, wykopali głęboki rów, by część wód skierować do rzeki Deseado (u jej ujścia byliśmy w lutym) uchodzącej do Atlantyku. W ten sposób powstała nowa rzeka, płynąca do dwóch oceanów i udowadniająca, iż teoria Chilijczyków o niezmienności biegu rzek, jest błędna. Spowodowało to skierowanie sprawy do Brytyjskiego Trybunału Arbitrażowego (sic!), który przyznał Argentynie część spornego terytorium. Gdy przyjrzymy się sprawie z boku, zapewne odniesiemy wrażenie, że w paranoicznych stosunkach dzisiejszych pomiędzy niektórymi państwami, niewiele się zmieniło.

Do granicy

Rozsłoneczniony krajobraz szarpał porywisty wiatr, czasem zawodzący w drzwiach auta lub potrząsający nim od przodu, gdy nacierał na przednią szybę.

133e

Na poboczach drogi 22 tańczyły piaskowe wiry unoszące się ku górze, czasem wpadając na płaszczyznę asfaltu, gdzie taniec najczęściej zamierał. Ukazało się pierwsze pasmo Andów,

133f

rzeki już powróciły w swe koryta i leniwie toczyły się przez doliny.

133g

Na szosie pojawiło się stado kóz eskortowane przez dwóch gauczów.

133h

Odcinek stromego zjazdu, gdzie po prawej stronie drogi przypomnienie, aby pamiętać o łańcuchach na koła w porze zimowej.

133i

Na pożegnanie wschodniej strony Andów roztoczyła się przed nami wspaniała zmienność kolorów.

133j

133k

Po stoku pięły się araukarie i dojechaliśmy do punktu,

133m

gdzie wczoraj pod kołami naszego Nissanka, poległy dwa zające. Wcześniej rozważaliśmy czy będą tam ich ciała, gdzieś na poboczu. Ale nie było najmniejszego śladu, nawet żadnych plam na asfalcie. Zastanawialiśmy się czy zajączki uprzątnęli ludzie, czy też kondory. Zrobiło nam się ponownie nieswojo – żadnych oznak tragedii, która się tu wczoraj rozegrała. Wokół, spływające ze wszystkich stron, dojmujące piękno gór.

133l

Zza kolejnego zakrętu wychynęło wielkie stado zwierząt – na czele konie,

133n

potem owce,

133o

za nimi kozy. Prowadził je samotny gauczo.133q

133r

Nad nim i stadem skalne urwisko z parasolami araukarii.

133p

Potem pstrokacizna kolorów powulkanicznych skał,

133s

kolejny gauczo z dwoma końmi i źrebakiem.

133t

Na jednym ze stoków warkocze z gliny i piasku, świadkowie przedwczorajszego potopu.

133u

Strome i wielkie urwisko po lewej,

133w

za nim kolejne, z powykręcanymi warstwami skał, jako klasyczny przykład mocarnego procesu fałdowania.

133x

Daleko przed nami jakieś zabudowania,

133y

droga się zwęziła i weszła w mały zagajnik. Tam zoczyliśmy tablicę drogową ze znajomymi nazwami: Villa Pehuenia, Alumine, Junin de Los Andes.

133z

Za parę minut ukazał się posterunek żandarmerii argentyńskiej, położony na wysokości 1884 metrów, na przełęczy Pino Hachado.

134

Sprawdzono nam paszporty, dokumenty auta, wbito pieczątki i ruszyliśmy dalej po terytorium Argentyny. Zachwycające pożegnanie – kępy araukarii, ośnieżone stoki i przebijające się przez chmury słońce.

134a

Ostatnia tablica informacyjna regionu Patagonii argentyńskiej.

134b

Niedaleko stąd wiedzie droga zwana Korytarzem Dzieci (El Corredor de Los Niños), którą wspólnie ustanowiły gminy Las Lajas i chilijska Liucura (15 km od granicy). Specjalny program dla szkół, po obu stronach granicy, naucza je ochrony środowiska wzdłuż drogi, z jednoczesną kontrolą przepływu ruchu motoryzacyjnego.

134c znak przy granicy

Z Internetu

Nawet nie zorientowaliśmy się, kiedy przekroczyliśmy niewidzialną linię graniczną i byliśmy już w Chile.

