1 marca, 2014 – kontynentalny Portal Point i Skały Hydrurga

Niestety poranek okazał się nieprzyjemny. To jednak wirus, przywleczony przez Katę, zaatakował moje oskrzela. Bolała mnie głowa i męczył ostry, suchy kaszel. Po śniadaniu, w raczej ponurym nastroju, odpuściłem ostatnie lądowanie na kontynencie.

1

2

Gdy poszedłem po aparaty, w bulaju ujrzałem typowy widok – lodowego olbrzyma.

3

Portal Point to rzeczywiście malutki obszar na półwyspie Reclus będącym częścią Ziemi Grahama. W końcu lat 50-tych Brytyjczycy postawili tam małą chatkę, która stanowiła punkt wypadowy na rozciągający się powyżej płaskowyż. Dzisiaj pozostały już tylko fundamenty, konstrukcję przetransportowano do muzeum w Port Stanley na Falklandach.

W rozległej zatoce Charlotte usadowiły się całe stada gór lodowych o niesamowitych kształtach.

4

5

6

Spod lodowców wystają skaliste szczyty; na krawędziach lodowca widać „blizny” po cieleniu, czyli odłamywaniu się lodowych gór.

7

Po pewnym czasie ich kolorystyka uległa zmianie i przybrały niebieski odcień.

8

9

10

11

12

Ci, którzy zdecydowali się na wypad, zostali podzieleni na dwie grupy: jedna wysiadła na ląd i wskrobała się na płaskowyż,

13

a część z nich udała się na sąsiednią górkę, gdzie nagrodę stanowił nie tylko panoramiczny widok na płaskowyż pokryty lodowcem i zatokę wypełnioną górami lodowymi, ale swoistą frajdę stanowił szybki zjazd na własnych siedzeniach, niemal wprost na krawędź stada wylegujących się uchatek. Druga grupa krążyła w zodiakach pomiędzy górami lodowymi

14

15

i zauważyli żerujące w zatoce wieloryby. Były one widoczne także z płaskowyżu.

Z mojego punktu obserwacyjnego na pokładzie, obie grupy wyglądały jak przecinki, zarówno na lądzie, jak i na wodzie. Rozległość krajobrazu jest wręcz porażająca. Następny dowód wielkiej dzielności pierwszych polarników, którzy pioniersko wytyczali tutaj szlaki dla ludzkości – dla naukowców i dla turystów. Antarktyda jestem jedynym kontynentem w dziejach ludzkości, eksplorowanym przez człowieka, nie w celu osiedlenia się.

Po lunchu obserwowaliśmy z pokładu góry na kontynencie

16

17

i defiladę wielkich gór lodowych.

18

19

Przez następne dwie godziny przemierzaliśmy północną część cieśniny Gerlache.

20

21

22

23

I wtedy mogliśmy obserwować fascynujący pokaz polowania wielorybów na kryla, w stadzie trzech do czterech sztuk liczącym, a trwało to około godziny.

24

Większość pasażerów wyległa na pokłady. Wieloryby były tak blisko nas, że słyszeliśmy ich wspaniały, głęboki i wręcz przejmujący oddech. I dźwięk wyrzucanego gwałtownie wydechu, przypominający parskanie połączone z fontannami rozpylonej i zwiewanej od razu przez wiatr, wody.

25

26

Wieloryby okrążały kryla, gwałtownie nurkowały ku środkowi puszczając w wodzie wielkie bąble powietrza, które wyrzucały kryla ku powierzchni.

27

28

29

30

32

33

Lub nagle zmieniały kierunek i pruły po powierzchni wyglądając jak łódź podwodna w częściowym wynurzeniu.

34

35

Oszołomione i zdezorientowane kryle stawały się łatwym łupem. Wystarczyło teraz nadstawić uchyloną paszczę i operować nią jak wielką łychą.

36

37

I powtórka nagonki.

38

39

40

Każdy z nich ma niepowtarzalny, indywidualny wzór na spodzie ogona i tym sposobem je się kataloguje i potem rozpoznaje.

31

41

42

43

44

Jeden z nich nawet wystawił w pionie swoją paszczę.

45

Wokół wielorybów krążyły różne morskie ptaki,

46

głównie mewy, wiedząc, że i im trafi się jakiś kąsek.

47

Chciałem nagrać ten spektakl, obraz polowania i ów przejmujący dźwięk oddychania, kojarzący się z jakąś odwieczną pierwotnością Ziemi, z kimś, kto stworzony został dawno przed nami… Gdzie tam! Koło mnie tkwił starszy Argentyńczyk, który za każdym razem, gdy pojawił się nad powierzchnią wielorybi ogon, krzyczał głośno “Ole!”. W końcu nie wytrzymałem i zwróciłem mu uwagę, że to nie byk i nie corrida. Gość wzdął się nieco obrażony, ale przestał pokrzykiwać.

Zaziębienie nie ustępowało. Zrezygnowałem także z drugiego lądowania – na skałach Hydrurga, usytuowanych na wschód od dwóch wysp Hummock, w archipelagu Palmera. Ta dziwna nazwa została wzięta z łacińskiej terminologii określającej lamparta morskiego – Hydrurga leptonyx. Wodowanie zodiaków się opóźniło, bowiem rekonesans znalazł na brzegach skał cały tłum uchatek. Seweryn zapakował się do zodiaku, dotarł do skał, widząc także oprócz fok, wydrzyki i pingwiny maskowe (Chinstrap penguin), lecz nadszedł lodowaty deszcz z zimnym wiatrem i nastąpił wcześniejszy powrót na statek.

48

Te wszystkie gwałtowne zmiany, były zapowiedzią końca sezonu wypraw turystycznych na Antarktydę, przy pomocy statków. “Ushuaia” miała jeszcze odbyć jeden rejs więcej, by zacząć ponownie od września/października, gdy nadejdzie wiosna na półkuli południowej.

Po obiedzie mieliśmy generalne zebranie i zapoznano nas z ostatnim dniem lądowania niedaleko półwyspu Antarktycznego. Czekała nas wielka atrakcja – wpłynięcie do kaldery drzemiącego wulkanu na wyspie Deception.

Przeglądałem książki w biblioteczce i oglądałem zgromadzone tam mapy, cały czas pompując w siebie herbaty z cytryną. Wieczorem wyjrzałem na chwilę z salonu, pstryknąłem jedno zdjęcie

49

i szybko wróciłem do ciepłego pomieszczenia. Nic mi nie pasowało i czułem się podle.

Poszedłem do kabiny i leżąc zmarnowany na koi, zastanawiałem się jaki popełniłem błąd w sposobie doboru ubrania. Wirus Katy wirusem, ale przyspieszyłem zapewne jego atak przemoczeniem i zziębnięciem na zodiaku. Obuwie i wełniane skarpetki bez zarzutu. Również długie i niewymowne, termiczne podkoszulki, specjalne spodnie wiatro- i wodoodporne, czapka i rękawiczki. Kłopot zaczynał się przy braku lekkiej i ciepłej kurtki, obowiązkowo odpornej na wiatr i najważniejsze – wierzchnie okrycie, absolutnie nieprzemakalne. Wynajęcie parki chroniło tylko przed wiatrem i to w dobrą pogodę – bez deszczu i śniegu. A takich luksusów nie można spodziewać się na Antarktydzie.