1 kwietnia, 2014 – Futaleufu – Esquel – El Bolson

Wielka Woda

Wcześnie rano obudziło mnie zimno. Zwlokłem się z łóżka i dopadłem wyziębionego pieca. Papier na podkładkę, drobne kawałki i korę ułożyłem w stożek, podpaliłem. Zajęło się szybko. Ten rodzaj pieca, używany zarówno w Chile jak i Argentynie, jest nadzwyczaj sprawny.

103h piec w cabanii

Z Internetu

Wrzuciłem cztery wielkie kłody i po chwili piec zaczął buzować, a po pół godzinie rozeszło się przyjemne ciepło. Wtedy ponownie zasnąłem.

Zapłaciliśmy za cabañę La Escondida,

103icabana la escondida futaleufu

Z Internetu

wpakowaliśmy graty do auta i zostawiliśmy je na parkingu u gospodyni. Około 10.30 wymaszerowaliśmy do Ricardo. Na zewnątrz typowy poranek w górskiej Patagonii – parujące lasy,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

w tle prześwitujący błękit i chłodnawa pogoda. W ciągu dnia hotel, do którego nie udało nam się dostać wczoraj, prezentował się okazale,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

z ozdobną różą wiatrów na dachu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Weszliśmy do Cocina de Autor 77,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

103n

gdzie jej właściciel – Ricardo Beck Zimmer, jeszcze w spodniach od piżamy, krzątał się ze swoim przyjacielem wokół nieco opornego pieca. Dołączył do nich Seweryn, który nie mógł doczekać się śniadania i z rozmarzenieniem wspominał wczorajszą pomidorową.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pomieszczenie było tak wyziębione, że wróciłem po kurtkę do auta. Spoza budynku wypadł szczeniaczek i radośnie popiskując podbiegł do moich nóg.

103p

Poza restauracją i uczestnictwem w oddziale straży pożarnej (Bomberos są tutaj niesłychanie ważni, jeśli zważymy, że zdecydowana większość budynków jest z drewna), Ricardo organizuje karaoke i założył klub pokerowy, w którym regularnie grywa osiem osób. Poker jest tak wielką jego pasją, że gra także przez Internet. Przy śniadaniu rozmawialiśmy o muzyce rockowej i zaproponowałem, iż zaprezentuje im polskiego rocka. Przyjaciel Ricarda podłączył głośniki do komputera, ja odnalazłem na You Tube „Memento z banalnym tryptykiem” grupy SBB, jeden z najwybitniejszych utworów polskiego rocka i przy kawie, w środku chilijskiej Patagonii, w górskiej dolinie rozbrzmiały klawisze Józka Skrzeka, z gitarami Lakisa i Sławka Piwowara i pulsacją bębnów Jurka Piotrowskiego. Bardzo się podobało, szczególnie Ricardo był zachwycony i zapisał sobie nazwę SBB. Umówiliśmy się na późniejsze spotkanie, podczas uroczystości obchodów rocznicy założenia miasta.

Futaleufu w języku mapuczańskim oznacza „Wielką Wodę”. W 1912 roku do doliny dotarła argentyńska familia Moraga. Później zdarzyło się coś typowego dla tamtego czasu i na tym terytorium – krwawa rozprawa osadników chilijskich z osadnikiem argentyńskim. Moraga został zabity i nikt nie poniósł konsekwencji, bowiem władze i policja Chile popierały swoich. Po tym wydarzeniu przyjechało na osiedlenie parę rodzin chilijskich i z chwilą przyjazdu porucznika policji i mierniczego, od 1 kwietnia 1912 roku, osada oficjalnie zaistniała pod nazwą Futaleufu, uzyskując w 20 lat później prawa miejskie. Spora część osadników w następnych latach przeniosła się do sąsiednich dolin.

Rozległy teren, leżący w dorzeczu paru rzek, ma bardzo dobry mikroklimat. Na przykład nad jeziorem Espolon, 40 km od miasta, latem przez wiele dni panuje temperatura 30º C i w jeziorze można nawet zażywać kąpieli. Z tego samego powodu rośnie tutaj wielki las starych modrzewi (alerce), obecnie chronionych w narodowym rezerwacie Los Alerces, na północ od Futaleufu. Niektóre z nich osiągnęły wysokość 70 metrów i mają około czterech tysięcy lat. Z kolei na południe od miasta jest inny narodowy rezerwat – Futaleufu (przeszło 12 tys. hektarów), chroniący górskie cyprysy i jelenia huemul. W parku, za zgodą CONAF ( Zarządu Lasów Narodowych), można jeździć konno i odbyć fotograficzne safari, w tym niezwykle pięknym terenie andyjskich gór, dolin, jezior i rzek.

Cały urok miasta, leżącego zaledwie 350 metrów n.p.m., zasadza się na niepowtarzalnym krajobrazie Andów, gdzie poprzez ich wulkaniczne pasma przedzierają się rzeki, żłobiąc głębokie przełomy i tworząc długie kaniony. Najważniejsza i najbardziej malownicza jest właśnie Futaleufu, której wody, w stosunku do otaczających szczytów, płyną o 1700 metrów poniżej. Z początkiem lat 90-tych ubiegłego wieku, stała się jednym z najbardziej popularnych miejsc spływu kajakami i gumowymi pontonami. To z kolei ożywiło ekoturystykę (sezon trwa od listopada do kwietnia), w tym jednym z najuboższych regionów Chile. Ostatnim, paradoksalnym pozytywem dla rozwoju miasta stał się wybuch wulkanu Chaiten. Miasto Chaiten ledwo się po nim podnosi, natomiast Futaleufu, mimo niewielkiego zasypania popiołem niektórych jego obszarów, rozwija się dynamiczniej i osiągnęło już około dwóch tysięcy mieszkańców, zachowując prowincjonalny, spokojny i powolny charakter. Baza noclegowa się rozrasta, oferując poza hotelami liczne cabañas oraz spania&śniadania. I wcale nie ma przesady w lokalnym powiedzeniu, iż ten obszar jest – „un paisaje pintado por Dios” – krajobrazem namalowanym przez Boga.