Argentyna

Co mnie w niej pociąga? Co napełnia sprzecznymi uczuciami? Co fascynuje i nęci? Czy ta sama nuta skargi w argentyńskim tangu, podobna bluesowi i flamenco? Melancholii i smutku rozdzierających duszę, z powodu niespełnionej lub utraconej miłości (El alma no perdona, no tiene corazon – „dusza nie wybacza, bo nie ma serca”).

134d tango134d1

2 zdjęcia z Interneu

A może z tęsknoty za krajem, skąd się wyemigrowało, często w nadziei szybkiego powrotu?

Może romantyzm życia na pampie, mimo codziennej harówy i osamotnienia małych osad, jeszcze bardziej pomniejszonych jej wietrzną, przeogromną przestrzenią?

Czy miejskie, towarzyskie przesiadywanie, w zapełnionych kawiarniach i restauracjach? Ten luźny i często lekceważąco-niechętny stosunek do pracy, z obowiązkową sjestą, jak w Italii, Grecji czy Hiszpanii. Ta atmosfera bycia razem na luzie, co tak skutecznie niemal zatłukliśmy w Ameryce Północnej. Poprzez chciwość, pracoholizm i sztywność politycznej poprawności.

Lecz tutaj także rozpleniona korupcja, mafijne układy (a la Italiano, bo tak wielu Włochów), nepotyczni i nielotni politycy, chęć zarobienia szybkich pieniędzy. Dodatkowo pewna nadętość i zadętość warstw wyższych, skłonność do dramatycznych gestów i melodramatu w stylu telenoweli. Karkołomne pomysły, jak ten na jaki onegdaj wpadli wojskowi – wykradzenie i przemieszczanie przez wiele lat zwłok Evity Peron, by przypadkiem jej osoba nie stała się przedmiotem kultu wśród Argentyńczyków. I podobne pytania, jak w Grecji – ile jest naszej, własnej winy w podupadaniu kraju, a ile z powodu pazernych sił zewnętrznych?

Lub Malviny (Falklandy) – narodowa rana w postaci parudziesięciu tysięcy kilometrów kwadratowych bezdrzewnych terenów, chłostanych zimnym wiatrem i skutych długą zimą. Otwarta rana, która jątrzy, bo co pewien czas ktoś wkłada tam palec i wierci. Z reguły ze strony argentyńskiej, bo angielska wymiguje się z tematu. Cynicy twierdzą, że tam przecież chodzi tylko o ropę i gaz.

Organizacja matek, które zdążyły stać się babciami (Asociacion Abuelas de Plaza de Mayo). Nieustępliwe, łudzące się wciąż nadzieją, że odnajdzie się syn czy córka, lub wnuczęta. Pomiędzy latami 1976 -1983 zniknęło około 30 tysięcy ludzi. Niektórych zrzucano z helikopterów do oceanu, innych zabijano w więzieniu, jeszcze innych w potyczkach z lewicową partyzantką, w tym ze słynnymi Montoneros. Dzieci urodzone w więzieniu natychmiast odbierano matkom i przymusowo adoptowano w rodzinach wojskowych lub współpracowników reżimu. Tak samo robiono z małymi dzieci których rodziców zgładzono. A poprzednio długa i okrutna eksterminacja Indian. Na tle tych wszystkich okropieństw kolorowa postać wybitnego rewolucjonisty wieku XIX. Narodowy bohater, walczący także o wolność Chile i Peru, – Jose de San Martin. W latynoskim Panteonie, obok O’Higginsa, Jose Marti i Bolivara.

Wszystkie ludzkie dole i niedole w oprawie cudownej różnorodności krajobrazu i odmiennych klimatów. Przestrzeń wciągająca w zauroczenie, sycąca bezustannie oczy, szczególnie w Patagonii. Majestat Andów z lodowcami i jeziorami o niesamowitych barwach, od ultramaryny do szmaragdu. Na satelitarnym zdjęciu, mieniąca się w słońcu jak srebro, biel andyjskich szczytów.

134d2 Argentina z kosmosu

Satelitarne zdjęcie z Internetu

Argento – kraina poszukiwanego srebra i po nim nazwa kraju.

