1 lutego, 2014 – Toronto

 

Rano nagłe ocieplenie, plus dwa, deszcz, a koło południa powolny, gęsty, cichy śnieg, który padał bez przerwy do wieczora. Zrobiło się bajkowo, Wszystko wytłumione, ugrzęzłe w puchu. Jutro lekki mróz. Dobrze – po wylądowaniu w Ameryce Płd. nie będzie takiej ogromnej amplitudy, jak tydzień temu. Tylko 36 stopni różnicy.

Odgruzowywanie mieszkania, od rana do wieczora. Już nie mam dawnej energii i sprawności. Stetryczałem lub gorzej – zaniedbałem się. Po 60-tce wyłania się rozpięcie pomiędzy: nie chce mi się – muszę. Czyli w skrajnościach życie sobie płynie.

Była Ewa O., która od jutra przejmuje opiekę nad mym mieszkaniem, aż do sierpnia. A przed północą mail od Tadzia S. z filmikiem o jego wyprawie do Indii w roku 1980. Doskonała, nastrojowa muzyka, przeszło połowa zdjęć czarno-białych. Ich kontrast, przy dzisiejszym nawale kolorów, nader interesujący.

Już północ, zaczął padać deszcz. Dziś wylatujemy do Buenos Aires. Rano będzie selekcja wydrukowanych tekstów, a potem rozłożenie wszystkiego na stosiki: tu ubrania, tam buty, tu sprzęt foto, a tam dokumenty i bilety. Pakowanie.

Jeszcze odczuwam pewien dyskomfort w kolanie, którego leczenie zabrało mi sporo czasu. Przy dłuższym klęczeniu odzywa się cysta Bakera.