Do przejścia granicznego z Argentyną jest tylko siedem kilometrów. Ponieważ miejscowość jest w odległym kącie Patagonii, wielbiciele spływów kajakowo-pontonowych mogą dostać się tutaj w miarę szybko tylko via Esquel lub Bariloche w Argentynie – samolot z Buenos Aires do Bariloche lub Esquel i stamtąd lotem lokalnym do samego Futaleufu, lub dłuższą drogą od strony Puerto Montt w Chile – samolot do Chaiten i trzy godziny jazdy do celu. Napewno warto tam posiedzieć dłużej i po dwóch miesiącach podróżowania poczułem, że założone przeze mnie trzy miesiące na Patagonię nie wystarczą, aby posmakować ją jeszcze głębiej. A co dopiero będzie, gdy dotrzemy dziś do Esquel, skąd jeździ (a może już nie?) słynny patagoński pociąg „La Trochita” – El Viejo Expreso Patagonico… Jak ja to przeboleje, gdy tak lubię jeździć pociągami po oryginalnych trasach (mam za sobą m.in. przejazd w Norwegii najwyższą linia kolejową w Europie i przejazd z samej północy Szwecji do Sztokholmu). Nawet gdyby kursował, to i tak jestem skazany na nasz rozkład jazdy i dobre sprawowanie Nisanka.

Seweryn poszedł do cabañi popisać na komputerze i przekopiować zdjęcia na zapasową pamięć. Ponieważ nie było żadnych turystów, gospodyni zostawiła nam jeszcze klucz i pozwoliła posiedzieć w drewnianym domku do 14-tej. Ja natomiast przeszedłem kawałek miasta

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

103r

i udałem się w przeciwnym kierunku, na spacer, nad rzekę Futaleufu,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

103t

103u

103w

na której odbywa się najsłynniejszy spływ kajakowy i pontonowy (rafting) na półkuli południowej, będący zarazem jednym z trzech czołowych na świecie.

Organizowanie spływu przynosi spory dochód mieszkańcom, obok innych sportów (kolarstwo górskie, jazda konna i wędrowanie), włączając w nie bardzo popularne wędkowanie (niektóre osobniki pstrąga tęczowego dochodzą do czterech kilogramów wagi). Międzynarodowe zloty amatorów spływu, a także coroczny festiwal zwany „Futafest”, przyciągają ludzi z całego świata. Rzeka bierze swój początek w argentyńskim jeziorze, po 35 km przepływa granicę z Chile, uchodząc do jeziora Yelcho, by z niego, poprzez rzekę Yelcho, dopłynąć do Pacyfiku. Spływy można także odbyć na trzech głównych dopływach Futy: Claro, Espolon i Azul,

103x

103y

Obie mapki z Internetu

z tym, że na Espolon (trudność klasy V) jest diabelski odcinek

103z

Z Internetu

zwany Piekielnym Kanionem (Cañon del Inferno), z wąskim przejściem – „Gardłem Diabła”.

104

104a

2 zdjęcia z Internetu

Przepłynięcie tras jest oczywiście zależne od stanu wody – jej temperatury i wysokości. Dlatego najazd na miasteczko zaczyna się w listopadzie kończąc się w początkach kwietnia. Po szczegółowsze informacje odsyłam do dwóch stron internetowych:  http://www.exchile.com/KayakChile_futaleufu_river_guidebook.html oraz   http://www.exchile.com/guide/index.php/Gates_of_Infierno

Przyjeżdżają tu trzy grupy ludzi: uczestnicy spływu, którym adrenalina już rośnie na szosie dojazdowej, tacy, którzy jeno chcą popatrzeć i dopadają ich dreszcze lęku, oraz ostatnia grupa – ci, którzy wolą trzymać się z daleka i jeśli już, to tylko wędkowanie. Zainteresowanie rzeką zaczęło się w 1986 roku, gdy ktoś próbował założyć pierwszy obóz dla spływu, lecz przez następne pięć lat panowało przekonanie, iż jest to niemożliwe. W 1990 roku dotarł tutaj następny, rozsądny Amerykanin, Eric Hertz, znany nie tylko z prowadzenia spływów na wielu rzekach świata, ale też jako obrońca ich dziewiczości. Dzięki upartości i licznym artykułom zamieszczanym w różnych magazynach (m.in. National Geographic), powstrzymał plan budowy kolejnych zapór w Kanadzie, tzw. James Bay II, nad zatoką Hudsona. Wspólnie ze swoim partnerem biznesowym, Robertem Currie, założył organizację Earth River Land Trust, która skutecznie od lat broni rzeki Futaleufu. Bo jest ktoś kto na energię rzeki patrzy łakomym wzrokiem. Ktoś kogo już uprzednio wspominałem – międzynarodowa korporacja Endesa.

W okresie intensywnej prywatyzacji za Pinocheta, Endesa nabyła prawa do szeregu chilijskich rzek i chce stawiać na nich tamy. Jedna hydro-elektrownia jest już po argentyńskiej stronie. Zaporę Amutui Quimey zbudowano w latach 70-tych; ma 120 metrów wysokości i produkuje 448 megawatów. Za nią, w miejscu trzech glacjalnych jezior, powstał sztuczny rezerwuar. Potem rzeka już jest swobodna, aż do jeziora Yelcho.