Trawiasta pampa, wilgotna i półsucha. Lasy drzew szpilkowych – alerce cipres, huililahuan, lleuque, manio hembra, pehuen; i liściastych – coihue, lenga i ñire. Rozległa rodzina dzikich kotów, sporo gadów, pancerniki i mrówkojady. Zwierzęta tropikalnego lasu – tapiry, kapibary, pekari. Królujące w Patagonii jelenie heumul i stada guanaco, na które polują pumy. Kondory, jastrzębie, flamingi i wielkie strusie (nandurhea). A jeszcze na dalekim Południu słonie i lwy morskie, foki, delfiny, orki i wieloryby. Pingwiny i kormorany. Obramowanie oceanem Atlantyckim od wschodu i wysokimi Andami od zachodu. Gęsty tropik przy granicy z Brazylią, ze wspaniałymi kaskadami Iguazu. Odwrotny układ klimatyczny – ciepła Północ i zimne Południe.

Jedno autonomiczne miasto, tzw. dyskryt federalny – Buenos Aires, jedno terytorium narodowe – Ziemia Ognista i 23 prowincje.

134d3 argentina prowincje

Mapka z Internetu

Ważnymi esencjami kraju są jedzenie i napitki. Przede wszystkim fenomenalne asado – wołowina z grilla, bez szpikowania hormonami, z pewną dozą antybiotyków podawanych zwierzętom w paszy, dla uniknięcia zarazy. Podstawową paszą jest trawa wilgotnej pampy. Stąd wspaniały smak wołowiny i jakość mięsa. Można napchać się późnym wieczorem i nie ma uczucia ciężaru w żołądku, tym bardziej, gdy mięso podlane świetnym, czerwonym winem. Sen spokojny i rano bez śladu ociężałości. W spożyciu wołowiny Argentyna jest na drugim miejscu w świecie i na trzecim jako jej eksporter.

Różne gatunki mięsiwa pieczone razem zwą się parrilada. Pikantne kiełbaski chorizo i morcilla (kaszanka), nadziewane ciasto (jak pierogi), czyli popularne w całej Ameryce Łacińskiej empanadas. Plastry opiekanego z przyprawami sera provolone. Locro – mieszanka kukurydzy, fasoli, mięsa, boczku i cebuli. I znów porcja wspaniałego wina z Mendozy.

Najpopularniejszym napojem jest mate (rodzaj zioła – yerba), pite przy niemal każdej okazji. To symbol Argentyny, coś bez czego rasowy Argentyńczyk nie może się obejść. Pije się w pojemniku zwanym mate; yerba jest ostrokrzewem paragwajskim,

134d4 Yerba_Mate

Z Internetu

z którego robili wywar Guarani – indiański szczep żyjący w południowej Brazylii i Paragwaju. Listki się suszy, mieli i zalewa gorącą, ale nie wrzącą wodą. Do picia używa się rurki z sitkiem zwanej bombilla. Pojemniki mate i bombille są nieraz bogato zdobione. Największe plantacje yerba w Argentynie założyli polscy emigranci, przybyli w 1897 roku z Podkarpacia (14 rodzin, w sumie 96 osób). Nie dość że przeżyli ciężkie warunki w zupełnie nieznanym kraju, ucząc się krok po kroku odmiennego otoczenia, to stworzyli jedną z ważniejszych gałęzi produkcji rolnej Argentyny.

Polonia jest spora i nieźle zorganizowana. Pierwsi Polacy przybyli około roku 1812, potem kolejne fale po powstaniu listopadowym i styczniowym. W XIX wieku zaczęła się emigracja zarobkowa, głównie z Małopolski i Podkarpacia, która w stanie Misiones założyła osadę Apostoles. Po 1905 i I wojnie napłynęli robotnicy i kolejni chłopi. Argentyna, po Kanadzie, stała się drugim krajem zamorskiej emigracji. W 1939 roku było tu około 120 tysięcy Polaków. W 1934 roku powstał Instytut Kultury Argentyńsko-Polskiej.

Obecnie Polonia liczy ponad 200 tysięcy ludzi, a osób pochodzenia polskiego mamy około pół miliona, chociaż większość z nich uległa całkowitej asymilacji. Najwięcej naszych rodaków mieszka w prowincjach Buenos Aires, Misiones i Cordoba.

W niezwykle interesującej książce Rajmunda Kalickiego – „Dziennik patagoński”, znalazłem opowieść o argentyńskich łazikach, zwanych crotos, którzy jak trampowie z Jacka Londona poruszali się po nowym kraju pociągami towarowymi. „ Z głową na wietrze, ze spojrzeniem wbitym w daleki horyzont przenosili się niespokojnie z miejsca na miejsce, obozowali niedaleko torów, pili mate i na wolnym ogniu piekli mięso, które sprzedawało się jeszcze wtedy bez ważenia, na oko, tanio, prawie darmo”. Wielu z nich stało się zawodowymi włóczęgami. Jeden z nich, Argentyńczyk zwany Bepo, podał swoje wspomnienia ze szlaku, a w 1981 sam dopisał krótką opowieść o napotkanych włóczęgach – Polakach. I można tam znaleźć między innymi taki opis: „(…) o polakach (tak, małą literą, bo ów croto nie uznawał dużych liter) mógłbym mówić wiele, powiem tylko, że tak jak i my, miejscowi, zbierali cudze plony, cały kraj widział jak wszędzie harowali i to przez wiele lat, potem powoli zaczęli znikać, jedni wrócili do rodzinnych stron, inni wyjechali do wielkich miast przeżyć tam resztę dni, ale jak długo wspominać się będzie crotos i ogniska, sztreki i imigranckie budy, tak długo los polonios żyć będą w pamięci nas wszystkich, którzyśmy byli włóczęgami”.

W 1995 roku rząd argentyński zadecydował, że dzień 8 czerwca będzie świętem narodowym na cześć Polaków. Dia del Colono Polaco – Dzień Polskiego Osadnika, upamiętnia przybycie pierwszych rodaków do Argentyny, w czerwcu 1897 roku. W Buenos Aires pod auspicjami polskiej ambasady i polonijnych organizacji odbywa się wtedy tydzień imprez kulturalnych poświęconych Polsce i Polakom.

Należy wspomnieć również polskie „panienki” które, obok innych kobiet ze wschodniej Europy, zasilały domy publiczne, gdzie tango kwitło i ewoluowało, także w barach i spelunkach portowych. Kolejne fale europejskich imigrantów wnosiły swoje smaki muzyczne. Stąd mamy różne rodzaje tanga z elementami polki i mazurka, flamenco i milonga z Andaluzji (pieśni wiejskich gaucho) oraz włoskiej muzyki ludowej. W marcu 1919 roku w Argentynie zakazano działalności burdeli i tango szybko przeszło do wodewilu (Teatro de revistas) i kabaretów.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W Polsce tango pojawiło się po raz pierwszy 28 października 1923 roku, w spektaklu pt. „Targ na dziewczęta”, opartym na pamiętnikach Ludwika Sempolińskiego i od razu stało się modne. W cztery lata później, kolejnym przebojem było tango „Wanda”. Opowiadało historię polskiej dziewczyny, sprzedanej do Argentyny, gdzie zainteresowanie i czułość okazywał jej jedynie gitarzysta, obiecujący inne życie, jeśli tylko z nim pójdzie. W 1929 roku narodziło się jedno z polskich tang znane niemal na całym świecie – kompozycja Jerzego Petersburskiego, do słów Andrzeja Własta „Tango milonga”.

Milonga było bardzo popularnym tańcem w Buenos Aires (między innymi scenka w Cafe Tortoni, którą odwiedziliśmy z Sewerynem parną, lutową nocą)

134d6

i powoli przekształcało się w we współczesne tango. W latach 30-tych, tacy śpiewacy jak Carlos Gardel czy Roberto Goyeneche, przesunęli akcent na słuchanie tanga do tekstów lirycznej poezji.