104a1 Futaleufuch hydrocompolex argentina

Z Internetu

Endesa chciała przegrodzić Futaleufu trzema tamami, a wodospady i porohy zakryć sztucznymi zbiornikami. Pojawił się także inny partner – przemysł wydobywczy, zamierzający eksploatować minerały w tym rejonie. Co gorsza, Endesa ma pełne prawo odsprzedać swoje zasoby wodne innym. Przemysł wydobywczy potrzebuje zarówno wodę, jak i źródła energii, przeto obie grupy interesu działają wspólnie, naciskając na rząd i mamiąc lokalną ludność obietnicami zarobku oraz korzyściami ze sprzedaży kopalin na rynek światowy. A który polityk nie chciałby uszczęśliwić swoich wyborców i obiecać im „złote góry”…

Na szczęście czasy się zmieniły i do władzy doszła socjaldemokracja z poparciem umiarkowanej lewicy. Nie trzeba się już obawiać sowieckiej penetracji i amerykańskiej podejrzliwości, bo przedtem każdy odruch niezależności w krajach latynoamerykańskich, natychmiast kojarzył się Jankesom z kolorem czerwonym. Po zatem Chile jest za mocne i zbyt niezależne, aby pozwolić na penetrację swego rynku przez chińskie kompanie, które próbują buszować w innych krajach Ameryki Południowej. Rząd chilijski zmienił prawo i zastrzegł sobie zarówno zgodę, jak i weto, wobec projektów grożących sporymi komplikacjami czy wielkim ryzykiem. W przypadku rzeki Futaleufu stało się jasnym, iż projekty energetyczne i wydobywcze na tym terenie, nie przyniosą wcale większych dochodów miejscowym. Wręcz przeciwnie – zniszczą ekoturystykę, która od lat coraz bardziej się rozwija. Na dobitkę, do opinii publicznej przedostały się wieści, iż Endesa zamierzała produkowaną energię sprzedawać na północ Chile, głównie do Santiago.

Paradoksalnym plusem działalności międzynarodowych korporacji, konkretnie ich chciwości, stał się fakt mobilizacji społeczeństw i to z najbardziej pożądanego kierunku – od dołu. Szereg organizacji, społeczności lokalnych i osób indywidualnych skrzyknęło się dla obrony rzeki i jej naturalnych zasobów. Odzew przyszedł z trzech kierunków. Od organizacji pozarządowych (NGO – Non-Govermental Organizations), jak nowo powstała Futaleufu Riverkeeper, założona przez Roberta Currie, z siedzibą w Nowym Jorku. Currie, z wykształcenia prawnik, jest w Chile licencjonowanym adwokatem społecznego interesu ochrony środowiska. Wspomaga go dwóch innych amerykańskich prawników – Patrick Lynch i Rober Kennedy Jr., znany obrońca środowiska naturalnego i prezydent organizacji Waterkeeper Alliance. Ze strony Chile poparcia udziela prawnik i prezydent organizacji Ecosistemas, Juan Pablo Orrego. Trzecim partnerem jest międzynarodowa organizacja International Rivers, która wspólnie z koalicją Związku Obrony Patagonii (Patagonia Defense Council) rozpoczęła parę lat temu słynną akcję „Patagonia sin represas” (Patagonia bez zapór).  W roku 2013, reżyserka Stephanie Haig, wyprodukowała dokumentalny film pod tytułem „Walcząc o Futaleufu”, który został pokazany na wielu międzynarodowych festiwalach filmowych.

Pierwsze zwycięstwo nadeszło w czerwcu 2014, gdy plan zapór HidroAysen, w regionie XI, został niezaaprobowany przez rząd chilijski. W październiku 2014 Endesa nie dość, że zrezygnowała z planów wobec rzeki Futaleufu, to także zobowiązała się do szerokich, społecznych konsultacji z przedstawicielami lokalnych społeczności, organizacjami pozarządowymi i grupami indiańskiej ludności. Każdy nowy projekt ma zwierać szczegółowe informacje i oszacowania wpływu projektów na środowisko, z uwzględnieniem doświadczeń innych krajów. Warto cierpliwie przebijać ścieżki do rozsądku innych, nie narzekając, nie węsząc teorii spiskowych i nie siejąc defetystycznych opinii, typu „i tak się nic nie zmieni, i tak zrobią swoje”.

Zszedłem szosą do doliny rzeki.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zrobiło się ciepło i powietrze nabrało owej szczególnej, górskiej świeżości, gdy z każdym oddechem, poza haustem tlenu, wchodzą w człowiecze jestestwo rozliczne, wonne zapachy kwiatów i drzew. Ukazał się fragment wysokiego brzegu rzeki,

104c

znaczony kolorowymi pasmami i ciemniejszą warstwą na szczycie. Ciemno-rdzawy kolor zapewne pozostałością po opadzie popiołu z wulkanu Chaiten. W oddali, ponad lasem wznosiły się pasma Andów – sterczący szpic Cerro La Teta,

104d

104e cerro la teta

na prawo od niego Tres Monjas (Trzy Zakonnice).

104f Tres Monjas

W Internecie znalazłem oznaczoną trasę wspinaczki na zębatkę Zakonnic, włącznie z poszczególnymi iglicami.

104g tres monjas

Z Internetu

Doszedłem niemal do mostu nad rzeką Espolon, przed którym jest wejście na teren dużego ośrodka „Centrum Przygód Futaleufu”,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

bowiem niedaleko stąd rzeki się łączą i zaczyna się diabelski kanion. Nie miałem niestety czasu na dłuższą wędrówkę. Zainteresowała mnie ścieżka wcześniejsza, prowadząca małym parowem w kierunku rzeki i dlatego się cofnąłem.