134d7

Po przewrocie wojskowym, we wrześniu 1930 roku, nastąpiło dalsze ograniczenie prostytucji, na co nałożył się skandal i aresztowania członków organizacji Cwi Migdal, składającej się w większości z żydowskich stręczycieli, alfonsów i właścicieli domów publicznych, którzy od lat 90-tych XIX wieku, przemycali do Argentyny młode Żydówki, głównie z Kongresówki i Galicji. Zasady były podobne do dzisiejszych – oszustwo, mamienie pracą lub intratnym ślubem, a potem przymuszanie do prostytucji. Owe kobiety emigrowały nie tylko z powodu biedy, lecz także rosyjskiego antysemityzmu. Zapotrzebowanie na nie wynikało głównie z zachwianej proporcji w liczbie kobiet i mężczyzn, w Argentynie i Brazylii, oraz klimatu tolerancji dla zawodu prostytutki. Smaczku całej sprawie dodaje fakt, iż z początku było to towarzystwo filantropijne pod nazwą Warszawskie Towarzystwo Wzajemnej Pomocy. Na żądanie polskiego ambasadora zmieniło nazwę na Towarzystwo Wzajemnej Pomocy Cwi Migdal. Po aresztowaniach i procesach Towarzystwo podupadło, kabarety również, bo zapanował klimat surowszej moralności.

Za rządów Perona (1943 – 1955) tango ponownie rozkwitło i stało się sztandarową, typową muzyką argentyńską. Potem tango znów dopadli wojskowi, wprowadzono stan wyjątkowy i godzina policyjna uniemożliwiała tańczenie. Młodocianym nie wolno było przesiadywać w nocnych barach i z największą zaciekłością kontrolowano te gdzie grano tango. Potem wkroczyła muzyka rockowa, jazz, brazylijska Bosa Nova i telewizja, co przyczyniło się do zaniku klasycznego tanga. W latach 50-tych, pod wpływem jazzu i rocka powstało nowe tango, którego najwybitniejszym przedstawicielem, w początku lat 60-tych, stał się Astor Piazzolla, mistrz instrumentu podobnego do harmonii, zwanego bandonion.

134d8

Z Internetu

Przez wiele lat Piazzolla napotykał spory opór publiczności przyzwyczajonej do tradycyjnego tanga. Jego muzyka jest pełna dramatyzmu, przeplatana typowymi fragmentami melancholii. Rozwinął się także latynoski jazz, gdzie czołową rolę odgrywał słynny saksofonista tenerowy, Gato Barbieri.

Pomiędzy rokiem 1955 a 1983, niemal nikt nie uczył się w Argentynie tanga. Po upadku junty nastąpił jego renesans. Dziedzina Nuevo Tango zaowocowała takimi zespołami jak Gotan Project czy Tanghetto. Polecam do posłuchania: https://www.youtube.com/watch?v=-TU7ruN3XUU&list=PL7EFC88D1A2DA075D&index=7;  https://www.youtube.com/watch?v=YwZqewdUiks&index=10&list=PL7EFC88D1A2DA075D]

Istnieją także grupy łączone, argentyńsko-hiszpańskie, jak Otros Aires: v=txeLE6nfqiA&index=4&list=PL7EFC88D1A2DA075D lub argentyńsko-urugwajskie: https://www.youtube.com/watch?v=riuF_Ur3unc&index=17&list=PL7EFC88D1A2DA075D; tango flamenco: https://www.youtube.com/watch?v=UWCmubP5h9c, czy bazujący częściowo na tangu Włoch, Vinicio Capossela –  https://www.youtube.com/watchv=DjrKL3cPsU0&list=PLAC521A276CF2BEDA

Rozwinęła się również ciekawa muzyka rockowa, z charakterystycznym zabarwieniem lokalnym (rock nacional), która zagarnęła nie tylko młodzież argentyńską, lecz z całej Ameryki Południowej. Szczególnie polecam bardzo ciekawą grupę Soda Stereo: https://www.youtube.com/watch?v=69K8jCRNWdQ

Od końca lat 80-tych popularność tanga w Argentynie bardzo wzrosła. W następnej dekadzie zaczęło zagarniać polską publiczność, szczególnie ludzi tańczących ten typ muzyki. W 1998 roku, w warszawskim kasynie policyjnym (sic!) „Pod Pałkami”, powstała pierwsza milonga powojenna – „El Corazon”. W 2004 roku zaczęły się zajęcia grupowe i w całej Polsce pojawiły się kluby tanga. Część osób traktuje jego tańczenie jako swoistą terapię, wyciszenie od codziennych problemów. Niektórzy tańczą je do muzyki alternatywnej (tzw.alterna). Lecz nic nie zastąpi atmosfery takiego tanga, gdy obserwowanie tańczących staje się dogłębną przyjemnością, a muzyka rwie i duszę i ciało:  https://www.youtube.com/watch?v=ic4PQ-tnwJw

W Chile

Najpierw parę kilometrów tego samego krajobrazu,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

jakby Argentyna nie chciała nas wypuścić ze swych objęć,

134f

potem rozległy, kolorowy stok.

134g

Za nią tablica – witamy w Chile, region IX region Araucania.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Szosa wijąca się we wciętej dolinie,

134i

paręnaście kilometrów poprzez rozległe śródgórskie doliny

134j

i nagle porażający widok ośnieżonego pasma rezerwatu Alto Bio-Bio.

134k alto biobio

Dolina, którą prowadziła droga nr 181, na zmianę poszerzała się i zwężała.

134l

Ukazała się rzeka gęsto obramowana drzewami

134m

134n

i za kolejnym zakrętem,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

tam gdzie lokalna droga 95S łączy się z główną,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

kontrola graniczna i celna Chile. Dokładne prześwietlanie bagażu i moja wpadka – zapomniałem wyrzucić cytryny, które targałem ze sobą w celach leczniczych. Nie ma zmiłuj się – Chile nie przepuszcza jakiejkolwiek żywności. Bagaże przechodzą przez takie same urządzenia jak na lotnisku i kontrola jest niezwykle surowa. Cytryny powędrowały na bok, reszta w porządku, stempel, uśmiech, walizki i plecaki na wózek i do auta.

Jechaliśmy dalej tą samą doliną

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

i nagle ukazało się wysokie pasmo przykryte woalem śniegu i chmur.

134r

Na prawo zjazd do Lonquimay, gdzie spory ośrodek narciarski zbudowany jest na stoku wulkanu o tej samej nazwie. Zakręt w kształcie wielkiego „Z” i przed nami szlaban z budką, gdzie pobiera się opłatę (jeden dolar za auto) za wjazd do tunelu Las Raices. Tunel otworzony w 1939 roku, dla ruchu pomiędzy Pacyfikiem a Atlantykiem, przebija pasmo górskie i jest najdłuższym tunelem w południowej części Andów i drugim pod względem długości w Południowej Ameryce (4 528 metrów, jest na wysokości 1010 m n.p.m.). Ponieważ ma jedno pasmo ruchu staliśmy pod czerwonym światłem około 15 minut.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wreszcie wjazd w jego paszczę

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

i pomknęliśmy podziemiami Andów.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Po wyjeździe z drugiej strony gór, odrazu wpadliśmy w deszcz, bo tu już jest mocny wpływ Pacyfiku.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dalsza droga prowadziła pomiędzy narodowym rezerwatem Nalcas, po prawej, ze schowanym w głębi wulkanem Lonquimay i narodowym parkiem Conguillio z lewej, gdzie jest wręcz bajkowy krajobraz z jeziorami, wysokimi araukariami w kształcie parasola (Los Paraguas) i wulkanem Llaima. Jego główny krater ma wysokość 3150 metrów. Jest jednym z najaktywniejszych wulkanów Chile i ostatni raz dał ognia w roku 2008. 

134w1 araucania_andina_chile conguillo park

Z Internetu

Następna dolina, deszcz ustał i zaczęły się uzdrowiska z gorącymi źródłami (termas) i droga zwana Red Interlagos (1920 kilometrów długości), która jest specjalnym projektem turystycznym łączącym dwa regiony – Araucanie z Los Lagos. Z niej prowadzą inne drogi, często szutrowe, do parków, jezior, wulkanów i gorących źródeł. Wszystko zorganizowane jest tak, aby całkowicie chronić środowisko i lokalną kulturę indiańską. Dodatkowo Interlagos ma sześć specjalnych dróg turystycznych w formie pętli i jedną z nich jest Circuito Araucania Andina, która poprzez same szutrowe drogi prowadzi do dziewiczych terenów. Wśród nich klejnotem jest wspomniany park Conguillio.