Gdy na nią wszedłem, natknąłem się wpierw na sowę, podobną tej z okolic Villa O’Higgins.

104i

W czasie robienia jej zdjęć ukazał się, schodzący ku głównej szosie, jakiś pan w średnim wieku, w towarzystwie dwóch psów. Zapytałem czy mogę tą drogą dojść do rzeki. Potwierdził, dodając bym nie zapomniał zamknąć za sobą bramę wejściową, prowadzącą na teren jakiegoś ośrodka. Pożegnaliśmy się i ruszyłem dalej. Niespodziewanie pojawiły się oba psy towarzysząc mi podczas całego spaceru. Rzeczywiście za chwilę znalazłem solidną, drewnianą bramę zamkniętą u szczytu na pętle, obok tablicy z napisem „Kemping Puerto Espolon”.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Kiedy zamknąłem bramę i ruszyłem dalej, psy wyraźnie się ucieszyły z tego dokąd zmierzałem. Zaczęły najpierw mnie obskakiwać, potem ruszyły przed siebie, przy czym ten rudawy cały czas zwracał baczną uwagę na czarnego i okazywał mu wielką wylewność.

104k

Siadłem na kamieniu nad rzeką i chłonąłem widoki.

104l

104m

Z daleka dobiegały stłumione odległością dźwięki orkiestr ćwiczących na obchody 85-cio lecia miasteczka. Zanurzyłem rękę w wodzie i obmyłem twarz. Woda była chłodna, bardzo czysta i miała łagodny smak. Psy odprowadziły mnie do głównej drogi, poczem zawróciły do kempingu. Wdrapałem się pod górę, z domku wygarnąłem Seweryna, zaparkowaliśmy auto na ulicy i poszliśmy na główny plac, który sam obszedłem dookoła.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Znalazłem plan miasta – rusztowanie złożone z głównych ulic – sześć w pionie i pięć w poziomie plus parę drobniejszych odnóg.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Tak, tutaj można znaleźć schronienie od zgiełku świata, który wdziera się co roku tylko na parę miesięcy, głównie w postaci szczególnych ludzi, pasjonatów wodnych sportów i wędrówek. Tu Ricardo mógł odzyskać równowagę i odnaleźć rytm życia, nie stając się zarazem odludkiem. W innym miejscu znalazłem plan okolicy i naszej drogi do El Bolson w Argentynie, gdzie znów wjedziemy na słynną ruta 40.

104p

Na trawniku dreptał ibis szukając robaków.

104q

A za płotem piętrzył się wielki ponton z napisem firmy – Patagonia Elements, jednej z najstarszych w mieście.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Przeszło 26 lat doświadczeń pod okiem profesjonalnych przewodników. Proszę koniecznie zaglądnąć tutaj i szczególnie obejrzeć krótki filmik reklamowy – http://patagoniaelements.com/

Uroczystość

Uroczystości rocznicowe we współczesnym świecie, obojętnie pod jaką szerokością geograficzną i w jakim ustroju, mają w sobie, wzrosłe na podglebiu naszej nader żyznej, cywilizacji obrazkowej (powszechne naśladownictwo ludzkich zachowań i inszych schematów zmałpowanych z ekranów), wielkie, biurokratyczne ziarno, które z reguły pęcznieje w miarę długości i kwiecistości przemówień. Fakty mieszają się z pobożnymi życzeniami, drobne fałszerstwa przetykane są wielkimi interpretacjami – czytaj wielkimi fałszerstwami, dane statystyczne, z reguły nader pozytywne, spadają jak obfity deszcz na zasłuchane głowy publiki. Potem, gdy mówca upaja się już jeno barwą swego głosu i elokwencją wywodu, zaczyna się znużenie, z nogi na nogę przestępowanie, przysypianie, chichoty nawet i zgodnie z panującą nam miłościwie obyczajnością, wzdłuż i wszerz świata całego, dziobanie po komórkach, gdzie przecież niezmierzony ocean, jakże fascynujących i błyskotliwych osób i zdarzeń. A i do 123 przyjaciół z Facebooka wypada zaglądnąć, bo może już przybył 124…

104s

Nie inaczej i tutaj było, jeno w o wiele skromniejszym wymiarze. Z pewnością fatalne braki w rozumieniu języka nie pozwoliły mi wychwytać wielu niuansów z przemówień alkada, posłów prowincji i ważnych notabli miasteczka. Zdziwiło mnie tylko, że mimo mocno zakorzenionego tutaj katolicyzmu, ksiądz nie był natrętny i nie pchał się na pierwszy plan, jak to się zdarza, w znanym mi skądinąd, innym kraju. Po dwóch miesiącach, pewne otrzaskanie się z językiem, zaglądanie do słowniczka i rozmówek hiszpańskich oraz nawracające echa dawnych pasji z lat 70-tych – literatury i filmu latynoamerykańskiego, pomagały mi rozumieć sens ogólny przemówień, gdzie słowa tyczące patriotyzmu lokalnego i państwowego, z pewną nutką nacjonalizmu nawet, głównie wobec niedalekiego sąsiada – Argentyny, przeplatały się ze słowami „postęp i cywilizacja, kultura i bohaterstwo”.

Naprzeciw honorowego miejsca, dla notabli i ich rodzin, ocienionego dachem, przy pięknej i ciepłej pogodzie, tkwiły odziały wojskowe i strażacy.

104u

Uroczystość zaczęła się na luzie, tańcami folklorystycznymi dzieci.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

104w104x

Ricardo nam mówił, iż wszyscy biorący udział w paradzie, ćwiczyli z zapałem już od paru dni, aby jak najlepiej wypaść. Potem było przemówienie alkada,

104y

tańce młodzieży starszej

104z105

i następne przemówienia.