Za nim, parędziesiąt kilometrów dalej na południe, wznosi się wulkan Sollipulli, z kraterem wypełnionym lodowcem (2282 m n.p.m.). Jeśli się przez lodowiec przebrnie w pogodny dzień, nagrodą jest fantastyczny widok na wielką odległość – górskie łańcuchy z wyróżniającymi się, pokrytymi śniegiem, szczytami wulkanów – Liaima, Lonquimay, Copahue i Sierra Nevada.

Przy szosie znak wskazujący dojazd do największych, gorących źródeł w tej okolicy – Termy Malalcahuello.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Są tu duże pokoje hotelowe, budynki zabiegowe i baseny z gorącą wodą. Zimą można w 20 minut dojechać do centrum narciarskiego Corralco.

134x1 malalcahuello-thermal

Z Internetu

Droga biegła teraz w pięknym i gęstym lesie. Przed miasteczkiem Curacautin następny znak – termy Tolhuaca,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

33 km stąd na północny-wschód, otwarte od 1989 roku.

134y1 termy

Z Internetu

Temperatura wody, płynącej wprost z gejzerów, ma 90° C i tworzy tzw. fumarole. Drugi znak dotyczy pętli Araucania Andina przebiegającej przez miasteczko.

Droga 181 wciąż łagodnymi łukami wiła się przez las,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

przekroczyliśmy rzekę Quillen,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

za nią zjechaliśmy wpierw na północ, las zaczął się przerzedzać i ustępować miejsca rozległym polom. Co pewien czas pojawiały się przystanki autobusowe w formie małych, różnorodnych wiat lub domków z charakterystycznym daszkiem.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Potem droga 181 z powrotem zaczęła iść w kierunku zachodnim i około trzeciej wpadliśmy w plątaninę ulic na przedmieściach miasta Victoria. Przejechaliśmy przejazd kolejowy,

135c

ostro skręcając w lewo, aby dobić do głównej drogi nr 5, czyli Panamericany Sur. Jest to najdłuższa droga w Chile – 3364 km, stanowiąca część Autostrady Panamerykańskiej, prowadząca z Puerto Montt na południu do Arica na północy. Lecz wpierw chcieliśmy znaleźć jakąś restaurację, by się posilić.

Victoria sprawiała wrażenie mieściny prowizorycznej i nieco rozmemłanej.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Szukaliśmy restauracji po napisach, ale niczego nie mogliśmy zauważyć, poza ciągiem podniszczonych domów i nieco zaniedbanych ulic. Na jakiejś przyzwoitszej ulicy zoczyłem rodzaj baru. Zaparkowaliśmy i podeszliśmy paręnaście metrów, wzbudzając natychmiast wśród przechodniów lekkie acz dyskretne zainteresowanie. W barze, urządzonym w zaskakująco nowoczesnym stylu (kolorowe plastykowe siedzenia, dwa czy trzy stoliki i lady biegnące wzdłuż niektórych ścian) obsługiwały dwie panie w średnim wieku z młodą pomocnicą. Tutaj już otwarta ciekawość wzięła górę i zapytano skądże to gringos przybywają. Aż z Polonii, a żyją w Kanadzie! Nigdy tu takich nie było! Do środka wpadło paręnaście dziewczyn i chłopaków w licealnych mundurkach, bo akurat skończyła się szkoła. Zrobiło się gwarnie, młodzież popatrywała na nas, rozbawiona coś tam mówiła na nasz temat półgłosem. Ale atmosfera była sympatyczna i widać było, że ten bar jest przez młodzież chętnie nawiedzany. Wielkie sandwicze były bardzo smaczne a naturalny sok brzoskwiniowy znakomity.

Parę minut po czwartej, lawirując w plątaninie małych uliczek, znaleźliśmy wreszcie wjazd na autostradę. Pierwsza opłata na bramce wjazdowej – 600 pesos. Skręt na południe i cała naprzód! Seweryn gnał 120, a czasem nielegalnie 140 km na godzinę, porządnie utrzymaną autostradą.

135e

Tak jak w Argentynie nie zoczyliśmy na trasie żadnego wozu policyjnego. Zgodnie z radą Claudia zawsze zwalnialiśmy przed i za miastami. Przemknęliśmy koło dużego miasta Temuco,

135f

za nim wpadliśmy w deszcz, który przechodził falami, poprzecznie do szosy, przez co na przemian wpadaliśmy w pasy mokre i suche i rozpięte przed nami tęcze.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Za następnym dużym miastem – Osorno, wyraźnie można było odczuć wpływ zbliżającego się Pacyfiku.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zrobiło się cieplej i wilgotno. Pojawiało się coraz więcej małych miast z przejściami dla pieszych ponad autostradą

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

i solidne mosty ponad rzekami.

135j

Odczuliśmy, iż wracamy do cywilizacji.

Przed Puerto Montt autostrada zwiększyła liczbę pasów i punkty opłat się zagęściły. Poza płatnymi bramkami na zjazdach i wyjazdach z bocznych dróg, są one co pewien czas także na autostradzie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Seweryn na dojeździe do miasta pogubił się i wjechał w złą drogę. Nie dość, że musieliśmy zawrócić i przejechać wiele kilometrów z powrotem, to znów uiszczaliśmy opłaty. Ten fakt tak mocno zdenerwował Seweryna, że pomylił się ponownie. W sumie dokonałem w ciągu pół godziny sześciu opłat, co wyniosło 3600 chilijskich peso (nieco powyżej 6 USD). Zrobiła się szarówka i zaczął padać deszcz.

Do Puerto Montt wpłynąłem trzy lata temu statkiem. Pamiętałem, że miasto składa się z dwóch części – dolnego tarasu nad cieśniną Reloncavi (Seno de Reloncavi) przechodzącą dalej na południe w wielką zatokę Ancud i górnej części, w postaci szeregu rozległych wzgórz z gęstą zabudową. Pamiętałem również, że należy trzymać się blisko wybrzeża, na drodze zwanej Costanera, gdzie w pewnym miejscu będzie małe molo. I za tym molem jest hotel „Gran Hotel Don Vicente”, gdzie zaległem na dwie noce w 2011 roku. Ów hotel był moim miejscem ucieczki z domu przyjaciółki pewnej pani, z biura podróży w Santiago. Owa pani, która załatwiała mi wszelkie formalności, związane z moją pierwszą wyprawą do Patagonii, namówiła mnie abym zatrzymał się u jej przyjaciółki. W tym domu, lekko nadszarpniętym zębem czasu, nie było ogrzewania. A panowała patagońska zima i noce były bardzo chłodne, z przejmującą wilgocią ciągnącą od oceanu. Pomimo, że spałem w ubraniu i czapce bardzo zmarzłem. Rano okazało się, iż nie ma ciepłej wody. Szybko znalazłem hotel „Vincente” i się tam jeszcze szybciej przemieściłem. Pamiętam, jaką rozkoszą napełnił mnie gorący prysznic, a potem kilkanaście minut leżenia w wannie.

Zapadły ciemności, dalej lał rzęsisty deszcz i wysiliłem całą swą intuicję, aby się w mieście nie zabłąkać. Nocą świat wygląda zupełnie inaczej, co jeszcze pogłębia pewna moja krótkowzroczność. Ten przejazd to było odwijanie taśmy wspomnień. Znów ulice jednokierunkowe, trudności z zawracaniem, wreszcie błysk i jest – małe molo, plac i hotel. Hotel wyglądał gorzej niż trzy lata temu, był wciąż drogi (za nasz pokój zażyczyli sobie 123 dolary US za noc), obsługa nieco formalna i usztywniona. Jęki Seweryna doprowadziły mnie do pasji i oznajmiłem mu zimnym tonem, że nigdzie się stąd nie ruszam i pokrywam cały koszt hotelu. Przeważyło odwołanie się do wspomnień i zadziałał podobny mechanizm jak w Coyahique – sentyment.

W pokoju odbyliśmy naradę i postanowiliśmy poszukać jutro innego hotelu. Nadto nie nastawiać budzika i spać rano do oporu. Otworzyłem okno i zrobiłem zdjęcia miejsc, które pamiętałem.

135l

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Do pierwszej w nocy przerzucałem fotografie i porządkowałem notatki. Na zewnątrz cały czas popadywało, ale miałem nadzieję na poranne wypogodzenie. Liczyłem na to, że zobaczę przez okno widok sprzed trzech lat – daleko na horyzoncie, wielki stożek ośnieżonego wulkanu Osorno. Wypełniła mnie radość, tym bardziej, że czułem powoli wracającą energię i ustępowanie choroby.