105a

Z boku przysłuchiwało się im dwóch facetów – jeden żywy, z nieco sceptyczną miną, bo pewnie już niejedno w życiu słyszał i przeszedł, drugi skamieniały, na postumencie, jakiś bohater.

105b

Sądząc z wyglądu twarzy i nazwy głównej ulicy, zapewne O’Higgins. Zagrała, bardzo nastrojowo, kameralna orkiestra

105c

i zaczęła się defilada.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Najpierw poczet sztandarowy, dalej dziatwa trzech szkół z dyrektorami na czele,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Bomberos, z idącym za samochodem, w pełnym rynsztunku bojowym, naszym Ricardo (w czerwonym hełmie).

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Nastrój się zrobił podniosły, a nawet miejscami wybuchał entuzjazm, gdy przedefilowały formacje wojskowe,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

które zamykał odział bardzo przejętych pograniczników, w tym paru z nartami na plecach. I wtedy zauważyłem, iż trzy grupy istot żywych totalnie olewały uroczystość. Kluczące między ludźmi i tarzające się psy,

105h

biegające i czasem wrzeszczące dzieci, które zagłuszało za każdym razem, nisko przelatujące stado (zamiast bojowych samolotów), jeszcze mocniej wrzeszczących, ibisów.

105i

Na końcu pojawili się konni jeźdźcy z chilijską flagą, która przypomina połączenie naszej biało-czerwonej z flagą Teksasu, z racji białej gwiazdy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wśród jeźdźców

105l

wychynęła nagle, zjawiskowa wręcz señorita,

105k

choć muszę przyznać, że chyba bardziej zjawiskowi byliśmy my – dwaj siwi gringos i to poza sezonem, przez co jeszcze bardziej rzucający się w oczy. Tu króluje południowa smagłość, potomków Hiszpanów i Indian, zwanych Mestizos. Kruczoczarne włosy, niewysoki wzrost, ciemne oczy z pięknymi światełkami. Są dodatki, głównie Niemcy (ze Szwajcarii, Austrii, Alzacji i Śląska) i Chorwaci, ale dopiero dalej, na północ ku Santiago i jeszcze dalej, do granicy z Peru, zmienia się skład etniczny i rośnie przewaga Białych, głównie potomków europejskich emigrantów. Wracając do Nisanka natknęliśmy się na ojca z synem, w pięknych baskijskich beretach.

105m

Ku granicy

Po 14-tej zajechaliśmy do Ricardo, by coś jeszcze przekąsić na drogę. Był nieco wyczerpany. Stał z godzinę w słońcu, w rynsztunku ważącym 15 kilogramów, a sprzęt który trzymał, ważył dodatkowe 25 kg. Pożegnaliśmy się i drogą 259 zajechaliśmy najpierw, na krótko, nad rzekę.

105n

Aż żal było wyjeżdżać w tak świetną pogodę,

105o

gdy świat nabrał przepastnych kolorów

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

i rzeka mieniła się połyskliwym srebrem.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Na szosie ktoś, w kolorach, wypisał deklarację wiary po angielsku – Bez zapór na Futa.

105r

Z Internetu

Asfaltówką do granicy pomiędzy górami.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Najpierw przejście chilijskie – Paso Futaleufu. Polskie paszporty, dokumenty auta, prawo przejazdu przez granicę. Nieco sztywno, ale spokojnie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Za przejściem żwirówka. Parę kilometrów dalej miała być argentyńska granica. Dojechaliśmy i Seweryn na chwilę się zatrzymał, bo zobaczył znak stopu, ale ponieważ szlaban był otwarty, ruszyliśmy wolno naprzód. Jakiś młody chłopak pracował na poboczu przy układaniu trawy. Powstał z klęczek i się nam przyglądał. Nagle zaczął machać abyśmy się zatrzymali. Wtedy obejrzałem się do tyłu i zobaczyłem na drodze, za nami, marsowego wojaka, który gwałtownie dawał nam znaki, abyśmy podjechali. Okazało się, iż minęliśmy argentyński posterunek, który leży na wzgórku, z boku drogi. Na posterunek wkroczyliśmy z paszportami w ręku. Zacząłem przepraszać młodego urzędnika i mu wyjaśniać dlaczego przejechaliśmy. Mówił swobodnie po angielsku, obok niego dwie dziewczyny, cała obsługa granicy bardzo młoda i sympatyczna. Tylko wojak stał z boku nastroszony i wciąż podejrzliwie nam się przyglądał. „Następnym razem będziemy strzelali bez ostrzeżenia” powiedział młody urzędnik, a ja się uśmiechnąłem, bo wiedziałem, że żartuje. Lecz nagle w dialog włączył się Seweryn i zaczął na potęgę bajerować całą obsługę. Wygłaszał pochlebstwa pod adresem Argentyny, że tak się stęsknił, bo ładniejsza niż Chile, „ a jakie tu ładne dziewczyny” wyrzucił z siebie i wskazał na siedzącą obok młodą urzędniczkę. Potem dodał, że w Chile nikt nie mówi po angielsku i w ogóle do bani, aż w pewnym momencie miałem ochotę kopnąć go w kostkę. Oczywiście Argentyńczycy byli zadowoleni z komplementów, za wyjątkiem wojaka, który wciąż groźnie nam się przyglądał. Widząc to Seweryn zaczął kwieciście się rozwijać, co spowodowało moją stanowczą interwencję, włącznie z wypchnięciem go na zewnątrz.

Andy, Esquel, La Trochita 

Gdy znaleźliśmy się po drugiej stronie Andów i wjechaliśmy ponownie do prowincji Chubut, od razu zmienił się klimat. Zrobiło się sucho, temperatura wzrosła do plus 18, w słońcu nawet 25. Minęliśmy samotnego gaucho

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

i zza zakrętu wychynęła panorama Andów,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

do których czasem się zbliżaliśmy, jadąc w rozległych dolinach.

106

106a

106c

106b

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W miejscowości Trevelin

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

skończyła się żwirówka i zaczął porządny asfalt, wyścielający dalej drogę 259.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

106g

Jechaliśmy wzdłuż grzbietu Andów,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

aż ukazały się przedmieścia Esquel,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

miasta u podnóża gór,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

skąd niedaleko do ważnego ośrodka narciarskiego, na słynnych stokach La Hoya. We wrześniu odbywa się tu wielki narodowy festiwal narciarski i wybory miss sezonu. Zamieszczam zdjęcie z konkursu w roku 2013, głównie ze względu na wrażliwą, męską część czytelników.

106l wybor miss nart z roku 2013

Z Internetu

Wokół Esquel są jeszcze inne szczyty – La Zeta, La Cruz i Cerro 21 plus, w odległości 12 kilometrów, wulkan Nahuel Pan. Miasto skojarzyło mi się z Zakopanem, szczególnie gdy widzi się ulice zamknięte w perspektywie górami.

106m esquel

Z Internetu

Niecałe 50 kilometrów stąd, na północnym-zachodzie można osiągnąć park narodowy Los Alerces. Oba miasta, Esquel i Trevelin, założyli walijscy emigranci na przełomie wieku XIX i XX.

Na przedmieściach Esquel i potem częściowo wzdłuż drogi 259, biegnie kanion małego strumyka zwany De Los Bandidos i tutaj ponownie wynurzają się z odmętów przeszłości romantyczni bandyci, czyli Butch Cassidy i Sundance Kid. Z tym, że ich nigdy tu nie było, jak i w wielu innych miejscach, które tym sposobem próbują przyciągnąć turystów spragnionych sensacji i wrażeń z dreszczykiem. Zresztą pewien typ bandziorów zawsze fascynował i fascynuje ludzi. W przypadku Chatwina, który nie tylko twierdził, iż Cassidy i Kid tu byli, ale też tutaj zginęli, mamy do czynienia z romantycznym tropicielem śladów. Któż z nas nie chciałby być odkrywcą sensacyjnego tropu. Grasowali tu inni bandyci – Evans i Wilson, zabici przez policję w grudniu 1911 roku. Dzisiaj można sobie za to pograsować w dwóch, miejscowych kasynach.

Esquel ma około 40 tysięcy mieszkańców i czuje się w nim jakąś wewnętrzną dynamikę. Być może za przyczyną sporej migracji ostatnich dziesięciu lat, głównie porteños z Buenos Aires. Miasto jest schludne, zadbane, ze sporym ruchem samochodowym i wygodnymi, szerokimi chodnikami. Wiele bardzo eleganckich sklepów, liczne restauracje i kawiarnie. Jednym z bardziej znanych miejsc jest lokalna sieć szpitali (zwana Zonal Hospital Esquel), w której leczą się ludzie z Buenos Aires i z zagranicy. Szpitale specjalistyczne i sanatoria są tak dobrze wyposażone i z dobrymi lekarzami, że wręcz mówi się o „szpitalnej turystyce” do Esquel.

Mieszkańcy stoczyli długą batalię przeciwko planom otwarcia kopalni złota niedaleko miasta, słusznie obawiając się zatrucia okolicznych strumieni. Póki co w okolicy jest spokojnie i nikt nie zabrał się za kopanie. Za wyjątkiem pewnego farmera, który w 1951 roku kopał dziurę na wodną cysternę. Znalazł prezent z nieba, który rozsławił miasto wśród kolekcjonerów i uczonych na świecie. Jest to 755 kilogramowy meteoryt o żółtawym kolorze, zwany perodytem i składający się z kryształów oliwinu.

Nas interesowało znalezienie banku i na szczęście powiodło się, w trzecim z kolei, wyjąć pieniądze bez większych problemów. Zaparkowaliśmy auto i udaliśmy się na poszukiwanie restauracji. Moją uwagę zwróciła narożna kawiarnia i bar zarazem „Maria Castaña”, Wnętrze jak dobrej kawiarni w Buenos, nastrój, dekoracje, przytulny bar.

106n maria castana1

Z Internetu

Aż przyjemnie było tam zasiąść, powertować kartę, dostać dobre jedzenie z akompaniamentem czerwonego wina, zamienić parę słów z miłym kelnerem, którego nie zraziła nieco nadąsana mina mego współpodróżnika. Jednym słowem Seweryn zanurzył się w swoje stany okresowego zasępienia. Koło nas siedziały dwie pary nobliwych, starszych ludzi. Od razu było widać ich klasę. Zresztą, gdy się rozglądnąłem po lokalu domyśliłem się, iż jest to jedno z ulubionych miejsc spotkań miejscowej inteligencji. Tam był nastrój i przytulność, których mi tak brak w Toronto, gdzie kawiarnie typu Starbuck czy Timothy’s nawet próbują imitować ów nastrój, ale wciąż w stylu północno-amerykańskim, czyli wpaść i wypaść. Nie wiem czemu zacząłem tam rozmyślać o Gomborowiczu, który jeździł do innego, argentyńskiego Zakopanego – Tandilu. Kawiarnie uwielbiał, często na przykład bywał w buenosarieńskim „Cafe Torotoni”.

Nie starczyło czasu by zajechać na stację słynnego pociągu patagońskiego, La Trochita. W 1908 roku rząd argentyński zaplanował pociągnięcie linii kolejowych przez Patagonię. Dwie główne nitki miały połączyć porty z wnętrzem kontynentu – San Antonio Oeste i Puerto Deseado z San Carlos de Bariloche na przedgórzu Andów. Inne, lokalne połączenia kolejowe, tworzyłyby całą sieć z możliwością dojazdu – via San Antonio – do stolicy kraju. Projekt podupadł z powodu zmian ministerialnych i wybuchu I wojny światowej. Z Europy była potrzebna przede wszystkim technika i inwestycje. W 1916 roku północna nitka osiągnęła miejscowość Ingeniero Jacobacci, a do roku 1934 zdołano doprowadzić ją do Bariloche. W południowej nitce pociągnięto dwa oddzielne odcinki (oba widzieliśmy w czasie naszej jazdy z Sarmiento do Puerto Deseado – odcinek z 14/15 lutego, 2014), lecz nigdy ich nie połączono z innymi.

106o la trochita trasa

Mapka z Internetu

W 1921 roku, zdecydowano położyć linię wąskotorową (rozstaw torów – 75 cm) z Jacobacci do Esquel i połączyć ją z istniejącą już, prywatną linią w dolinie Chubut, z Dolavon do Puerto Madryn. Tym sposobem chciano stworzyć Sieć Patagońskiej Wąskotorówki. W rok później zamówiono w Belgii wagony pasażerskie i towarowe, w Niemczech 50 lokomotyw firmy Henschel&Sohn, które przerobiono na olejowo-parowe i kolejne 25 lokomotyw z USA.

106q Patagonian_Express

Z Internetu

Linię budowało ponad tysiąc robotników w surowych warunkach Patagonii. W latach 1931- 32 ukończone odcinki zniszczyła wielką powódź. Roboty rozpoczęto ponownie w 1934 roku, budując 105 metrowy most i przebijając 110 metrowy tunel przez góry. W rok później ruszyły pierwsze pociągi, w 1941 podciągnięto linie do El Maiten i dalej do Esquel. Pierwszy pociąg wjechał na stację w Esquel 25 maja 1945 roku.

106p La Trochita

Z Internetu

W 1950 uruchomiono pociąg pasażerski, którym można było dotrzeć, z przesiadką w Jacobacci, aż do Buenos Aires. Na tej długiej i urozmaiconej trasie pasażerowie siedzieli na drewnianych ławach wokół pieca, który ogrzewał pomieszczenie w zimnych miesiącach i cały czas służył do gotowania i zaparzania ulubionego mate.

106r La_Trochita_Vagones_Interiores_4

Z Internetu

Podróż z Jacobacci do Esquel trwała 14 godzin (228 km w linii prostej i 402 km torami) i im bliżej Andów, tym wolniej poruszał się pociąg, na niektórych odcinkach tak wolno, że pasażerowie maszerowali sobie wzdłuż torów.

106s LaTrochita

Z Internetu

Była to najdalej położona, długodystansowa kolej wąskotorowa na południu Ziemi. Zyskała wtedy przydomek La Trochita, Mała Wąskotorówka – zdrobnienie od słowa „trocha” oznaczającego rozstaw szyn.

Od 1961 roku zaczęły się problemy i zamknięto najpierw linię w dolinie Chubut, potem odgałęzienia południowe, mimo że w latach 60-tych i 70-tych przewożono tędy towary i używano linii do transportu materiałów przy budowie wielkiej zapory na rzece Futaleufu. Nadto zatrudnienie dawały warsztaty naprawcze i zaopatrzeniowe w El Maiten. Kiedy przyspieszono budowę dróg i stworzono wygodną sieć połączeń ciężarówkami i autobusami, koleje tym bardziej stały się nierentowne i nikt nie chciał w nie inwestować. Jednocześnie La Trochita stała się wielce popularna wśród łazików z Argentyny i innych krajów, włącznie z europejskimi. W 1978 roku Paul Theroux wydał bestsellerową książkę pod tytułem „Stary patagoński ekspres” (The Old Patagonian Express), opisując w niej głównie linię z Esquel do Jacobacci. Jej popularność wzmocnił jeden z epizodów serii filmowej o klasycznych pociągach parowych świata, nakręcony w 1991 roku.

106t La Trochita

Z Internetu

Wzbudziło to zarówno sentyment wśród Argentyńczyków, jak i turystów. Kiedy, w 1992 roku, rząd centralny chciał zamknąć nierentowną linię, odezwały się liczne głosy protestu, w Argentynie i na świecie. Rządy obu prowincji – Chubut i Rio Negro zjednoczyły siły by linię kolejową ocalić i podtrzymać. Jeszcze w 1993 roku można było, z przesiadkami w Ingeniero Jacobacci i Viedma, dojechać do stolicy. Potem działał już tylko odcinek pomiędzy Esquel i Jacobacci, a w końcu pociąg dojeżdżał tylko do El Maiten.

W 1999 roku rząd argentyński ustanowił La Trochitę narodowym zabytkiem historycznym, w 2003 powstało stowarzyszenie Przyjaciół Trochity, powołane przez mieszkańców Esquel, El Maiten i Bariloche. Dzisiaj pociąg okazjonalnie pokonuje całą trasę 402 kilometrów, z Esquel do El Maiten, w ciągu dziewięciu godzin jazdy, z przeciętną szybkością 45 km/godz. Załapanie się na tę trasę jest ryzykowne. Pociąg może nie kursować z powodu braku chętnych, albo mimo rezerwacji może wybuchnąć strajk na kolei, albo może się akurat przydarzyć jakieś nieszczęście. Pociąg wykoleił się już dwukrotnie, z powodu patagońskich wichrów i za trzecim razem, z powodu oblodzenia szyn (wszystko w latach 50-tych i 60-tych). W 1979 roku nastąpiło zderzenie z krową. Nie dalej, jak cztery lata temu, na krótkiej linii turystycznej, huraganowy wiatr zerwał dach jednego z wagonów, który spadł pomiędzy tory i wykoleił pociąg, włącznie z przewróceniem się do góry kołami. Na szczęście nikt nie odniósł poważniejszych obrażeń i po miesiącu krótka linia działała znowu. Krótka dlatego, że latem pociąg turystyczny jeździ wahadłowo w dwóch miejscach. Pierwszy odcinek pomiędzy Esquel a odległym o 36 kilometrów Nahuel Pan, drugi pomiędzy El Maiten a Desvio Thomae – 55 kilometrów. Rozkład jazdy i ceny biletów można znaleźć pod: http://www.patagoniaexpress.com/la_trochita.htm

La Trochita jest w pełni autentyczna, co wytrwale podtrzymują fachowcy w warsztach El Maiten, którzy nieraz sami produkują części zamienne do lokomotyw lub wagonów. Podobnie jak, w opisanych przeze mnie warsztatach pociągu na końcu świata, w Ushuaia na Ziemi Ognistej. Do dyspozycji są belgijskie i amerykańskie parowozy z lat 20-tych i czasem mogą być opóźnienia lub zawieszenie ruchu na trasie, z powodu braku części albo odpowiedniej ekspertyzy.

Przejazd z Esquel do Nahuel, gdzie mieszkają potomkowie Mapuczów, i spowrotem, trwa dwie i pół godziny (bilet w cenie 300 pesos; około 34 dol.US). Najwięcej emocji dostarcza turystom uruchomienie lokomotyw, bowiem maszynista obsługuje zawory ręcznie, by para dotarła do tłoków. Kocioł zużywa dla pełnej mocy maszyny, po 10 tysięcy litrów oleju napędowego i wody. Z tego powodu na dawnej, długiej trasie, stały niezliczone zbiorniki z wodą i olejem, w celu uzupełniania zapasów. Kolejną atrakcją są stare wagony, z tym że restauracyjny i pierwszej klasy są z lat 50-tych XX wieku. Ukoronowaniem podróży jest jej trasa – tory wijące się pomiędzy wzgórzami, smaganej wiatrem Patagonii, z widokami ośnieżonych Andów, które koło Nahuel Pan sięgają 1800 m n.p.m.

Podróż Trochitą jest tak ekscytująca, że nie dość, iż od paru lat napływają rezerwacje z różnych stron świata, to niektórzy są gotowi grupowo wynająć cały pociąg. W roku 2002, dwudziestu angielskich turystów wynajęło Trochitę na cały tydzień, za 12 tysięcy dolarów, by przebyć trasę wolno, zatrzymując się w każdym miejscu wartym uwiecznienia na fotografii.

Esquel – Bolson

Wróciliśmy do auta i próbowaliśmy wyjechać z miasta. Próbowaliśmy parokrotnie, bo zdawało mi się, że najpierw musimy oddalić się od gór, aby znaleźć wyjazd na drogę 259. Tymczasem wychodzi ona wprost z głównej ulicy ku górom,

106u esquel

których wulkaniczne skały nabrały niesamowitego koloru w zachodzącym już słońcu.

106w

Potem skręca wzdłuż nich,

106x

biegnąc równolegle do kanionu Los Bandidos, dochodząc do małego ronda, z którego skierowaliśmy się na północny kierunek ruty 40. Kawałek za rondem przystanęliśmy,

107a

by nasycić oczy i zrobić zdjęcia rozległej doliny obramowanej górami,

107b

107c

nabierającymi pastelowych kolorów w zachodzącym słońcu.

106y

106z

107

Znana nam wcześniej ruta 40 była tutaj wygodną, asfaltową szosą

107d

biegnąca dnem lub zboczami rozległej doliny.

107e

Dojechaliśmy do rzeki Chubut, skręcając najpierw na zachód,

107f

potem znów na północ, tym razem poprzez wąską dolinę i znów wjazd w rozległą przestrzeń, by o zmroku wjechać do prowincji Rio Negro.

107g

Przed El Bolson zaczął się wmożony ruch samochodów, po obu stronach drogi szeregi domów z ogródkami, liczne cabañie, małe hotele i kempingi. Odrazu było widać, iż to popularne miejsce. Seweryn zaczął przebąkiwać o noclegu w cabañi, ale zamilkł, gdy zobaczył moja minę. Wieczorami czułem się gorzej, dzisiaj szczególnie źle i marzyłem o porządnym hotelu. Wjechaliśmy w szeroką dwupasmową avenidę San Martin i wpadł mi w oko ładny hotel – Comarca. Wzięliśmy dwójkę za 70 dolarów US, pokój był ładny, czysty i z wszelkimi udogodnieniami. Młoda obsługa bez problemu porozumiewała się po angielsku.

Wziąłem gorący prysznic i piłem herbatę z mnóstwem plasterków cytryny. Seweryn rozsiadł się z komputerem, w dolnej sali na parterze, ja pozostałem w pokoju. Pierwszy mail był od Ewy pilnującej mego mieszkania, zaniepokojonej co z nami, bo “przed chwilą podali wiadomość, o wielkim trzęsieniu ziemi w Chile”. Sprawdziłem i faktycznie, dosłownie pół godziny wcześniej, zatrzęsło pod dnem oceanu, 95 kilometrów od miejscowości Iquique, 8.2 w skali Richtera, co jest już poważną sprawą. Do tego ponad dwumetrowe tsunami i seria wstrząsów wtórnych. Tylko, że wszystko rozegrało się około 3500 kilometrów na północ od nas.